hmmm.... niesamowita historia???
nikomu takiej nie życzę!!!
postanowiłam opowiedzieć Wam o mojej historii z wakacji... tematem jest "niby przyjaźń"
Poprzez znajomych poznałam pewną dziewczynę. Starsza ode mnie o 6 lat, matka super chłopczyka... ale okazała się... bajkopisarką, łgaczką... i wogóle wszystko co najgorsze...
myślała, że jak namaluje obraz "super życia" to zyska przyjaciół.... i tak było dopóki trójka ludzi, którzy uważali ją za przyjaciółkę spotkała się pod jej nieobecność i zaczęłą rozmawiać i wiązać fakty
dziewczyna mieszkała na drugim krańcu naszego pięknego kraju także przyjeżdżała rzadko...
w szcegóły nie ma co się zagłębiać... ale dziewczyna pożyczyła do Nas kasę, praktycznie szukała szczęścia próbując zbliżyć się do któregoś z naszych znajomych... zwykła "kur.." - bladź znaczy się ![]()
po czasie pytaliśmy wprost o pewne rzeczy, dlaczego zmyśla, koloryzuje to nam wymyśliła, że cierpi na śmiertelną chorobę... hahaha... z początku wierzyliśmy (ludzie jak umierają to różne rzeczy robią korzystając z ostatnich chwil życia), ale ja mam taką naturę, że muszę znać prawdę... i dociekałam troszkę w jej towarzystwie... z resztą pozostała dwójka z naszej trójki również ![]()
próbowała nawet nas między sobą skłócić
i zawsze ja obrywałam, że to ja jestem ta blee...byłam najbardziej niewygodna dla niej... poza tym żyła magią miłości do naszego przyjaciela, który takim jak ona to płaci, żeby nie podchodziły...
ogólnie mówiąc: z kasą kręciła, aż nie oddała, większość naszych wspólnych znajomych zna całą historię, także publicznie się nie udziela (zniknęła z naszych portali i forów)
a jak się spotykamy to mamy z czego się pośmiać
wspólnie doszliśmy do wniosku, że dziewczyna ma coś z głową... haha
tylko dziecka szkoda ![]()
morał wyciągnęłam jeden: "nie wierzyć komuś, kto jest z daleka i się go nie zna"