potrzebuje spojrzec na to z innego punktu... - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 18 ]

Temat: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Podczytuję to forum od dwóch miesięcy. Często czytając wątek wydaje mi się, że to jak ja widzę sprawę jest bliskie prawdy, i nie ma innych opcji... aż dochodzę do czyjegoś postu który wywraca mi spojrzenie do góry nogami. I dlatego postanowiłam opisać swoją historię ... może ktoś pozwoli mi spojrzeć na to inaczej.
To będzie dłuższa opowieść bo nie umiem i nie chcę rezygnować ze szczegółów które wydają mi się istotne, więc doczytają pewnie tylko najwytrwalsi;-)

Poznaliśmy się 1 czerwca 2010 - wtedy było pierwsze spotkanie, na które umowiliśmy się poprzez naszych wspólnych znajomych telefonicznie. Od marca pracowałam, to była moja pierwsza praca i tam poznałam koleżankę, której ówczesny narzeczony studiował wcześniej z Z. Ze oboje wygadalismy im się że szukamy miłości w internecie, postanowili nas poznać...
Ja miałam za sobą dwa poważne związki, ostatni zakończony prawie rok wcześniej, i 26 lat, Z.miał jeden półroczny związek w trakcie studiów, i kilka spotkań z dziewczyną która mocno zawróciła mu w głowie, ale tuż przed świętami w grudniu, zostawila nie dając nadziei, i lat 28.
Oboje mamy studia, oboje pracujemy, ja mieszkam w pl z rodzicami i rodzeństwem, on za granicą gdzie pracuje, wyjechał tam dwa lata przed poznaniem mnie.
Na początku było cudownie, pierwszy raz czułam się jak księżniczka, kochana... nie musiałam zabiegać, mogłam uciekać bo wiedziałam że będę tym przysłowiowym kroliczkiem. Co nie znaczy że tylko uciekałam, starałam się, i szanowałam to szczęście które miałam. Na początku spotykalismy się nieco rzadziej - co trzy cztery tygodnie na weekend (akurat tak wygodnie latał samolot), w wakacje, raz przyjechał na tydzień, i tak doczekaliśmy listopada kiedy ja poleciałam pierwszy raz do niego. Już w wakacje pojechaliśmy raz na do jego domu rodzinnego, gdzie poznałam jego rodziców i siostry. Byłam pierwszą osobą którą tam zabrał z mojego miasta - gdzie studiował i potem mieszkał nim nie wyjechał. Moją rodzinę poznał nieco szybciej, ale wynikało to z tego ze byli obok. Wyrobiliśmy sobie takie nasze schematy... układ latania do siebie - widzieliśmy się co dwa tygodnie na dwa trzy dni, plus wykorzystywaliśmy wszystkie możlwie święta, i tu i tam na dłuższe momenty bycia razem, codziennie rozmawialiśmy na skype i gg, pisaliśmy maile, sms.
W 2011, we wrześniu pojechaliśmy na wakacje w bieszczady. To był pierwszy wyjazd który nazywalismy wakacyjnym, ale tak naprawdę byliśmy już na tak samo dlugich wyjazdach wcześniej, właśnie wykorzystując te długie weekendy etc. Po bieszzcadach polecieliśmy do niego, gdzie spędziłam jeszcze tydzień, i wróciłam do siebie. Potem poleciałam do niego jeszcze raz z jego siostrą, po tym powrocie przy następnym "widzeniu" już w pl. (ja tak nazywałam te nasze zloty) Z. zaczął ze mna rozmowę że nasz związek nie ma dłużej sensu, że on nie chce tego co ja w życiu, że nie mamy o czym rozmawiać, że on nie ma siły na to latanie.... wszystkie te powody były odbiciem moich obaw które kiedyś, jedne rzadziej inne częściej mu mówiłam. Czy my mamy na pewno o czym rozmawiać? Nie nudzisz się mną? Czy nie lepiej żebysmy wybrali tu albo tam niż tak latać? itd.
Ale rozmawialiśmy i daliśmy sobie szanse, spędziliśmy ten czas razem, i dalej do siebie lataliśmy, w grudniu Z. kończył 30, więc zrobiłam mu przyjęcie niespodziankę, na którą przyszli jego znajomi i siostra, świeta spędzilismy osobno - ale nie spędzalismy ich wcześniej razem też, sylwestra już razem, u znajomych. Ja mam urodziny zaraz po, dostałam piękny prezent - bilety na niesamowite przedstawienie, 22 stycznia, więc nieco później. po moich urodzinach pojechaliśmy samochodem do niego za granicę, potem wróciłam do pl, i potem 22 stycznia przyleciał i poszliśmy razem na przedstawienie.
Po drodze jadąc tam spotkalismy jego siostrę, która spontanicznie postanowiła iść z nami, było miło, po odwieźliśmy ją do akademika, a sami pojechaliśmy do mnie.
Tu wspomnę że ilekroć Z. przylatywał do pl. to albo staraliśmy się gdzieś wyjechać, albo spędzalismy ten czas w moim mieście, ale rzadko kiedy Z. spal u mnie, a wybierał znajomych lub siostry. Moi rodzice są konserwatywni i uważali że ma spać na kanapie na dole. Bardziej więc taki wybór podyktowany był tym że skoro już nie możemy spać razem, to zawsze można chwilę porozmawiać z którąś siostrą...
Akurat po tym przedstawieniu został u mnie, wieczorem siedzieliśmy z moimi rodzicami i pilismy nalewkę mojej mamy, co jak już zbieraliśmy się do spania nawet skomentował że jakoś ostatnio lepiej się z nimi doagaduje (wyjasnię to za chwilę). Rano przyszłam go obudzić, zaspany przytulił mnie i pocałował w czoło, potem poszedł na umowiona wizytę u lekarza i po powrocie zaczął rozmowę.... powiedział że nie potrafi dłużej i że to koniec. Zwracam uwagę na szczegóły więc np dla mnie to jest niesamowite że można wracając z wizyty napisać smsa do mnie będę za 50 minut, czekam już na kolejkę, potem powiedzieć że na śniadanie woli się serek niż wędlinę, zjeść i potem powiedzieć coś takiego. Ja byłam w szoku, a że dzień wcześniej przy tej nalewce powiedziałam mamie ze zrobię obiad dla całej rodizny, poprosiłam go żeby został na obiad, poszedł ze mną po zakupy ... poszedł, ale jak wróciliśmy powiedział że byłoby dziwne gdyby został. Ja dalej probowałam go przekonać do zmiany decyzji, płakałam, pytałam o powody, próbowałam zrozumieć, - działo się to w przedpokoju, w domu byliśmy sami, aż wróciła moja mama i wtedy korzystając z tego jakby wyszedł. Na sam koniec powiedziałam mu jeszcze żeby zabrał swoje rzeczy, ale nie chciał.
Teraz wiem że po tym pojechał do swoich najlepszych przyjaciół-małżenstwu, które akurat było już po terminie porodu, spędził z nimi wieczór, i dopiero rano, wychodząc na samolot powiedział jej że zerwaliśmy ze sobą. Jej męża nie było już w domu, i tego samego dnia znaleźli się na porodówce...
Z. poleciał do siebie, wiem też że Ci którzy nas poznali, zobaczyli po mnie w pracy że nie wyglądam najlepiej (łagodnie mówiąc), więc po pracy ona wzięła mnie na spytki gdzie jej powiedziałam co zrobił, a jej mąż już zadzwonil do niego i rozmaiwali jak na nich długo.

Przez tydzień i dzień nie odzywaliśmy się do siebie i nie mieliśmy żadnego kontaktu. On nie miał go chyba z nikim. Po tygodniu ja nie wytrzymałam i napisałam do niego maila, nastepego dnia smsa że odezwe się wieczorem na gg i chciałabym porozmawiać. Wpierw udawał że go nie ma, potem zaczął rozmawiać na gg, potem dał się namówić na skype. rozmawialiśmy z trzy godziny, po dwóch dniach znowu, po następnych kilku znowu. To były głównie moje monologi, o tym jak było, jak mi smutno i źle, pytania o to czego nie rozumiałam, etc. prośby o przemyślenie decyzji. Miałam wykupiony bilet na walentynki do niego - kupiony już w listopadzie czy grudniu, wpierw chciałam jechać mimo wszystko, potem stwierdziłam że go zapytam, on powiedział że nie chce, ja powiedziałam mu że i tak przyjadę bo nie mam nic do stracenia, ale z trzy czy cztery dni przed, podczas kolejnej rozmowy powiedziałam mu żeby się nie martwił że skoro nie chcę to nie będę go stawiac w takiej sytuacji i uszanuję ta decyzję, no i nie poleciałam.
Od tego czasu rozmawiamy co jakiś czas - różnie czasem przerwy trawają tydzień, czasem dwa dni, za każdym razem rozmowę inicjuję ja - to znaczy odzywam się na gadzie, a potem dzownię na skype. Na początku nie chciał na skype w ogóle, ale teraz już odbiera od razu. Rozmawiamy różnie, ja staram się żeby te rozmowy były miłe i przyjemne, ale w praktycznie za każdym razem, dochodzi do tego ze zaczynam płakać i pytać. On mówił że rozmawia tylko dlatego że głupio mu udawać że go nie ma, z szacunku do mnie, że wie że powinien wyjaśnić pewne rzeczy, że ludziom potrzebna jets nadzieja...
Te rozmowy trwają też różnie, raz są krótsze raz dłuższe, ale i jedna była 4,5 godzinna. Czasami podczas nich czuję się jakbysmy byli razem.

Napisałam mu też dwa maile, ale nie odpisał na żadnego, chociaż oba przeczytał, wiem bo wspominał o tym że powinien był odpisać.

Moje pytanie nie jest z gatunku tych - dlaczego on to zrobił? Mniej więcej wiem dlaczego, dużo czasu poświęciłam na myślenie o tym i próbę zrozumienia tego. wiem że ponoszę większa winę za koniec, wiem jak się zachowywałam i jak go traktowałam, i to nie jest samobiczowanie, czy szukanie winy w sobie, tylko po prostu wiem to. Wiedziałam zawsze ale nie miałam odwagi stawić temu czoła. Moje problemy z kontaktami z ludźmi nie dotycza tylko jego, ale też rodziny... praktycznie wszystkich przy których potraię być sobą. A moje bycie sobą jest po prostu paskudnym byciem. Chiałabym to zmienić, próbuje już teraz, zrobiłam sobie róźne postanowienia, staram się. Mogłabym o tym napisać jeszcze więcej niż już napisałam.

Podczas naszych rozmów kilkukrotnie mówiłam mu że już nie będę się tak zachowywać, że bedę się starała zmienić, mówiłam co już mi się udało - takie moje małe sukcesiki które osiągnęłam. Kilkukrotnie on mówił że się zastanowi... ale nie zmieniał decyzji. Jak już schodze z luźnych tematów - czy nawet czasem on schodzi, to głownie mówię ja o tym co przemyślałam, jak to widze etc. on mi nie przerywa nie mówi że widzi to inaczej, że sie z czymś nie zgadza, czasem coś dopowiada do tego co mówię, a potem i tak nie zmienia decyzji. I mówi że rozmawia ze mną żeby mi wyjaśnić wątpliwości... skoro chce wyjaśniać, czemu sie zgadza, bo tak uważa? to czemu nie zmienia decyzji, skoro moje wywody prowadza zawsze do tego że powinnismy spróbować dalej.

Przy zrywaniu powiedział mi ze mnie nie kocha. Nie potrafił mi powiedzieć tego wcześniej w październiku kiedy mieliśmy pierwszą taka rozmowę. Ale ja teraz za każdym razem jak rozmawiamy kończę rozmowę, mówiąc mu że go kocham, że tęsknię, że mi go brakuje z każdym dniem bardziej, a on albo się uśmiecha, albo mówi mi dobranoc a., albo z dwa razy się skrzywił. Dla mnie powinno być oczywistym że się wtedy mówi -nie mów mi tak, ja ciebie nie kocham, to nie ma sensu... a nie nic. Jak dwa razy powiedziałam że wiem albo może bardziej mam nadzieję że mnie nadal kocha, raz nie powiedział nic, raz zaczął mówic o tym że moje zmiany nie wystarczą.

Ja wiem że mnie kochał. To nie było to że poki było milo to był, a jak się znudził to uciekl. W grę nie wchodzi nikt nowy, nie ma nikogo, nie szuka narazie. Twierdzi że jest szczęśliwy teraz, i wiem że jest. Jest samotnikiem, lubi robić to co lubi robic wolno i dokładnie, ma swoje różne małe dziwactwa (30 letni kawaler musi je miec;-) ) które mnie kiedyś bardzo denerwowały, i starał sie z nich rezygnować, a teraz może je mieć w pelnym zakresie i nikt mu nie jęczy. Trochę ucieka w pracę, a sytuacja akurat taka jest że posypały się mu zlecenia i ma tej pracy dużo. Ale wiem też że był szczęśliwy ze mną, i że ja na własne życzenie zrobiłam go mniej szczęśliwego.

Próbowałam go namówić na wizyte u psychologa - albo razem, albo żeby poszedł ze mną jako przyjaciel. Bo wiem że ja tej pomocy potrzebuje ogólnie, ale boje się sama pójść. Odmówił. Chciałam żebyśmy bez żadnych deklaracji spędzili wspólnie część urlopu - mamy go zaplanowanego na początek maja, planowaliśmy to jeszcze razem, ale powiedział że bierze mniej niż planował i chce go spędzić w domu rodzinnym bo przez ostatnie połtora roku nie miał za dużo czasu żeby tam być. Moimi argumentami było to ze chce mu pokazać jak i co potrafię zmienić, i że tylko spędzając jakiś czas razem mogę mu to pokazać a nie tylko mówić.

We wtorek przylatuje tutaj na święta, zapytałam go czy przyjechac po niego na lotnisko, powiedział mi że to byłoby dziwne. Powiedziałam ze to nieważne czy dziwne czy nie, tylko czy chce, czy by się ucieszył, powiedział że dziwne i zmienil szybko temat. Bije się z myślami czy jechać czy nie.

Z tego co wiem od znajomych, mówił im że mnie kochał, ale że długo podejmował tą decyzję, i narazie nie ma siły i ochoty jej zmieniać. Ze jest na razie szczęśliwy.
On jest typem który zawsze długo o wszystkim myśli, analizuje, wybiera jak mówi "optymalnie". Ciężko go przekonac do zmiany decyzji, a jesli nawet ma się rację, i przekona się go to trudno mu się przyznać do tego że zmienil zdanie pod wpływem, mówił mi wtedy że wybrał bardziej optymalnie właśnie.

w tym tygodniu powiedziałam mu że zarezerwowałam mieszkanie - mieszkanie chciałam kupic od dawna, na kredyt, który spłacać mieliby moi rodzice, moje zarobki sa niestety za małe. Ale że z nimi tez się dogaduje różnie, zwlekałam z tym, zwłaszcza po poznaniu jego i nastawieniu się że to ten jedyny i zaraz ślub i dziecko. Doprowadzilo to do tego że wywoływałam na nim presje że musi - no i wiadomo jaka wtedy jest reakcja. to był też jeden z powodów ktore podał przy zrywaniu: on narazie nie planuje zakupu mieszkania, nie chce ślubu i dziecka. Więc jak mu powiedziałam o wyborze tego mieszkania, o tym że wiem że musze być na ile się da samodzielna, i przestac na niego przelewać moje problemy i czynic go odpowiedzialnym ich rozwiazywania, i podałam jakie wybrałam, okazało się ze jest to ten sam blok, to samo piętro, drzwi na przeciwko meiszkanie które wybrał on i zarezerwowal, trzy dni po zerwaniu. Koleżanka powiedziała mi że dla niej to świadczy o tym ze po prostu nie chcę się dzielic niczym, że dla niego ważniejsze są pieniadzę. Owszem miał skłonności do bycia nazbyt oszczędnym, ale dla mnie to nie trzyma się kupy. Bo wybrał osiedle na którym chciałam mieszkać ja, i od jakiegoś pół roku mówiłam i mówiłam, przedstawiając zalety itd. Wybral nie będąc na osiedlu, a posiłkując się tylko tym co mówiłam ja i co potwierdził w internecie na forach etc. czy to jest wybór optymalny?

Jest dużo innych takich małych drobnostek które dla mnie stanowią dużo, a zapewne tak naprawdę nie stanowią nic. Ale ja przez to nie umiem zdecydować się jaka jest prawda z którą chcę dalej żyć. Jeśli ktoś dobrnął do końca to gratuluje wytrwałości, mogę ciasto upiec w podzięce, jak będzie jakiś komentarz:-) Potrzebuje nowych spojrzen na sprawę, pytań które spowodują ze zacznę myśleć inaczej niż swoimi utartymi ścieżkami, psychologicznych podstaw tlumaczących takie a nie inne zachowanie.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Dla mnie to proste-on jest bardziej szczęśliwy bez Ciebie. Ty mu się bardzo narzucasz.

Radzę Ci dać sobie z nim spokój i przestać się obwiniać za wszystko co złe.

Wiem,że to strasznie trudne,wiem,że cierpisz i chwytasz się brzytwy jak tonący...

Ale pomyśl-on budzi się i mówi-chcę być z tobą-potrafiłabyś mu zaufać? Nie bałabyś się,że to może się powtórzyć za 5,10 lat?

Trzymaj się:*

3

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Cięzko było,ale dotrwałem do końca ;-P
A tak na poważnie... moim skromnym zdaniem zbyt mocno mu się narzucasz. Osaczyłaś go swoim bluszczem i nawet jakby gość chciał do Ciebie wrócić to swoją nachalnością nie pozwalasz mu na to. Po tym co się stało, czyli waszym zerwaniu Twój ex nie miał nawet czasu dobrze odetchnąć... Potraktował Cię bardzo uczciwie, nie zdradził, nie okłamał, był szczery - doceń to!!
Napisałaś, że on sie do Ciebie nie odzywa, że ciągle robisz to Ty... nie daje Ci to do myślenia, że on nie chce szukać z Tobą kontaktów, że najchętniej odciąłby się od Ciebie... ale nie potrafi...
Daj mu trochę spokoju i wytchnienia. Sama też trochę odpuść, zajmij się czymś sama, daj sobie czas na ochłonięcie.
Jedno jest pewne... za dużo analizujesz!! Wiem, że kobiety są mistrzynami w analizowaniu, ale Ty masz dosłownie mistrzostwo świata!!

Kończąc, nie uszczęśliwisz gościa na siłę! To jest pewne!!

4

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

dwa posty i dwa różne spojrzenia, które dochodzą do tych samych wniosków. Ja własnie doceniam to jaki był, wiem że to ja zawaliłam. Wiem że się nie przejęłam rozmową w październiku, wiem że nie zwracałam uwagi na inne mniejsze rozmowy, maile uwagi. ale wiem to teraz! To nie jest tak że obwiniam sie za wszystko - nie. Mam np żal o to że jak pisal mi maila co go boli, to kończył go tym żebym sie nie przejmowała za bardzo, bo on taki jest że sobie popłacze, a ja przecież nie jestem taka najgorsza, a on mnie kocha i poradzimy sobie. Wiem że czasem moje żale do niego były uzasadnione. On nie jest ideałem.

czasem jak jest post o zdradzie, to pojawiają się zaraz uwagi - odpuść sobie, to on jest winny, miał dobrze, a zdradził, ty nie rób nic, niech on sie wykaże jesli mu zależy. To nie jest taka sytuacja, nie bylo zdrady, ale ja czuję się winna i chcę mu jakoś pokazać że to zrozumiałam, że wiem że musze się zmienić i chcę to zrobić dla niego. że już coś zrobiłam. mówiłam mu to, ale słowa to nie wszystko. jak to zrobić?

To nie jest też tak że piszę do niego ciagle, szukam tego kontaktu... narzucam się, wiem o tym, ale staram się to robić jak najmniej. Czasem jak rozmawiamy, on też jest szczęśliwy... jak się zapomni, zaczyna mi opowiadać co się stało w pracy, co robil, co jadł nawet...   W czwartek powiedziałam mu że przestaje go pytać o to czemu ze mną rozmawia, przyjmuje że skoro rozmawia to chcę, i przestaje go męczyć o to żeby to on się pierwszy odezwał. Odezwałam się wczoraj wieczorem, i do tej pory nie odpowiedział... mnie to bardzo duzo kosztuje żeby teraz znowu nie pisac:/

Ja mu nie ufałam do tej pory, ale właśnie teraz wiem że mogę mu zaufać. głupie to może ale tak jest.

nie chce go uszcześlwiać na siłę, ale chciałabym żeby dał mi szansę na świadomą zmianę, jak?

5

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Kiedy uznasz, że Twój eks wie o sobie, o swoich uczuciach, o swoich marzeniach, więcej niż Ty?
Kiedy uznasz, że wiedział, co mówi twierdząc, że nie chce związku z Tobą?
Kiedy uznasz, że jest człowiekiem wolnym?
Kiedy przestaniesz go atakować swoją osobą, swoimi wiadomościami, swoją obecnością w jego życiu?

Twierdzisz, że chcesz się zmienić.
Rozumiem to.
Proponuję jednak, byś zmieniała się dla siebie samej, nie dla nikogo innego, a zwłaszcza nie dla mężczyzny, który właśnie zakończył z Tobą związek.

6

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...
K.82 napisał/a:

... moim skromnym zdaniem zbyt mocno mu się narzucasz. Osaczyłaś go swoim bluszczem i nawet jakby gość chciał do Ciebie wrócić to swoją nachalnością nie pozwalasz mu na to...

Otóż to.
Sama napisałaś, że facet jest typem samotnika... Weź pod uwagę to, że przytłoczyłaś go swoją osobą, swoim uczuciem. Najnormalniej zaczął żyć zupełnie inaczej jak dotychczas, może nawet to było dla niego ciekawe i wciągające - i się tym ...wystraszył. Dlatego "podwinął ogon" i czmychnął. Ale zrobił to - moim zdaniem - z klasą smile
Żebrząc o uczucie i uwagę tylko pogarszasz tą sytuację.
Wiem, że to szczególnie dla Ciebie trudne, ale odpuść trochę... Nie zalewaj go e-mailami, wiadomościami i łzami.
Na Twoim miejscu dałbym czas na wyklarowanie się sytuacji, powiedzmy miesiąc, dwa, góra trzy. Przestań się odzywać. Pozwolisz tym samym, aby wreszcie został sam na sam ze swoimi myślami i zaczął to analizować... Dopiero bez Twojego "przypierania do muru" będzie w stanie uświadomić sobie to, co ważne. Kto wie, może wówczas dopiero zrozumie, że jednak brakuje mu w życiu kogoś... Poczekaj trochę i nie panikuj.

7

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Kochana, przebrnęłam przez cały post, czekam na te ciasto wink
A na poważnie... Nie zadręczaj się. Nie wmawiaj sobie winy. Nie myśl, że gdybyś coś tam zmieniła w sobie w październiku, to on by został i byłby szczęśliwy. Nie masz na to żadnej gwarancji. Nawet jeśli masz tak ogromne wady, o których piszesz to gdyby mu zależało na Tobie to by Ci pomagał jakoś z tymi wadami walczyć albo by je zaakceptował.
On poprostu podjął taką decyzję.
A Ty nie kontaktuj się z nim (wiem, wiem trudne, niewykonalne, też tak dwa miesiące temu myślałam). Brakiem kontaktu pokażesz mu że go szanujesz, a to bardzo ważne. Jeśli chodzi o zmiany, zmieniaj się dla SIEBIE. Ja też jeszcze jakiś czas temu robiłam wszystko dla swojego faceta, dziś wiem, że muszę robić w pierwszej kolejności dla siebie. Trzymaj się wink

8

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Jest racja w tym co piszecie... powinnam dać mu czas, powinnam czekać, nie narzucać się...

Doceniam to jak zakończył, doceniam to że mi odpowiada - czy dlatego że mu mnie żal, czy dlatego że sam też potrzebuje tych rozmów. Przyjaciele przez ostatnie dwa miesiące próbowali mnie pocieszać w ten sposób, że to on zachował się nie fair, że w tym wieku nie rezygnuje się ot tak po półtora roku, że nie mogę mówić że to moja wina itd.... tylko właśnie to że wiem że to moja wina, to że wiem że to ja go skrzywdziłam tak naprawdę (mówił mi teraz że on nie ma zamiaru nikogo szukać, że widocznie nie nadaje się do związkow, że będzie sobie tak żył tam sam). To że on walczył o nas - mam te maile, rozmowy na gadzie, mam wspomnienia, ale dopiero teraz po tym prysznicu, bo nawet nie kuble zimnej wody dochodzi ciągle do mnie że ja nie słuchałam i nie rozumiałam. To wszystko powoduje że ta chęć wytłumaczenia się, pokazania mu że zrozumiałam i pracuje nad sobą jest jeszcze większa.

Wielokropek napisał żebym uznała że on wie jakie ma uczucia, że podjął wybór świadomie - ja to uznaję. Wiem że teraz jest szczęśliwy, bo przez ostatnie pół roku robiłam wszystko żeby tak było.
Pytałam go czy mam się nie odzywać, powiedziałam że dla mnie to ważne że nie chcę tracić z nim kontaktu, że był też moim przyjacielem, ale nie odpowiedział ani tak ani nie, więc przy następnej okazji powiedziałam że uznaje że skoro odpowiada to chce rozmawiać.

Czy pojechanie na to lotnisko, poproszenie o spokojną rozmowę i spacer może mieć jakąkolwiek dobra reakcję?

On jest typem - to nie tylko moje zdanie - że ciężko mu sie przyznać że sie pomylił. Tlumaczy to sobie wtedy tak, że widocznie tak musi być, bo on wybrał optymalnie. Boję się tego że nawet jak będzie chciał spróbować jeszcze raz za jakiś czas nie odezwie się do mnie, bo nie będzie chciał burzyć mi tego co sobie do tego czasu ułożę. To też jest jeden z powodów dla których tak mi zależy na tym kontakcie, a nie zrywaniu go.

9

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Facet się Tobą znudził.
Wygląda to też jakby kogoś miał.

Szkoda Twojego czasu na myślenie o nim - on już zapomniał i nie wróci.
Pogódź się z tym i zacznij żyć bez niego.
Przykre, wiem. Na to nie ma lekarstwa.
Z czasem będzie Ci lżej.

10 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-03-31 21:32:22)

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Napisałaś, że rozumiesz, że uznajesz. Szkoda, że tylko napisałaś.

W pierwszym Twym poście znalazłam taki fragment:

robal-ona napisał/a:

(...)We wtorek przylatuje tutaj na święta, zapytałam go czy przyjechac po niego na lotnisko, powiedział mi że to byłoby dziwne. Powiedziałam ze to nieważne czy dziwne czy nie, tylko czy chce, czy by się ucieszył, powiedział że dziwne i zmienil szybko temat. Bije się z myślami czy jechać czy nie.(...)

I ponieważ, jak twierdzisz, uznajesz jego uczucia, myślenie, decyzje, napisałaś w ostatnim poście w ten sposób:

robal-ona napisał/a:

(...)Czy pojechanie na to lotnisko, poproszenie o spokojną rozmowę i spacer może mieć jakąkolwiek dobra reakcję? (...)

Zastanawiam się, co ten mężczyzna musi zrobić/powiedzieć, byś rzeczywiście uznała wasz związek za zakończony.

11 Ostatnio edytowany przez robal-ona (2012-03-31 21:38:54)

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

powiedzieć że nie chce. on umie to powiedzieć wtedy kiedy chce, tak jak powiedział o moim przylocie tam w lutym, i nie poleciałam. więc i ja to umiem uszanować. dlaczego nie powiedział?

i ja nie traktuje tego że jeśli miałabym tam pojechać to jako jego. ale po niego.

12

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Wielokropku, ... Muszę to napisać!
Kiedy na początku lutego weszłam na to forum, świeżo po rozstaniu, to właśnie Twoje posty (i posty Pe) postawiły mnie na nogi. Zrozumiałam wiele rzeczy. Dziękuję wink

13

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...
Marti83 napisał/a:

Wielokropku, ... Muszę to napisać!
Kiedy na początku lutego weszłam na to forum, świeżo po rozstaniu, to właśnie Twoje posty (i posty Pe) postawiły mnie na nogi. Zrozumiałam wiele rzeczy. Dziękuję wink

Cieszę się, że razem z pe pomogłyśmy.

Życzę Tobie powodzenia (dosłownie też). smile

14

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

robal-ona  Wielokropek ma rację,przeczytaj jej posty,krótkie i rzeczowe.I uwierz .I przestań analizować.Czas leczy rany,przejdzie Ci

15

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Autorko wątku, przecież masz jasność sytuacji...powiedział Ci wyraźnie, co myśli i czuje, mało tego ograniczył kontakt do minimum, a w zasadzie do tzn. grzecznościowego odpisywania tudzież odbierania połączeń...moja rada jest taka, abyś puściła wolno...swoja namolnością, natarczywością i przypominaniem się nic nie zdziałasz...nie uszczęśliwisz na siłę, ani siebie ani jego. Myślę, że swoim zachowaniem męczysz go niemiłosiernie i utwierdzasz w przekonaniu, iż dobrze zrobił.
On doskonale wie, że Ci zależy, że walczysz, że chcesz... uważam, że jak najbardziej czytelne są dla Niego Twoje sygnały, i gdyby chciał, i gdyby mu zależało, a już na pewno gdyby żałował, czy też doszedł do wniosku, iż Jego decyzja o zakończeniu związku była pochopna, już dawno by coś z tym zrobił.
...także uszanuj i przyjmij do wiadomości...a to że nie jest Ci lekko, że odczuwasz smutek, że tęsknisz to jest jak najbardziej zrozumiałe z tymże musisz sobie uświadomić, że to koniec.

16

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Autorko - przeczytaj tytuł swojego wątku. I szczerze sobie odpowiedz - czy rzeczywiście?

Zastanawiam się co ten facet musi zrobić, żebyś mu dała spokój. Czy naprawdę powinien być chamski lub wulgarny, żebyś zrozumiała że to koniec? Wcale się nie dziwię, że Twoją propozycję wyjścia po niego na lotnisko uznał za "dziwną" i "dziwne" miały być uczucia temu spotkaniu towarzyszące. Nosz w mordę, exy po mnie nie wyłażą ani na lotniska, ani na dworce. Lata mi czy się pozmieniali czy nie. Skoro kiedyś została podjęta decyzja o zakończeniu związku, to nie ma potrzeby dalszych relacji. Wystarczy że jedna ze stron nie życzy sobie przyjaźni - i chwacit. A on najwyraźniej sobie nie życzy.

Miałam kiedyś na studiach takiego faceta. Znajomość jak znajomość, wiadomo: randki, spotkania, on był z innego miasta, spotkania co jakiś czas. Po kilkunastu miesiącach takich spotkań doszłam do wniosku, że to jednak nie TEN. Uczucia sobie wygasły, on od jakiegoś czasu denerwował mnie swoją upierdliwością: "o czym myślisz?", "a myślałaś o mnie?", "a tęskiniłaś? Jak bardzo?", "rodzice chcą mi kupić mieszkanie, moglibyśmy się tam spotykać i potem wprowadzić", etc. Ja ani nie miałam najmniejszej ochoty na zakładanie rodziny, ani na "dociskanie" i "dopowiadanie" naszych relacji. Zauważyłam, że im bardziej ja mam dosyć, tym bardziej on prze - a był o rok ode mnie młodszy, więc teoretycznie możnaby przypuszczać, że do zakładania rodziny mu nie spieszno. Kiedy zobaczyłam, że dosłownie oblepił mnie na maksa - zerwałam znajomość, wytłumaczylam swój punkt widzenia, brak uczuć, wystarczy.

Facet dostał jakiegoś wariactwa. Pisał do mnie listy (maili i smsów jeszcze wtedy nie było dla zwykłych śmiertelników), wyznania, kartkę na urodziny dostałam pod nowy adres - mimo że adresu mu nie podawałam. Normalnie czysty stalking. Przyjechała do mnie koleżanka z drugiego końca Polski, że facet u niej był, chciał mój adres, ona nie chciała dać, więc wyrwał jej torebkę i ukradł notes. Pokazywał jakieś moje powiększone zdjęcie, że nosi zawsze przy sobie. Normalnie faceta równo pogrzało. A ja ciągle mówiłam wyraźnie "nie, dziękuję".

I teraz Autorko spójrtz na moją historię z boku i kogo widzisz? Jak myślisz do czego Twoje zachowanie doprowadzi? Do happy endu? czy mojego byłego uznasz za zakochanego po uszy faceta, który tylko chce coś wyjaśnić, czy za powaleńca niezdrowo zafiksowanego na moim punkcie?

17 Ostatnio edytowany przez robal-ona (2012-04-01 22:38:07)

Odp: potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

wszyscy mowicie o narzucaniu i analizowaniu... a ja staram sie wlasnie tego nie robic. wiem ze zbytnie analizowanie - dociekanie czy aby na pewno myslisz tak jak mowisz, tez bylo powodem zerwania...
co i rusz slyszy sie/czyta ze mezczyzna mowi to co mysli, i mysli to co mowi a nie bawi sie w aluzje, niedopowiedzenia etc, i tak samo nie rozumie ich

czemu ciagle sie do niego odzywam? to nie jest tak ze atakuje go telefonami, pisze, wysylam maile... odzywam sie raz na gadzie, pisze co u mnie slychac, czy wysylam jakas ciekawostke - zawsze przesylalismy sobie takowe, czasem zapytam rano czy wieczorem znajdzie czas zeby porozmawiac i czekam... zazwyczja nie musze dlugo czekac i mi odpisuje. czasem od razu, czasem po pol godzinie, ale wtedy mowi ze robil cos tam i dopiero teraz, czy potwierdza ze za pol godziny bedzie wolny. owszem tylko raz jeden ostatnio odezwal sie sam (po czym zamilkl juz do teraz), ale to chyba bardziej wynikalo z tego ze ja za kazdym razem mowilam ze bede czekac az sie odezwie albo az pekne i sie sama odezwe...   na skype dzwonie po tym jak napisze na gg ze jest. telefonu nie uzywalam od zerwania.

jednym z powodow ktore podal na koniec bylo to ze on nie chce narazie kupowac mieszkania, zakladac rodziny, ze ja zasluguje na kogos kto bedzie to chcial ... i dwa dni pozniej kupil mieszkanie. przy czym kupil tam gdzie ja chcialam od dobrego pol roku...

podczas tych rozmow nigdy nie ucina tego co mowie, nie mowi ze to nie ma sensu bo nie kocha, ze to sie nie uda, nie. jedynym powodem ze nie jest to ze on podjal decyzje. raz uslyszalam - czemu ty nie bylas taka? albo mowi mi ze ja sie nie zmienie bo na wlasnym przykladzie wie ze trudno sie zmienic dla kogos - on chcial dla mnie i sie nie udalo.

a jesli nie rozmawiamy o tym co sie stalo, to opowiada mi o wszystkim, pyta o mnie, sam z siebie mowi kiedy planuje byc w polsce, jak kupil bilety, etc. tylko przyzwyczajenie i potrzeba rozmowy z kims?

od kolezanki ktora nas poznala wiem ze rozmawial z nia raz, i powiedzial jej ze na pewno kochal mnie, ale  w tej chwili nie wie i nie ma sily ani ochoty podejmowac zadnej decyzji. podjal taka. poradzila mu zeby ze mna rozmawial o przyslowiowej dupie maryny, jesli ma ochote i zobaczyl czy cos z tego bedzie czy nie...

nie zabrał swoich rzeczy ode mnie. i jak pytałam czy przywiezie moje, zaczął coś mówić że może nie, że musiał by brać bagaż a może kiedyś je przywiezie samochodem...

to nie byl zwiazek jak wspomniany przez Kriss z czasow studenckich ... ja wiem ze bylam kochana, i wiem ze kocham. po raz pierwszy w zyciu.


a do tego dochodzi to ze naprawde mam sobie wiele do zarzucenia. to nie sa jakies latwo opisywalne zachowania typu zdradzilam, to jest mnostwo malych szpilek, ktore wbijalam i wbijalam prosto w niego.


związki się kończą z różnych powodów... na samym początku bo zakochanie nie przeradza się w miłość, ale to już było za nami. potem bo ludzie się wypalają więc tak naprawdę tej miłości nigdy nie było i sie pomylili, albo bo robią sobie krzywdę. Ja skrzywdziłam.


pewnie i tak macie racje i powinnam dac czas.

Posty [ 18 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » potrzebuje spojrzec na to z innego punktu...

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024