Witajcie, bardzo Was proszę o racjonalne myślenie, czy uświadomienie mi czegoś, czego być może nie jestem w stanie zrozumieć.
Otóż, wychowała mnie mama i- ojczym. Oczywiście, nie jestem jego dzieckiem, ale podobno byłam "córeczką tatusia". Nie uważam, żeby tak było,a jeśli tak, to współczuje z miejsca moim braciom, bo, jak pomogła mi to stwierdzić psycholog- jest to człowiek toksyczny.
Odkąd pamiętam najpierw mama straszyła nas tekstami typu "poczekajcie, niech tylko ojciec wróci z pracy!", a później na potwierdzenie całej tej ponurej atmosfery, nie mogę zapomnieć, jak bałam się do czegokolwiek przyznać, nawet do rozlania wody na podłodze, czy tego, ze się źle czuję. Ojczym od zawsze był w moich oczach dyktatorem, kimś, kto ciągle nas poprawia, karci, kimś, kto musi zawsze mieć rację. Kiedy w odruchu dziecięcego buntu na niesprawiedliwe osądy odważyłam się- i to ze strachem- powiedzieć, że nie ma racji, zawsze obrywałam jak nie fizycznie, to psychicznie, obelgami i to bardzo mocnymi. Kiedy wylałam cos z kubka, leciały obelgi, jakie ze mnie je*niete dziecko, bo potrafię s*ierdolić nawet prostą czynność postawienia kubka na stole. Kiedy miałam gorączkę, oczywiście to wszystko było z mojej winy, bo na pewno ściągam czapkę z głowy jak jestem na dworze, a kiedy zachorowałam latem, znowu była moja wina, bo trzeba być je*niętym, żeby latem łapać infekcje. I jeszcze wytykanie, ile to czasu i pieniędzy tracił na leki (owszem rutinoscorbin i aspiryna kosztowały majątek w przeziębieniu, a choroby wieku dziecięcego czy bardzo poważne zachorowanie można zliczyć na palcach jednej ręki). Z drugiej strony ludzie z zewnątrz zawsze uważali nas za super rodzinkę, taką która chodzi na spacerki w niedzielę (gdzie kupował nam wszystko,a później wydzierał, ze zabrudziliśmy ubrania, zabraniał biegania na plac zabaw, bo przecież jak jesteśmy na spacerze, to mamy iść statecznie obok i zachowywać się jak "normalne dzieci", a poza tym inne dzieci potrafią się zachowywać, tylko my jesteśmy takie wiecznie kłócące się pustaki). Jakoś w każdym razie przeszliśmy dzieciństwo. Kiedy miałam ok 11 lat zaczęło być lepiej, mimo ciągłego poprawiania i karcenia.
Do czasu, aż doszłam do wieku ok 14 lat, gdzie zaczynałam myśleć jak nastolatka. Wtedy wszystko się rozwaliło i to ze szczętem. Inne koleżanki nocowały u siebie, spotykały się z chłopakami, zaczynały chodzić na domówki. Ja nigdzie nie mogłam wyjść, nawet na wycieczki szkolne mnie nie puszczali. W wieku 16 lat zaczęłam spotykać się z chłopakami- wtedy rozpętało isę piekło. Nigdy nie zapomnę tych obelg, wyzwisk i poniżania, którego mi nie żałował. Mama zawsze na to przymykała oko, a kiedy mnie broniła, wyzwiska leciały i na nią, w jej oczach z resztą ojczym miał zawsze rację i zawsze to ja byłam najgorsza. A ja po prostu chciałam być taka, jak inne dziewczyny. Uważali jednak, że zaraz zacznę brać narkotyki, zacznę palić, pić, przeklinać, dawać się na prawo i lewo i dosłownie wmawiali mi,ze ja tak będę robić, kiedy się wyrwę z ich opiekuńczych skrzydeł. W każdym razie, odpuściłam sobie, z czasem zaczęło mi to być obojętne, wyzwiska i obelgi o byle co spływały po mnie jak woda. Jak obelgi nie działały, dochodziło do rękoczynów, pod nieobecność mamy, chociaż z perspektywy widzę, że zawsze bardziej bolały mnie słowa. Mama mi nie wierzyła, bo przecież jak to, żeby "córeczka tatusia" była tak traktowana? Nonsens! Wg mamy relacja z ojczymem wypadała lepiej, bo w większości czasu siedziałam w swoim pokoju.
Po jakimś czasie ja sama zostałam mamą, jednak zostawiłam pierwszego partnera, bo, żyjąc pod kloszem, dawałam sobą pomiatać jak ścierką. Kiedy z tym coś zrobiłam, mama zaproponowala, zebym z synkiem zamieszkała u nich. Zgodzilam się i od tamtego czasu miedzy mną a ojczymem panowała zbrojna neutralność. Z mojej strony, bo on oczywiście musiał na każdym kroku podkreślał kim jestem w jego oczach. Nawet, gdy dzieliłam się z mamą moją wypłatą, płaciłam za media, cokolwiek, to ja byłam na utrzymaniu, najwięcej pieniędzy stracił na mnie i moje dziecko, najbardziej jemu zaszkodziła cała sytuacja.
W końcu poznałam mojego aktualnego Mężczyznę. Długo do mnie docierał, bo byłam okropnie dumna i niedostępna i długo nie chciałam mu przyznać się, jaka jednak slaba jestem,ze tak pozwalam sobą pomiatać i jak mi wstyd, ze ojczym tak mnie traktuje. Mieszkamy ze sobą, planujemy ślub, zarabiamy obydwoje, żyje się naszej trójce całkiem nieźle i wygodnie. Nareszcie jestem spokojna, odzyskałam radość życia, po prostu czuję się z moją rodzinką tak dobrze, jak nigdy się nie czulam (O wyprowadzkę też była wojna i obraza majestatu ojczyma tak nawiasem). I tu, nareszcie, dochodzę do sedna- jestem w ciąży, powiedziałam o tym wczoraj mamie i kilku bliskim osobom, rodzina mojego Mężczyzny również jest poinformowana. Dziś mama zadzwoniła, że MOIM OBOWIĄZKIEM jest jechać natychmiast do ojczyma, który jest w domu (dzwoniła z pracy) i powiedzieć mu, co się stało. W jej oczach to koniec świata, ze będę miała drugie dziecko,a ja pierwszy raz tak się cieszę swoją ciążą, gdzie ojczym nie ma nic do powiedzenia, nie wyzywa mnie, nie traktuje jak ostatnie ścierwo świata. Gorzej, ja nawet nie poczuwam się do jakiejkolwiek powinności, by powiedzieć mu o naszej nadziei. Nie mam mu nic do powiedzenia, mam żal do niego za to, jak mnie traktował, nie potrafię przewidzieć, jak teraz się zachowa, a nie mam ochoty być świadkiem, jak znów szykanuje mnie i moją rodzinę. Mama uważa, ze należy mu się szczerość za to,że mnie wychował, ale ja nie potrafię się przełamać. Powiedziałam jej, że nie tylko dziecko do wychowawcy powinno odczuwać szacunek, ze szacunek należy się również mnie, a tego od niego nigdy nie doświadczyłam. Powiedziała tylko: dziecko, o czym ty mówisz? Przecież to twój ojciec, poświęcił tak wiele dla Was i dla mnie. A mnie te argumenty nie potrafią przekonać. Czuję wewnętrzny lęk, tak szczerze, to dalej boli mnie wszystko, co mi zrobił i nie chcę, po prostu nie chcę się z nim widywać, jeśli nie muszę. Rozmawiałam o tym z psychologiem już dawno, owszem, dzięki niej odzyskałam równowagę wewnętrzną, ale ja już nic nie poradzę na to, że moja mama wyobraziła sobie swój wzorzec rodziny i tego się trzyma, mimo,że zdaje sobie sprawę z tego, jak naprawdę wszystko u nas wygląda. Wiem, jak jej trudno pogodzić było to wszystko, jak się miotała między poczuciem sprawiedliwości i miłoscia do nas,a bezgranicznym podziwem i miłością do niego. Zazwyczaj to nie my mieliśmy wsparcie. To on był bezkarny. A teraz mam jechać i oznajmiać mu radosną nowinę? To,co radosne i piękne dla mnie, on zaraz zdepcze i zgniecie. A tego nie chcę.
Prędzej, czy później się dowie, bo przecież mieszka i żyje z moją mamą. Ale czy to naprawdę ja muszę, naprawdę mam obowiązek dzielić się z nim naszym szczęściem? Czy może lepiej jechać, zachować kamienną twarz i oznajmić spokojnie, że pękamy z dumy, iż zostaniemy rodzicami? Nie chcę tworzyć ponurej atmosfery wokół naszej dziewczynki. Nasz synek spędza z moją mama i ojczymem czasem weekendy, bo do niego ojczym odnosi się z pełną akceptacją, a skoro synek na tym nie traci, to tym lepiej, ze ma taki kontakt z dziadkami. W tym temacie porozumiewam się z mamą i na razie to działa, Kubciu nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie miedzy nami panują stosunki i rozwija się szczęśliwie, przekonany, ze jest ok. Chciałabym, żeby tak było z naszą małą, ale nie czuję się na siłach, by się tym z nim podzielić. Mama z kolei uważa, że to ja muszę zrobić i najlepiej kiedy jej nie będzie. Jednym słowem, jak dla mnie masakra.
Uff, okropnie dużo tekstu, ale chciałam dokładnie opisać sytuację, by zostać dobrze zrozumianą.