Podczytuję to forum od dwóch miesięcy. Często czytając wątek wydaje mi się, że to jak ja widzę sprawę jest bliskie prawdy, i nie ma innych opcji... aż dochodzę do czyjegoś postu który wywraca mi spojrzenie do góry nogami. I dlatego postanowiłam opisać swoją historię ... może ktoś pozwoli mi spojrzeć na to inaczej.
To będzie dłuższa opowieść bo nie umiem i nie chcę rezygnować ze szczegółów które wydają mi się istotne, więc doczytają pewnie tylko najwytrwalsi;-)
Poznaliśmy się 1 czerwca 2010 - wtedy było pierwsze spotkanie, na które umowiliśmy się poprzez naszych wspólnych znajomych telefonicznie. Od marca pracowałam, to była moja pierwsza praca i tam poznałam koleżankę, której ówczesny narzeczony studiował wcześniej z Z. Ze oboje wygadalismy im się że szukamy miłości w internecie, postanowili nas poznać...
Ja miałam za sobą dwa poważne związki, ostatni zakończony prawie rok wcześniej, i 26 lat, Z.miał jeden półroczny związek w trakcie studiów, i kilka spotkań z dziewczyną która mocno zawróciła mu w głowie, ale tuż przed świętami w grudniu, zostawila nie dając nadziei, i lat 28.
Oboje mamy studia, oboje pracujemy, ja mieszkam w pl z rodzicami i rodzeństwem, on za granicą gdzie pracuje, wyjechał tam dwa lata przed poznaniem mnie.
Na początku było cudownie, pierwszy raz czułam się jak księżniczka, kochana... nie musiałam zabiegać, mogłam uciekać bo wiedziałam że będę tym przysłowiowym kroliczkiem. Co nie znaczy że tylko uciekałam, starałam się, i szanowałam to szczęście które miałam. Na początku spotykalismy się nieco rzadziej - co trzy cztery tygodnie na weekend (akurat tak wygodnie latał samolot), w wakacje, raz przyjechał na tydzień, i tak doczekaliśmy listopada kiedy ja poleciałam pierwszy raz do niego. Już w wakacje pojechaliśmy raz na do jego domu rodzinnego, gdzie poznałam jego rodziców i siostry. Byłam pierwszą osobą którą tam zabrał z mojego miasta - gdzie studiował i potem mieszkał nim nie wyjechał. Moją rodzinę poznał nieco szybciej, ale wynikało to z tego ze byli obok. Wyrobiliśmy sobie takie nasze schematy... układ latania do siebie - widzieliśmy się co dwa tygodnie na dwa trzy dni, plus wykorzystywaliśmy wszystkie możlwie święta, i tu i tam na dłuższe momenty bycia razem, codziennie rozmawialiśmy na skype i gg, pisaliśmy maile, sms.
W 2011, we wrześniu pojechaliśmy na wakacje w bieszczady. To był pierwszy wyjazd który nazywalismy wakacyjnym, ale tak naprawdę byliśmy już na tak samo dlugich wyjazdach wcześniej, właśnie wykorzystując te długie weekendy etc. Po bieszzcadach polecieliśmy do niego, gdzie spędziłam jeszcze tydzień, i wróciłam do siebie. Potem poleciałam do niego jeszcze raz z jego siostrą, po tym powrocie przy następnym "widzeniu" już w pl. (ja tak nazywałam te nasze zloty) Z. zaczął ze mna rozmowę że nasz związek nie ma dłużej sensu, że on nie chce tego co ja w życiu, że nie mamy o czym rozmawiać, że on nie ma siły na to latanie.... wszystkie te powody były odbiciem moich obaw które kiedyś, jedne rzadziej inne częściej mu mówiłam. Czy my mamy na pewno o czym rozmawiać? Nie nudzisz się mną? Czy nie lepiej żebysmy wybrali tu albo tam niż tak latać? itd.
Ale rozmawialiśmy i daliśmy sobie szanse, spędziliśmy ten czas razem, i dalej do siebie lataliśmy, w grudniu Z. kończył 30, więc zrobiłam mu przyjęcie niespodziankę, na którą przyszli jego znajomi i siostra, świeta spędzilismy osobno - ale nie spędzalismy ich wcześniej razem też, sylwestra już razem, u znajomych. Ja mam urodziny zaraz po, dostałam piękny prezent - bilety na niesamowite przedstawienie, 22 stycznia, więc nieco później. po moich urodzinach pojechaliśmy samochodem do niego za granicę, potem wróciłam do pl, i potem 22 stycznia przyleciał i poszliśmy razem na przedstawienie.
Po drodze jadąc tam spotkalismy jego siostrę, która spontanicznie postanowiła iść z nami, było miło, po odwieźliśmy ją do akademika, a sami pojechaliśmy do mnie.
Tu wspomnę że ilekroć Z. przylatywał do pl. to albo staraliśmy się gdzieś wyjechać, albo spędzalismy ten czas w moim mieście, ale rzadko kiedy Z. spal u mnie, a wybierał znajomych lub siostry. Moi rodzice są konserwatywni i uważali że ma spać na kanapie na dole. Bardziej więc taki wybór podyktowany był tym że skoro już nie możemy spać razem, to zawsze można chwilę porozmawiać z którąś siostrą...
Akurat po tym przedstawieniu został u mnie, wieczorem siedzieliśmy z moimi rodzicami i pilismy nalewkę mojej mamy, co jak już zbieraliśmy się do spania nawet skomentował że jakoś ostatnio lepiej się z nimi doagaduje (wyjasnię to za chwilę). Rano przyszłam go obudzić, zaspany przytulił mnie i pocałował w czoło, potem poszedł na umowiona wizytę u lekarza i po powrocie zaczął rozmowę.... powiedział że nie potrafi dłużej i że to koniec. Zwracam uwagę na szczegóły więc np dla mnie to jest niesamowite że można wracając z wizyty napisać smsa do mnie będę za 50 minut, czekam już na kolejkę, potem powiedzieć że na śniadanie woli się serek niż wędlinę, zjeść i potem powiedzieć coś takiego. Ja byłam w szoku, a że dzień wcześniej przy tej nalewce powiedziałam mamie ze zrobię obiad dla całej rodizny, poprosiłam go żeby został na obiad, poszedł ze mną po zakupy ... poszedł, ale jak wróciliśmy powiedział że byłoby dziwne gdyby został. Ja dalej probowałam go przekonać do zmiany decyzji, płakałam, pytałam o powody, próbowałam zrozumieć, - działo się to w przedpokoju, w domu byliśmy sami, aż wróciła moja mama i wtedy korzystając z tego jakby wyszedł. Na sam koniec powiedziałam mu jeszcze żeby zabrał swoje rzeczy, ale nie chciał.
Teraz wiem że po tym pojechał do swoich najlepszych przyjaciół-małżenstwu, które akurat było już po terminie porodu, spędził z nimi wieczór, i dopiero rano, wychodząc na samolot powiedział jej że zerwaliśmy ze sobą. Jej męża nie było już w domu, i tego samego dnia znaleźli się na porodówce...
Z. poleciał do siebie, wiem też że Ci którzy nas poznali, zobaczyli po mnie w pracy że nie wyglądam najlepiej (łagodnie mówiąc), więc po pracy ona wzięła mnie na spytki gdzie jej powiedziałam co zrobił, a jej mąż już zadzwonil do niego i rozmaiwali jak na nich długo.
Przez tydzień i dzień nie odzywaliśmy się do siebie i nie mieliśmy żadnego kontaktu. On nie miał go chyba z nikim. Po tygodniu ja nie wytrzymałam i napisałam do niego maila, nastepego dnia smsa że odezwe się wieczorem na gg i chciałabym porozmawiać. Wpierw udawał że go nie ma, potem zaczął rozmawiać na gg, potem dał się namówić na skype. rozmawialiśmy z trzy godziny, po dwóch dniach znowu, po następnych kilku znowu. To były głównie moje monologi, o tym jak było, jak mi smutno i źle, pytania o to czego nie rozumiałam, etc. prośby o przemyślenie decyzji. Miałam wykupiony bilet na walentynki do niego - kupiony już w listopadzie czy grudniu, wpierw chciałam jechać mimo wszystko, potem stwierdziłam że go zapytam, on powiedział że nie chce, ja powiedziałam mu że i tak przyjadę bo nie mam nic do stracenia, ale z trzy czy cztery dni przed, podczas kolejnej rozmowy powiedziałam mu żeby się nie martwił że skoro nie chcę to nie będę go stawiac w takiej sytuacji i uszanuję ta decyzję, no i nie poleciałam.
Od tego czasu rozmawiamy co jakiś czas - różnie czasem przerwy trawają tydzień, czasem dwa dni, za każdym razem rozmowę inicjuję ja - to znaczy odzywam się na gadzie, a potem dzownię na skype. Na początku nie chciał na skype w ogóle, ale teraz już odbiera od razu. Rozmawiamy różnie, ja staram się żeby te rozmowy były miłe i przyjemne, ale w praktycznie za każdym razem, dochodzi do tego ze zaczynam płakać i pytać. On mówił że rozmawia tylko dlatego że głupio mu udawać że go nie ma, z szacunku do mnie, że wie że powinien wyjaśnić pewne rzeczy, że ludziom potrzebna jets nadzieja...
Te rozmowy trwają też różnie, raz są krótsze raz dłuższe, ale i jedna była 4,5 godzinna. Czasami podczas nich czuję się jakbysmy byli razem.
Napisałam mu też dwa maile, ale nie odpisał na żadnego, chociaż oba przeczytał, wiem bo wspominał o tym że powinien był odpisać.
Moje pytanie nie jest z gatunku tych - dlaczego on to zrobił? Mniej więcej wiem dlaczego, dużo czasu poświęciłam na myślenie o tym i próbę zrozumienia tego. wiem że ponoszę większa winę za koniec, wiem jak się zachowywałam i jak go traktowałam, i to nie jest samobiczowanie, czy szukanie winy w sobie, tylko po prostu wiem to. Wiedziałam zawsze ale nie miałam odwagi stawić temu czoła. Moje problemy z kontaktami z ludźmi nie dotycza tylko jego, ale też rodziny... praktycznie wszystkich przy których potraię być sobą. A moje bycie sobą jest po prostu paskudnym byciem. Chiałabym to zmienić, próbuje już teraz, zrobiłam sobie róźne postanowienia, staram się. Mogłabym o tym napisać jeszcze więcej niż już napisałam.
Podczas naszych rozmów kilkukrotnie mówiłam mu że już nie będę się tak zachowywać, że bedę się starała zmienić, mówiłam co już mi się udało - takie moje małe sukcesiki które osiągnęłam. Kilkukrotnie on mówił że się zastanowi... ale nie zmieniał decyzji. Jak już schodze z luźnych tematów - czy nawet czasem on schodzi, to głownie mówię ja o tym co przemyślałam, jak to widze etc. on mi nie przerywa nie mówi że widzi to inaczej, że sie z czymś nie zgadza, czasem coś dopowiada do tego co mówię, a potem i tak nie zmienia decyzji. I mówi że rozmawia ze mną żeby mi wyjaśnić wątpliwości... skoro chce wyjaśniać, czemu sie zgadza, bo tak uważa? to czemu nie zmienia decyzji, skoro moje wywody prowadza zawsze do tego że powinnismy spróbować dalej.
Przy zrywaniu powiedział mi ze mnie nie kocha. Nie potrafił mi powiedzieć tego wcześniej w październiku kiedy mieliśmy pierwszą taka rozmowę. Ale ja teraz za każdym razem jak rozmawiamy kończę rozmowę, mówiąc mu że go kocham, że tęsknię, że mi go brakuje z każdym dniem bardziej, a on albo się uśmiecha, albo mówi mi dobranoc a., albo z dwa razy się skrzywił. Dla mnie powinno być oczywistym że się wtedy mówi -nie mów mi tak, ja ciebie nie kocham, to nie ma sensu... a nie nic. Jak dwa razy powiedziałam że wiem albo może bardziej mam nadzieję że mnie nadal kocha, raz nie powiedział nic, raz zaczął mówic o tym że moje zmiany nie wystarczą.
Ja wiem że mnie kochał. To nie było to że poki było milo to był, a jak się znudził to uciekl. W grę nie wchodzi nikt nowy, nie ma nikogo, nie szuka narazie. Twierdzi że jest szczęśliwy teraz, i wiem że jest. Jest samotnikiem, lubi robić to co lubi robic wolno i dokładnie, ma swoje różne małe dziwactwa (30 letni kawaler musi je miec;-) ) które mnie kiedyś bardzo denerwowały, i starał sie z nich rezygnować, a teraz może je mieć w pelnym zakresie i nikt mu nie jęczy. Trochę ucieka w pracę, a sytuacja akurat taka jest że posypały się mu zlecenia i ma tej pracy dużo. Ale wiem też że był szczęśliwy ze mną, i że ja na własne życzenie zrobiłam go mniej szczęśliwego.
Próbowałam go namówić na wizyte u psychologa - albo razem, albo żeby poszedł ze mną jako przyjaciel. Bo wiem że ja tej pomocy potrzebuje ogólnie, ale boje się sama pójść. Odmówił. Chciałam żebyśmy bez żadnych deklaracji spędzili wspólnie część urlopu - mamy go zaplanowanego na początek maja, planowaliśmy to jeszcze razem, ale powiedział że bierze mniej niż planował i chce go spędzić w domu rodzinnym bo przez ostatnie połtora roku nie miał za dużo czasu żeby tam być. Moimi argumentami było to ze chce mu pokazać jak i co potrafię zmienić, i że tylko spędzając jakiś czas razem mogę mu to pokazać a nie tylko mówić.
We wtorek przylatuje tutaj na święta, zapytałam go czy przyjechac po niego na lotnisko, powiedział mi że to byłoby dziwne. Powiedziałam ze to nieważne czy dziwne czy nie, tylko czy chce, czy by się ucieszył, powiedział że dziwne i zmienil szybko temat. Bije się z myślami czy jechać czy nie.
Z tego co wiem od znajomych, mówił im że mnie kochał, ale że długo podejmował tą decyzję, i narazie nie ma siły i ochoty jej zmieniać. Ze jest na razie szczęśliwy.
On jest typem który zawsze długo o wszystkim myśli, analizuje, wybiera jak mówi "optymalnie". Ciężko go przekonac do zmiany decyzji, a jesli nawet ma się rację, i przekona się go to trudno mu się przyznać do tego że zmienil zdanie pod wpływem, mówił mi wtedy że wybrał bardziej optymalnie właśnie.
w tym tygodniu powiedziałam mu że zarezerwowałam mieszkanie - mieszkanie chciałam kupic od dawna, na kredyt, który spłacać mieliby moi rodzice, moje zarobki sa niestety za małe. Ale że z nimi tez się dogaduje różnie, zwlekałam z tym, zwłaszcza po poznaniu jego i nastawieniu się że to ten jedyny i zaraz ślub i dziecko. Doprowadzilo to do tego że wywoływałam na nim presje że musi - no i wiadomo jaka wtedy jest reakcja. to był też jeden z powodów ktore podał przy zrywaniu: on narazie nie planuje zakupu mieszkania, nie chce ślubu i dziecka. Więc jak mu powiedziałam o wyborze tego mieszkania, o tym że wiem że musze być na ile się da samodzielna, i przestac na niego przelewać moje problemy i czynic go odpowiedzialnym ich rozwiazywania, i podałam jakie wybrałam, okazało się ze jest to ten sam blok, to samo piętro, drzwi na przeciwko meiszkanie które wybrał on i zarezerwowal, trzy dni po zerwaniu. Koleżanka powiedziała mi że dla niej to świadczy o tym ze po prostu nie chcę się dzielic niczym, że dla niego ważniejsze są pieniadzę. Owszem miał skłonności do bycia nazbyt oszczędnym, ale dla mnie to nie trzyma się kupy. Bo wybrał osiedle na którym chciałam mieszkać ja, i od jakiegoś pół roku mówiłam i mówiłam, przedstawiając zalety itd. Wybral nie będąc na osiedlu, a posiłkując się tylko tym co mówiłam ja i co potwierdził w internecie na forach etc. czy to jest wybór optymalny?
Jest dużo innych takich małych drobnostek które dla mnie stanowią dużo, a zapewne tak naprawdę nie stanowią nic. Ale ja przez to nie umiem zdecydować się jaka jest prawda z którą chcę dalej żyć. Jeśli ktoś dobrnął do końca to gratuluje wytrwałości, mogę ciasto upiec w podzięce, jak będzie jakiś komentarz:-) Potrzebuje nowych spojrzen na sprawę, pytań które spowodują ze zacznę myśleć inaczej niż swoimi utartymi ścieżkami, psychologicznych podstaw tlumaczących takie a nie inne zachowanie.