Witam,
ponieważ znalazłem wiele dobrych i mądrych opinii oraz sugestii przy róznych tematach, chciałbym się podzielić swoim.
Jesteśmy ze sobą od 14 lat, natomiast w związku małżeńskim od 6 lat. Mamy 3 letniego cudownego synka .
2 lata temu przeprowadziliśmy się z zagranicy do Polski. Modelowo - żona znalazła pracę, dziecko poszło do żlobka, zaczeliśmy szukać swojego gniazdka, po roku remontu domu zamieszkalismy 2 miesiące temu. W między czasie miałem poważną kontuzję.
Z mojej perspektywy szczególnie ostatnie 2 lata, były dla Nas bardzo nieudane. Pośpiech, duzo problemów, szukanie idealnego dzieciństwa dla dziecka, nowe prace, remont domu (oh te kłótnie z ekipami remontowymi...), brak czasu i szacunku dla siebie.
Mamy obydwoje trudne, ciężkie charaktery, wychowalismy sie w rodzinach kłócących, gdzie był alkohol prawie dniem powszednim. Ale się spotkaliśmy, dużo razem przeszliśmy i też dużo osiągneliśmy. Pierwsze lata, byliśmy absolutnie zakochani po uszy. Wspieraliśmy się na obczyżnie, ja bardzo mocno motywowałem żonę do nauki, szukania pracy, rozwijania się - co też miało miejsce. Razem planowaliśmy inwestycje, podróże, wyjazdy, weekendy w różnych miejscach. Biedy też nie klepiemy...
Żeby nie było cukierkowo, mieliśmy małe i duże kłótnie, duży kryzys 8 lat temu, kiedy żona mnie zdradziła. Dla uzupełnienia, byłem jej pierwszym facetem...Niestety, 2 miesiące temu (czując wczesniej ciszę przed burzą-zwalałem to na końcówke remontu...) oznajmiła mi, że już ze mną nie chce być, wypominając mi prawie cały zwiazek, wszystkie złe chwilę i rany, a szczególnie średni seks, brak całowania i namietności. Oraz, że mając 35 lat chciałaby poznać jeszcze uniesienia, mieć pełną wolność i motylki w brzuchu...
W pewnym sensie trochę winy jest po mojej stronie, ponieważ nie jestem typem człowiaka super całującego i adorującego 24h na dobę, ale mam (co moja zona też podkreśla) inne mocne strony, jak zaradność, dobre serce i wrażliwość. Też żona próbowała 6 miesięcy temu ratować związek poprzez terapię, czy też plany do 1 urlopu bez dziecka samemu. Niestety odrzucałem to z braku naprawdę czasu, ale również męskiego ego. Jak to ja na tarepię? Daję sobie świetnie rade sam....
Ale też po nitce do kłębka dowiedziałem się, że poznała kolegę z pracy i sie zakochała.... Facet ma 2 chorych dzieci, od których podczas trwającego romansu z moją żoną odszedł. Wyprowadził się z domu...Niestety widząc oszukiwanie żony, ukratkiem pisane mejle, ustawiane spotkania pękł we mnie obraz kobiety, która była kiedyś świetną osobą, matki, która de facto współrozbiła 1 związek (kolegi z pracy) i jest na dobrej drodze do rozbicia 2.
Trochę innych faktów, widząc raz moja reakcję po przeczytanych romansowych mejlach (wiem, wiem nie szpieguje się innych, ale chyba każdy to robi w takiej sytuacji-)), gdzie powiedziałem, ze mam dość, wychodzę z domu- po rozmowie do 2 w nocy - obiecywała, ze kończy oraz że nie chce tracić co ma i mnie w pewnym sensie kocha, ale tego 2 też. Oraz, że teraz ona chce o mnie walczyc itd, itp.Po pracy, gdzie kolegę od romansu widzi codziennie, widziałem znów zobojetnienie, zimność, wrogość.
Na Wigilii znowu obietnica podjęcia walki, terapii małżeńskiej i prośba, bym ją kochał mocno. Też jest tutaj ważny wątek, walcząc o związek, znalazłem przed Wigilią żonę kolegi od romansu i jej, niestety nieświadomej, przedstawiłem całą sytuację. Oprócz pieknych podziękowań zostałem uświadomiony, że piękne mejle i wiersze do żony, perspekywy jego wspaniałości to obłuda, ponieważ podczas trwania swojego związku nie raz flirtował i miał romans. Podsumowując, jego żona oceniła go jako faceta z emocjami 18 latka, nie interesującego się domem, oprócz tego, że dla dzieci jest ok. A propos nie chce mieć z nim nic wspólnego...
Przedstawiłem fakty swojej żonie, mając nadzieję, że to potraktuje poważnie, niestety będąc juz w innej drużynie pobiegła po świętach do kolegi od romansu i mu powiedziała o moim spotkaniu z jego żoną (mimo, że prosiłem bardzo, żeby to zostało między nami...). Oczywiście każdy ma prawo do obrony i żona mu cały czas wierzy, że jest inaczej, niż inni malują...Kolega też ma na nią duzy wpływ, wiele rzeczy z nim konsultuje, ba nawet pokazała mu moje zwierzenia, mejle, czy też list...
Mimo, że nie ma dymu bez ognia i romans był odbezpieczeniem całej sytuacji, walczę o związek, o dziecko, o miłość żony...
Sytuacja jest straszna, nowy dom bez duszy, cichy, przerywany monosylabami między nami....Żona argumentuje, że to nie chodzi też, że jest ktos 3, ale to czy my razem możemy byc szczęśliwi (aczkolwiek wydaje mi się jakby nie było kolegi od romansu, szanse na uratowanie związku byłyby wieksze...). Nie wierzy w moja zmianę, a propos chodzę na terapię, wyciszyłem się, brak poddenerwowania podczas remontu i całego stresu z ostatniego czasu minął......Koncentruję się w 100% na dziecku (tak terapeutka poleciła-)) i jest mi dobrze. Oprócz tego, że zwiazek mi się rozpada i nic nie moge zrobić, bo czekam na decyzję (kolejną) żony, która ma nastąpić podczas weekendu, gdzie jedzie sama i chce sprawy przemyśleć w spokoju...
Bardzo mi żle na duszy, widzę że pewien, moim zdaniem, fajny etap życia ucieka. Boje się o dziecko, o samotność, o pustkę na duszy...Zadaję sobie pytanie, czy system wartosci u mojej żony padł w gruzach, czy możemy wyjść na prostą, przy zmianie pewnych zachowań? mamy też dziecko, prawie wszystko by nie mieć problemów....
pozdrawiam