Takiej bezradności to jeszcze w życiu nie przeżywałam, powoli mam dosyć sad mam wrażenie jakbym była w głębokiej dziurze z której nie sposób się wydostać... że moje życie wali się z dnia na dzień a ja już przestałam nad tym panować... Mam 26 lat. Otóż skończyłam studia już ponad dwa lata temu, zrobiłam też podyplomowe. Podczas studiów często wyjeżdżałam na wakacje do pracy żeby sobie zarobić, gdyż moi rodzice nie żyją od kilkunastu lat i chciałam sobie jakoś dorobić. Byłam w Grecji, Francji, Anglii. Dodam że to była uczciwa praca za uczciwe pieniądze. I nie narzekałam, studia to był najlepszy okres w moim dotychczasowym życiu. Ale po studiach zaczęłam szukać stałej pracy w Polsce nie chciałam już wyjeżdżać, poznałam chłopaka, mam tu siostrę i rodzinę, przyjaciół. I co nie - udaje się!!! Mimo, że mam robione studia, pracowałam w naprawdę wielu miejscach, mam doświadczenie w obsłudze klienta, nie boję się ciężkiej pracy, znam język angielski - to nadal dostaje kopa od losu...
Dodam że nie jestem fajtłapą i uważam się za osobę inteligentną, w miarę ładną. Chcę sobie poradzić w życiu bo wiem że nikt mi nie pomoże, rodzina jest ale każdy ma swoje sprawy, a chłopak teraz już narzeczony nie chce żeby mnie utrzymywał skoro mogę sama na siebie zarobić! Rok temu po długich poszukiwaniach normalnej pracy (powiedzmy w zawodzie) postanowiłam ze wyjadę jeszcze raz do Anglii. Postawiłam nasz związek pod znakiem zapytania, ale musiałam zaryzykować - powód brakowało mi już pieniędzy, a pracy ani widu ani słychu. Sama w wielkim świecie załatwiłam sobie prace którą tam w Anglii dostałam od ręki!!! Mieszkanie i wszelkie formalności też sama i tak żyłam ponad pół roku.Praca po 10-12 godzin dziennie od 7 do 22 z przerwami.
Jednak już nie wytrzymałam wróciłam do Polski, muszę przyznać że było ciężko. Za pieniądze zaoszczędzone kupiłam samochód żeby się jakoś usamodzielnić i co już 4 miesiąc szukam normalnej pracy tu w Polsce, siedzę w domu całymi dniami i dobija mnie jak ta Polska jest beznadziejna (pod względem polityki, pracy, biurokracji itd.) Nie wiem czy mam za wysokie wymagania, czy w Krakowie potrzebują tylko studentów do pracy a absolwent nie ma szans? Co jest ze mną nie tak, czy mam za wysokie ambicje? Czy może jestem chora i mam już depresję i nie widzę szansy dla siebie? Jestem człowiekiem co nie może usiedzieć bezczynnie, staram się zająć czas, próbuję na wszystkie możliwe sposoby znaleźć pracę i powoli zaczynam tracić siły a pieniędzy ubywa sad dodam jeszcze że mam inne problemy, wynajmuję pokój - współlokatorzy są jacy są a ja już jestem za stara na mieszkania studenckie. W mojej rodzinie same choroby, jestem osobą wrażliwą - przejmuję się tym wszystkim. Staram się jak mogę poradzić sobie w życiu a los ciągle mi rzuca kłody pod nogi. Ah to życie sad Proszę doradźcie mi co mam zrobić, jak się nie załamać i żyć dalej? Jak znaleźć jakąkolwiek pracę żeby się utrzymać?
Przepraszam ale musiałam się wygadać gdzieś bo już mnie to gnębi od jakiegoś czasu, może ktoś będzie miał inny pogląd na tą sytuację?
Pozdrawiam