Mam problem z natury budowania relacji. Jestem młodą, praktycznie myślącą dziewczyną, studiuję i od jakiegoś czasu jestem w związku, który wydaje się być bardzo sensowny, fajny i przede wszystkim, nawet poważny.
Ogólnie staram się mieć zdrowe podejście do wszystkiego. Nie zawsze mi się udaje, ale wiem, jak chciałabym funkcjonować, tylko że sama wpadam w pułapkę robienia rzeczy, które nie przynoszą niczego dobrego. Jestem z moim chłopakiem od prawie roku. Wiem, że stwierdzenie 'poważny związek' prawdopodobnie wymaga dłuższego stażu. Wcale nie przywiązuję się śmiertelnie do myśli, że będziemy ze sobą na zawsze, i że to 'ten jedyny', ale wiem, że jest to też prawdopodobne, że być może akurat nam się poukłada i kto to wie, wszystko jest możliwe. W końcu jestem też przecież szalenie zakochana, z wzajemnością i naprawdę uważam mojego chłopaka za generalnie fantastycznego faceta dla mnie, bo mamy podobne wzorce zachowań i wyznajemy podobne wartości, dzielimy wspólne pasje, potrafimy świetnie się dogadywać, łączy nas zarówno namiętność i ta powoli stabilizująca się fascynacja, jak i zaufanie, przyjaźń i głęboka relacja na poziomie psychicznym.
A teraz mój problem.
Czytałam dużo o partnerkach wchodzących w związkach w rolę matki. Jednak byłam pewna, że problem mnie nie dotyczy. Zarówno ze względu na moją niezależność, jak i niezależność mojego chłopaka, który jest bardzo zaradny, odpowiedzialny i też niezależny. Takie wrażenie.
Czytałam książkę "Dlaczego faceci kochają zołzy" i zgadzałam się z treścią, jednak potem wyrobiłam sobie inne zdanie. Mam z natury usposobienie, które sprawia, że lubię dawać. Nie chodzi o ofiarność, ale o zwykłe sprawianie ludziom przyjemności, radości, niespodzianek. W przyjaźni, w domu, w ogóle. Przez pierwsze dwa, trzy miesiące związku (to było lato) spędzaliśmy czas na świeżym powietrzu: wspólne treningi, spacery, wypady do lasu. Potem wyjechałam, tęsknota zaogniła nasze pragnienia, wróciłam, padło pierwsze 'kocham' i ogólnie sielanka.
Jednak co potem zaczęłam robić. Wyzbyłam się bycia podręcznikową zdrową zołzą (zresztą wcale nią nie byłam, bo nie potrafię), to znaczy przestałam się powstrzymać przed swoimi zapędami do robienia miłych rzeczy i sprawiania, by ktoś się uśmiechnął (kiedyś to było przyniesienie czegoś smacznego na trening na przykład). Uznałam, że trzeba być niezależną. A na czym polega niezależność, jak nie na robieniu tego, na co ma się ochotę? A ja miałam ochotę: iść na czekoladę, iść do kina, na fajny koncert, pojechać na tydzień na konie. Z moim chłopakiem. Efekt? Brak inicjatywy z jego strony. To jest jeden mały mankament, coś, z czego nie zdawałam sobie sprawy. Bo może się wydawać, że to on wybiera. Ale to nie prawda. Oczywiście, on zapłaci na czekoladę, za kino też chce zapłacić (nie zawsze się zgadzam). On decyduje, do której kawiarni idziemy, on wybiera drogę, on organizuje ognisko, zna dobre miejsce i świetnie umie to zorganizować. Jednak to ja mówię: zdecyduj. Ja mówię, chodźmy tak i tam. Nie dlatego, że ta czekolada jest mi taka niezbędna, ale żeby pójść gdzieś razem. Wspominałam wiele razy 'zrób mi kiedyś ognisko' (bo powszechnie wiadomo, że potrafi robić super ogniska). Odpowiedź: jasne. Nie naciskałam go, czasem zasugerowałam. Bez efektu. W końcu kiedy powiedziałam: może zrobimy to ognisko, wtedy i wtedy, czy tam kiedy Ci pasuje. "Oczywiście, świetny pomysł". Zabrałam go kiedyś na konie, w takie miejsce co ja jeżdżę. Cudowny magiczny tydzień, super. Dzielimy się wydatkami oczywiście. Ale też był wyjazd niespodzianka z okazji jego urodzin (uprzedziłam go tylko wcześniej, by zarezerwował sobie termin), ale był to wyjazd na weekend na Hel, dla nas, super sprawa, wszystko przeze mnie zorganizowane. Dzielę się też z nim moimi pasjami. On ze mną też, bez zastanowienia i chętnie, ale dopiero, gdy ja powiem, by mi pokazał coś, o czym opowiadał
Liczyłam na wzajemność. Tylko że na facetów to nie działa widać. Nawet nie na facetów w ogóle, co na partnerów. Moje założenia były takie: wykazuję się kreatywnością, wkładam dużo energii w to, by czymś drugą stronę zaskoczyć, ucieszyć, a więc oczekuję, że zainspiruje również tę drugą osobę do podobnej inicjatywy. Och jaki błąd.
Oprócz tego, taka rzecz, że ja mieszkam w centrum miasta, a mój chłopak dalej, dojazd zajmuje mu około pół godziny. No nie jakoś dużo. Długo pracuje, ma prawo być po pracy zmęczony. Jest spotkanie. I kiedy on przychodzi do mnie, karmię go. Karmię go zawsze i nigdy się nad tym nie zastanawiałam, bo jest to dla mnie naturalne, że kiedy przychodzi do mnie gość, pytam się, czy jest na przykład głodny. Jako gospodarz, kiedy zapraszam na przykład koleżanki, to jest dla mnie normalne, że podam coś do jedzenia, jeśli wyrażą chęć. Ale wytworzył się we mnie jakiś mechanizm obowiązku (mój chłopak wcale tego ode mnie nie wymaga, niestety to ja zawsze pytam). Zobowiązanie w mojej głowie chore. Że skoro on normalnie kończy pracę, późno po południu, normalnie wróciłby do domu i zjadłby obiad. Skoro spotyka się ze mną, rezygnuje z tego, więc wypada, bym ja w jakiś sposób mu ten posiłek zapewniła. I tu zaczęła się moja refleksja matkowania. Zajmuję się nim. Zajmuję bo kocham, bo z natury jestem troskliwa, bo to dla mnie naturalne. Ale już wiem, że to źle. Nie zamierzam przecież nigdy być kurą domową i nie widzę się w tej roli.
Faceci lubią być wygodni. Przyzwyczajają się. Przyzwyczajają się, że kobieta jest zaradna. Że zaplanuje, wymyśli. I wtedy pan może przywyknąć, że tak właśnie jest, że on nie musi. Zastanawiam się, co zrobić. Kiedy po prostu przestanę wykazywać inicjatywę, będzie normalnie, ale nie sądzę, by to zmotywowało go do działania, po prostu będzie tak biernie (przecież póki dwoje ludzi nie mieszka razem, nie mogą na tym tle wyniknąć żadne konflikty). Co zrobić, by to odkręcić? Jak powinnam się zachowywać. Potrzebuję i chcę tego, oczekuję, by on wykazywał inicjatywę, by pomyślał, żeby niespodziankę zrobić mnie, coś bardziej kreatywnego niż kwiatek, skoro ja potrafię być kreatywna (zresztą kino, kawa, do tego nie potrzeba kreatywności, a muszę zaznaczyć, że ogólnie mój chłopak nie jest osobą której kreatywności brakuje, po prostu nie czuje potrzeby wykorzystania jej w tej płaszczyźnie). Kiedyś rozmawiałam z nim delikatnie o czymś takim, ale chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z sytuacji. Nie wiem, czy powinnam z nim poruszać ten temat, czy go to nie urazi. Jego męskiej dumy albo coś. Co o tym myślicie? Zauważcie, że ten problem, który pojawił się w mojej głowie (ta świadomość), uderzyła mnie dopiero, jak sobie przeanalizowałam różne fakty. Po za tym nasza relacja jest zdrowa i fantastyczna, potrafimy ze sobą rozmawiać i mogłabym z nim porozmawiać. On jest dla mnie bardzo dobry, troskliwy, kocha mnie, wspiera i jest bardzo dobrze. Ale po prostu zastanawiam się nad zmianą swojego zachowania, nad mechanizmami. Dlatego rozważam uniknięcie takiej rozmowy, bo przecież nie mogę mu zarzucić, że się nie stara, bo to nie prawda. A poza tym słowa i 'wymagania' nie są wcale dobre. Mogłyby go urazić, nie czułabym się z tym dobrze. : ) Wiec uważam, że trzeba do takich spraw podchodzić ostrożnie i życzliwie, a to nie zawsze proste. Zastanawiam się co ja mam zrobić, by zmienić mechanizm działania w naszym związku, bo niestety jestem świadoma faktu, że to ja mojego faceta 'przyzwyczaiłam', a on ma potencjał.
Co sądzicie? Być może dzięki Wam uda mi się nabrać jakiegoś nowego spojrzenia. Być może wyciągnę jakąś lekcję na przyszłość, a być może wy zwrócicie na coś w Waszych relacjach i to Wam pomoże? Może też miałyście podobną rozterkę? Z góry dziękuję za odpowiedzi i przede wszystkim za cierpliwość i wytrwałość w czytaniu tego eseju
pozdrawiam!