Jestem z moim facetem prawie 5 lat..
Kiedyś był we mnie tak zakochany, że planował zaręczyny (zupełnie się z tym nie kryjąc) przez pierwsze 2 lata (ostatecznie do tego nie doszło..:P finanse i te sprawy.. wiadomo;))
Ostatnio próbowałam zasugerować, że po 5-ciu latach warto by było chociaż zadeklarować chęć założenia rodziny właśnie poprzez oświadczyny. Reakcji nie było żadnej, dlatego rozpoczęłam szczerą bezpośrednią rozmowę.. Powiedziałam dodatkowo, że nie chciałabym mieć dziecka bez ślubu. Nie wynika to z moich przekonań.. Ja po prostu chciałabym założyć prawdziwą rodzinę, mieć nazwisko męża i właśnie w takiej rodzinie oficjalnej wychować dziecko.
Chcę, żeby facet którego kocham był moim mężem a nie ... konkubentem.
Poza tym myślę, że marzeniem większości kobiet jest stanięcie na ślubnym w pięknej białej sukni i wspaniałe wesele w gronie najbliższych osób.
Ostatnio przy próbie podjęcia rozmowy na ten temat, mój facet oburzył się, że wszystko musi być według moich planów. Że wszystko ustalam i układam sobie sama i w ogóle jaki ja mam problem żeby żyć bez ślubu..
Co raz więcej znajomych w ostatnim czasie zawiera związki małżeńskie.. Patrzę na to i cierpię, bo nie mogę się pogodzić, że jeżeli chce być z NIM to muszę pogodzić się z faktem, że to marzenie nigdy się nie spełni...
Nie wiem co o tym myśleć... Może denerwuje go to, że coraz więcej osób wypytuje o to, kiedy w końcu będą te zaręczyny.. Może celowo sprawia takie wrażenie, żeby potem mnie zaskoczyć.. A może po prostu znudził się mną, ale nie potrafi odejść bo się przyzwyczaił?
Dawno nie słyszałam słów "Kocham Cię..."
I co ja mam sobie o tym myśleć? Czy warto być z kimś kto ma zupełnie inne podejście do takiego tematu?