Witam,
chcialbym sie podzielic moja historia i uslyszec Wasze zdanie jako osob patrzacych na to zimnym, obiektywnym okiem.
A wiec. Zaczynajac od poczatku. Od lutego jestem w zwiazku. Jest to o tyle specificzna sytuacja ze potoczyla sie zaskakujaco szybko i przyznam sie ze takie tempo mi odpowiadalo. Powiedzialem sobie..ze czasami nalezy lapac zycie takie jakim jest i sprobowac.
Mieszkam za granica, ona jest norweszka, ja - polakiem. Poznalismy sie ponad rok temu, od poczatku wydawala mi sie potwornie interesujaca, jednak nie mialem zbyt wielu mozliwosci aby znajomosc rozwinac. Wszystko sie tak naprawde zaczelo na dobre gdy spotkalem (wrzesien 2011) ja podczas wizyty u mojego kolegi. Od tego momentu mialem mozliwosc czestrzego kontaktu z nia. Dodatkowo odnalezlismy sie na FB wiec mozliwosci kontaktu bylo wiecej. Niemniej jednak nic sie nie rozwijalo, ot znajomi, nic wiecej. Zreszta nie bylem przekonany ze powinienem dzialac (ona ma dziecko a wiec zakladalem ze jest mezatka, a juz na pewno z kims, a ja nie naleze do ludzi kradnacych czyjes dziewczyny/zony). Od mojego kolegi (u ktorego ja spotkalem) uslyszalem ze faktycznie ma dziecko, ale nie zyje z ojcem dziecka od ponad 2 lat i ze jest sama. Usmiech pojawil sie na mojej twarzy, ale mimo to nie widzialem jakos siebie w tym ukladzie. Bylem sam od ponad 6 lat, ostatni zwiazek zranil mnie wystarczajaco mocno, aby unikac jakichkolwiek uczuc przez wiele lat. Powiedzialem sobie ze nie chce juz zadnych zwiazkow, zadnych uczuc i zadnych ran. Koniec, chce byc sam do konca zycia i cieszyc sie tym co mam. I powiem Wam ze to funkcjonowalo, moglem sie skupic na pracy, przyjemnosciach.
Kupilem dom, nowy samochod, dostalem propozycje dobrze platnej pracy. Jednym slowem, zycie.
Jednak po pewnym czasie zaczelem czuc pewnego rodzaju samotnosc i brak kogos o kogo moglbym dbac, kogo moglbym kochac, przytulic. Miec kogos kto czeka w domu az wroce, i na kogo ja moglem czekac. Co z tego ze mialem wszystko co chcialem gdy jednak brakowalo czegos, czego nie mozna kupic, czego nie mozna zastapic zadna materialna rzecza - bycia kochanym i potrzebnym komus. Chcialem miec kogos z kim moglbym sie dzielic moim zyciem, z kim moglbym isc reka w reke na przod, z kim moglbym spedzac cudowne chwile, kogo moglbym wspierac i kto moglbym wspierac mnie. Kogos na cale zycie.
Uczucie te przez ponad rok przeplataly sie z moimi twardymi postanowieniami, nie umialem sie okreslic. Balem sie ze znowu powtorzy sie to samo, ze ten ktos nie wytrzyma ze mna wiecej nic miesiac. Wiec po co mialem meczyc siebie i kogos..??? I tak zlecial poczatek 2012 ze sporadycznymi FB kontaktami z nia, czasami spotykalem ja w pracy ale to bylo czysto zawodowe spotkania (ona pracuje na recepcji duzej firmy z ktora ja wspolpracuje). I tak to trwalo do lutego tego roku, kiedy pewnego wieczoru mialem ochote z kims pogadac. Zobaczylem ze siedzi na FB wiec zaczepilem ja, ot tak zeby pogadac. Na poczatku rozmowa sie nie bylo zbyt dynamiczna, ot takie wyciaganie odpowiedzi na pytania. I gdy po godzinie stwierdzielm ze mam dosc, rozmowa sie ozywila. Na tyle ze przegadalismy nast 6 godzin
Gadalismy o wszystkim, nawet o najbardziej zakreconych rzeczach. Spodobalo mi sie to, jednak to tylko byla rozmowa, nic wiecej. Jednak czulem ze to ktos kto patrzy na swiat tak jak ja, i ma takie same priorytety.
Obiecalismy sobie ze pogadamy innym razem. Ot tak dla zabawy.
Nastepnego wieczoru znowu rozmawialismy i wowczas cos we mnie peklo, narodzila sie chec pojscia dalej w tej znojomosci, moj strach umikl, zanim jednak cokolwiek zrobilem spojrzalem w lustro i zadalem sobie pytanie czy tego chce, bo od tego juz moze nie byc odwrotu. Stwierdzilem ze sprobuje, ze jestem na to gotowy. Zaprosilem ja do kina, akurat traf chcial ze to byl 14 luty
(ciekawy zbieg okolicznosci).
To byl punkt od ktorego wszystko nabralo ogromnego tempa. Jedno spotkanie, drugie, pierwszy weekend razem, pierwszy tydzien. Pierwsza rozmowa, o tym ze ona ma dziecko i ze musze to zaakceptowac. Poniewaz od zawsze marzylem o rodzinie nie mialem z tym zadnego problemu. Uwielbiam dzieci. Wiedzialem ze jak mi pozwoli ich kochac, pokocham ich dwoje. (Wiedzialem ze stoi przede mna ogromne wyzwanie, ale postanowilem stawic temu czola. Ona nadal ma kontakt z ojcem dziecka, maja wspolna opieke nad mala, a wiec zawsze bede stal z tylu). Poczulem sie panem losu. Ze w koncu mam to co od zawsze chcialem miec. Zaczalem sie starac, ze wszystkich sil. Poswiecilem sie caly temu. Budowalem z cierpliwoscia fundament nowej rodziny. Byly dni kiedy widzialem lzy w jej oczach. Miala problemy natury finansowej. Moje serce nie moglo na to patrzec. Obiecalem sobie i jej ze od tej pory ich zycie bedzie inne, lepsze. Postanowilem zmienic swoj swiat. Zaproponowalem aby zamieszkac razem. (tak jak wspomnialem tempo bylo ogromne, po 3 tyg pomieszkiwalismy razem, po 2 miesiach mieszkalismy juz razem). Wiem ze to moze za szybko, ale moim zdaniem w milosci nie ma regul, czy zasad. Milosc sama dyktuje tempo. Ja wiedzialem czego chce, ona wiedziala czego chce, dlaczego mielismy to blokowac. Nie bylo mozliwosci wprowadzenia sie do jednego z nas. Moje meiszkanie bylo za male, ona wynajmowala jeszcze mniejsze (male ciemne mieszkanie). Powiedzialem sobie, ok, zmieniamy swiat. Sprzedalem moje miszkanie i kupilem duzy dom. Chcialem zeby zyla lepiej, aby obie czuly sie bezpiecznie i komfortowo ze mna. Aby czuly sie kochane i otoczone opieka. Wprowadzilismy sie w maju do domu. Cieszyla sie ze mamy wspolny dom, ze jest to nasza przystan. Uczucia byly na poziomie zenitu. Spedzialismy ze soba kazda mozliwa chwile. Czasami spotkalismy sie ze znajomymi, ale ze nie mamy ich za duzo, mieslismy duzo czasu dla siebie. Gory, wyjazd za granice, wspolne wycieczki, spacery...Pelna sielanka. Zylem tak, jak bym Boga zlapal za nogi.
Wszyscy do okola byli pelni podziwu ze takie uczucie moglo wybuchnac, ze w tak krotki czasie dwoje ludzi sie pokochalo na takim poziomie.
Podczas przeprowadzki wiele moich rzeczy zostalo przez nia posortowanych. Stwierdzilem, ok, nie ma to znaczenia dla mnie...i tak wczesniej czy pozniej zrobil bym to samo. Dom oddalem w jej rece. Mam dwie lewe rece jesli chodzi o wystroje. Razem dobralismy kolory scian, tapet, zaslon...zaskakujaco sprawnie to wszystko szlo...tak jak bysmy pasowali do siebie idealnie.
Po pewnym jednak czasie zaczalem odczuwac wrazenie ze zaczyna to wszystko stygnac. Normalna kolej rzecz, nastepny etap zwiazku. Poziom hormonow opadl. Brakowalo mi tej namietnosci, tych slodkich spojrzen. Czasami czulem ze ma mnie dosc. Odpowiadala ze nie, ze wszystko jest ok. Nigdy nie mielismy klotni, nawet drobnej wymiany zdan. Zaczalem sie obawiac ze cos sie psuje. To dalo mi impuls do walki. Zaczalem jeszcze bardziej o nia dbac, niespodzianki, kwiaty itd. Do dzis wreczem jej bukiet kazdego 14 miesiaca. Wiem ze to dziecinne, ale dla mnie ta data jest szczegolna i chce ja celebrowac.
Taka ochlodona milosc trwala jakis czas, dochodzilo do tego ze nawet nie kochalismy sie przez tydzien. Ona zasypiala od razu, twierdzac ze jest zmeczona. Czulem ze juz nie jestem atrakcyjny dla niej. Spytalem o to, zaprzeczyla. (Generalnie ciezko mi jest takie rozmowy rozpoczynac bo ona nie nalezy do kobiet ktore sa gadulami. )
Skonczyly sie opowiesci o tym jaki miala dzien, znajomi wiedziali wiecej o niej niz ja, za kazdym razem jadac samochodem byla cisza. Dobijalo i dobija mnie to nadal, bo jest to dla mnie nienaturalne. Czesciej siedziala na FB niz rozmawiala ze mna jadac gdzies. Poczulem sie jak tlo do jej zycia. Kazda proba rozmowy konczyla sie odpowiedzial ze wszystko jest ok, ale mimo to czulem ze chyba ma mnie troszke dosc
. Widzialem ze zaczela sie koncetrowac na sobie, ja nie umiem tak, tak angazuje sie, to oddaje siebie w 100%. Zmieniam JA na MY.
(Wielokrotnie powtarzalem jej ze chce z nia byc na zawsze, ze chce sie zestarzec z nia. Takiego uczucia nie czulem nigdy. Uwazam ze prawdziwa milosc jest tylko jedna na cale zycie. I to jest ta. Wiem teraz ze nie zaleznie co bedzie dalej ona zawsze bedzie w moim sercu. Nawet jesli nasz zwiazek sie nie uda.)
Skonczyly sie slodkie smsy w godzinach pracy, czule maile. Czasami jaka karteczka z "kocham cie". Tak to trwalo kilka tygodni. Gdy nagle, tydzien temu, wszystko wybuchlo na nowo. Gdy wchodzilem do domu, czekala w przedpokoju. Nie umiala sie ode mnie oderwac. Slodkie smsy, wyznania milosci. Uczucie az tryskalo, bylo to boskie, bo znowu dostrzeglem odpowiedz na moje uczucie, na moje starania. to bylo fantasytczne. Znowu czas spedzony razem, namietnosc, slowa kocham i ze jestem najlepsza rzecza jaka jej sie przytrafila i ze nie pozwoli mi odejsc. Tak to trwalo tydzien, po tygodniu wszystko ostyglo na nowo, znowu pojawil sie indywidualizm, "JA, TY, zamiast MY".
Znowu zamieniamy tylko kilka zdan w ciagu dnia, ona zyje swoim zyciem, ja tuz za nia. Wymuszone "kocham cie", FB.
Za 2 tyg jedziemy na wakacje razem. Tak jak normalna rodzina.
Ale ja jakos nie jestem juz tak szczesliwy jak wczesniej. Mam wrazenie ze brakuje takiej swobodnej komunikacji. Brak rozmowy rozklada mnie na lopatki, a nie umiem tego naprawic. Ona nie opowiada mi o tym co nowego, kogo spotkala, jak minal dzien. Brakuje tego czegos co bylo na poczatku.
Aby tego bylo malo boli mnie jeszcze jedna rzecz. Kiedy zaczelem sie z nia spotykac, pewngo dnia pokazala mi zdjecia. Na jednym z nich byl facet. Jak to powiedziala, "to jest jej najlepszy przyjaciel i musze to zaakceptowac". nie podjalem tego tematu dalej bo nie byl to dobry czas ani miejsce. Teraz mysle ze jednak powiniem byl to zrobic. W kazdym razie od razu poczulem pewna niechec do niego (ot alergiczna reakcja jednego samca na drugiego). Facet ma 40 lat, kiedys pracowali razem. Interesuje sie fotografia i przez jakis czas ja uczyl tego hobby. Nie wiem czy cos bylo miedzy nimi, i nie chce wiedziec. Kiedys przypadkiem rozmawiajac o znajomych wspomniala o nim, o imprezach na jakich byli i ze zdarzylo im sie spac w tym samym lozku (nic wiecej). Ta opowiesc dobila mnie do konca. Poco mi to wiedziec...??? BTW. Maja nadal kontakt.
Jak zapewnila nie mam powodow do obaw. Ale moja niechec do niego pozostala. Byc moze facet jest spoko, nie wiem, nie znam go.
W kazdym razie wyjazd integracyjny jest w najblizszy piatek. Jedzie masa ludzi, ale ona zna tylko 4 z nich (kolezanka z mezem, jeszcze jedna kolazanka i on). Nie umiem powiedziec dlazcego..ale nie podoba mi sie ten wyjazd. Ale nie zabronilem niczego...jest dorosla, wiec zaufalem. Bedzie mi ciezko przetrwac ten weekend, ale dam jakos rade.
Poniekad mi to tez pasuje, moze taka 3 dniowa przerwa dobrze nam zrobi.
Szczegolnie ze musze sie naladowac pozytywna energia przez wyjazdem na wakacje. Nie chce tego spaprac.
Dzis wstalismy bez slowa. Bez okazywania uczuc. Zajalem sie dzieckiem, ona przygotowala sie do pracy. Przed wyjsciem usiadlem na schodach i patrzylem na mala, ta slodka mala istote. Nie umialem nic powiedziec, tylko kleby mysli o mnie, o niej, o nas. Wydaje mi sie ze wyczula ze cos jest nie tak. Ale nie zapytala. Droga do pracy - jak zwykle cisza. Wymuszone kocham cie na dowidzenia.
Teraz siedzie w pracy i zastanawiam sie co dalej. Jak to przetrwac. Czy to juz koniec, czy kryzys..czy moze cos innego. Nie wiem jak spojrzec ludziom w oczy ktorzy ostrzegali mnie ze to nie tak to powinno isc. Nie zaluje moich decyzji.
Jak wy to widzicie...
Gdzies w glebi serca boje sie ze to poczatek konca, ze mimo jej zapewnien ze kocha, to wszystko zaczyna umierac. Nie umiem sobie tez poradzic z ta hustawka namietnosc. Raz pieknie, i slodko, innym razem chlodno. Na dluzsza mete zwariuje. Czy to normalne w zwiazkach? Czy u Was tez tak jest?
Czy warto jest dalej walczyc? Czy wymusic rozmowe. Meczy mnie to ze nie mozemy tego przedyskutowac, ze nie probujemy tego zmienic. Ja naprawde nie chce ich stracic, ale rowniez nie chce trwac w czyms to jest tylko imitacja milosci i udanego zwiazku.
Kiedy powiedziala pierwszy raz kocham, opowiedziala mi ze nigdy wczesniej nie kochala tak jak teraz, ze to cos szczegolnego. To ugruntowalo mnie w przekonaniu ze naprawde laczy nas cos, specjalne uczucie, mocna wiez. Ale teraz....sam nie wiem....nie mam nikogo komu moglbym o tym opowiedziec i poczuc sie lepiej...dusze to w sobie....i kazdego, nastepnego dnia...czuje strach wracajac do domu.....
Wiem, ze moja historia moze byc troche chaotycznie napisana, ale mam nadzieje ze ktos z was odpisze na moj post.