Witajcie.
Na samym początku jak w każdym związku trzeba było się dotrzeć i to udało się mi z moim facetem wręcz idealnie. Było wspaniale i oboje byliśmy szczęśliwi. Jednak o stycznia stopniowo zaczyna coś zgrzytać i za każdym tygodniem jest coraz gorzej. Zaczęło się od tego że na sylwestrze zatańczyłam z jakimś innym mężczyzna ale oczywiscie za zgodą mojego partnera. Od tamtej pory miedzy mna a Panem D. (mój partner) jest źle. Zaczęło się od roznych niewinnych potyczek, początkowo łapanie za słówka (może to nie jest nic wielkiego ale po miesiącu takiego zachowania robi się to męczące) dalej przeszło od małych łapanek za słowka do wielkich krzykliwych kłótni o to ze zostało źle przez któreś z nas źle odebrane a później wojna sie zaostrzała i wyciagaliśmy coraz mocniejsze słowa przeciwko sobie po których przepłakałam nie jedna noc. Przez ostatnie półtora miesiąca okazało się ze jestem w ciąży (!). To dziecko nie bylo planowane tym bardziej ze oboje jesteśmy jeszcze baaardzo młodzi i nie mamy żadnych warunków dla dziecka oraz nie jesteśmy małżeństwem. Od tamtej pory rozpętało się piekło.! Oboje jesteśmy ciągle poddenerwowani bo nie wiemy jak wybrnąć z tej sytuacji. Ciągle się klócimy, ja go wciąż denerwuje oraz on mnie doprowadza do szału ciagłymi głupimi pytaniami na które dałam mu odpowiedz 2 minuty wcześniej (zupełnie tak jakby mnie nie słuchał bądź wysłuchał tylko pierwszego zdania). Irytuje mnie ten fakt że ja się produkuje rzez 5 minut a nie ma żadnego rezultatu. Przez ten czas zrobił się oschły i troche bardziej zimny, mam wrażenie ze nawet nie chce mnie dotknać małym palcem, nawet jak już idizemy nie wezmie mnie za rękę. Rozmuiem ze przez ostatni czas też jestem trochę winna złej atmosferze bo mam ciagle huśtawki nastrojów (potrafiłam go wyzwać jak sie kłócilismy a innym razem potrafilam sie tulic nawet jesli poweidzail mi cos przykrego) ale myślałam że on zrozumie dlaczego tak się dzieje. Ale to nie jest najwiekszy problem bo gdy wziełam jego telefon ( tak wiem ze tak nie wolno bo kazdy ma swoja prywatnosc ale za jego pozwoleniem) i przeczytalam sms z jego wczewsniejsza kandydatke na dziewczyne z ktora kiedys mial pojechac pod jeden namiot. W tych wiadomosciach wyczytalam że Pan D, proponuje jej wyjazd nad jezioro w weekend majowy lub gdy bedzie cieplo. Ona zadowolona zgadza sie i upewnia czy napewno beda sami. Pan D jak najbardziej to potwierdza. w tym momencie poczułam sie jakby troche zdradzona ( moze nie fizycznie ale jakos tak psychicznie ) wgruncie rzeczy przyłapałam ich na umiawianiu sie na ten wspolny zalegly samotny namiot...
Jestem skołowana ta sytuacja...
Pan D i ja obiecalismy sobie ze w sobote roztrzygniemy do konca sprawe z dziedziusiem a nastepnie "doszlismy do wniosku" ze to chyba koniec nas. On nie wydaje sie po tym wcale zasmucony zdruzgotany ani przejety w przeciwienstwie do mnie ! przeciez go kocham...
Nie wiem co mam z tym zrobić bo napewno nie chce z nim byc dlatego ze mamy dziecko!
Z jednej strony ciagle sie kłocimy nierozumiemy + jeszcczee ten jego umowiony namiot z jakas dziewczyna, a z drugiej strony go kocham.. ale nie chce po raz kolejny przezywac tego samego co przy wczesniejszym zwiazku.
co o tym powiecie?
dodam jeszcze ze przez ostatni czas nie wywiazuje sie Pan D. z danych mi obietnic...
oprocz tego wkradlo sie w nasz zwiazek troche nudy..
3 2012-04-12 20:17:32 Ostatnio edytowany przez kosmiczny nick (2012-04-12 20:21:20)
Na samym początku jak w każdym związku trzeba było się dotrzeć i to udało się mi z moim facetem wręcz idealnie. Było wspaniale i oboje byliśmy szczęśliwi. Jednak o stycznia...
Zasadnicze pytanie: ile Wasz związek trwał? Od kiedy jesteście razem?
Z Twojego opisu wnioskuję, że proces "docierania" nadal trwa, a nawet jakby przybrał na sile... Smutne, że pojawiła się też ciąża...
Na samym początku związku to raczej o docieraniu się nie ma mowy, bo idzie jak po maśle, zauroczenie, endorfinki - robią swoje i jest wspaniale... Dopiero po jakimś czasie (miesiąc? pół roku? rok?) zależnym od temperamentów partnerów i dobrania się charakterami - pojawia się pierwszy kryzys...
razem jestesmy 10 miesiecy. na poczatkowe "doceiranie" bylo dosyc takie intensywne bo potrafilismy sie klocic non stop 2-3 dni a za dobe znowu 2-3 dni wiec myslslam ze te endorfinki pomogly nam to przetrwac.