Pisze po to, żeby sie wygadać...pewnie nie jedna z Was pomyśli, że przesadzam ale...pozwólcie mi 'powiedzieć do końca'...
Od paru miesięcy czuję się jak więdnący kwiat...głowna przyczyna- moja praca, ktorej niecierpie żeby nie pwoeidziec neinawidze...
Mam 25lat ukończony licencjat, jestem w trakcie studiow magisterskich...pracuje na stanowisku "specjalista ds administracji" w firmie w ktorej...procz szefa i mnie nie ma nikogo...tzn sa przedstawiciele handlowi ale nigdy zadnego nie widzialam na oczy jedynie slyszalam przez telefon. Wiem, powinnam sie cieszyc ze mam prace...ale prace mam tylko na papierku bo tak naprawde na 8godzin pracy, czynna zawodowo jestem max 1h a czasami i w cale...siedze 8 godzin w biurze o wymiarach 2/3m2 i nie mam do kogo "geby otworzyc" nie mam co ze soba zrobic...siedze i gapie sie w sufit, ilez mozna przegladac internet...moje zarobki sa adekwatne do "pracy" 1100zł na reke, odliczajac koszty dojazdu zostaje mi 800-900zł...czuje ze więdne przez ta prace...wychodzac z biura jestem tak wynudzona ze nie mam ochoty nigdzie wychodzic itd a nawet mnie zbytnio na to nie stac...niejednokrotnie siedzialam i plakalam tutaj użalajac sie nad soba...gdy przyszlam do pracy, zadan bylo duzo a i wynagrodzenie lepsze...teraz nei dzieje sie kompletnie NIC. Wiem ze wiele osob chcialoby nic nie robic w pracy i moc sobie na to ponarzekac ale ja jestem ambitna osoba ktora natlok zadan napedza...ktora lubi gdy cos sie dzieje...oczywiscie szukalam i nadal szukam nowej pracy ale na kilkadziesiat wyslanych Cv jeszcze nikt sie nie odezwał...nie moge odejsc z pracy bo jednak lepiej miec te 800-900zł niz nie miec nic...jednak kazdego dnia mecze sie coraz bardziej...mam 25 lat a czuje sie jak stary człowiek...tak jestem zniechecona do zycia przez te 8 godzin bezcelowego siedzenia na d***e...
Wiem...pewnie mało kto mnie zrozumie...ale ja musialam to z siebie wyrzucic...chocby dlatego, ze znow nie mam co ze soba zrobic...heh