Cześć..
Chciałam Wam w skrocie opowiedzieć moją historię. Mam za sobą 4 lata związku, w którym wiem dzisiaj, że nie byłam szczęśliwa.
To ja zabiegałam o względy faceta, robiłam co mu się podobało, co on chciał. Zdradził mnie-wybaczyłam (tak mi się wydawało). Wszyscy mi mowili ze mnie krzywdzi, ale ja bylam slepa i kochalam. Nic wiecej sie nie liczylo, bo ja mam swoja milosc, ktora miala mnie gleboko w d... Nie ukladalo sie miedzy nami od jakiegos czasu, ale nie chcialam sie rozstac, blagalam zeby mnie nie zostawial. I tak wracalismy. I znowu klotnie, i łzy... I znowu rozstania.. I powrót, bo myśl ze ma juz 27 to nie znajde sobie nikogo, moi znajomi maja swoje zony, dziewczyny, faceto itd. Balam sie zaczynac wszystkiego od nowa.. Az w koncu, poklocilismy sie po raz kolejny kiedy chcialam sie spotkac zeby pogadac, napisal mi tylko NIE CHCE MI SIE Z TOBA GADAC.. Dziewczyny, tak mnie to zabolalo, postanowilam sobie ze juz wiecej nie napisze, ze sie nie odezwe. Zaczne zyc na nowo. Dziwczyny minal tydzien jak sie nie odzywam-nie jest to dlugo, kiedy dostalam smsa od niego MOZE BYSMY SIE SPOTKALI I POGADALI.. tylko wiecie co, ja nie chce sie spotkac! Przez te pare dni okazalo sie ze wokol mnie jest duzo "wolnych" znajomych.. Pomagaja mi przetrwac te najtrudniejsze chwile... Ja w koncu zrozumialam, ze nie mozemy byc razem, co z tego ze wzielibysmy slub jak rozwod nylby nie unikniony? Dziewczyny ja pisze ku przestrodze, ja wiem ze my kochamy, ale nie kochajmy niszczac siebie.
NIKT NIE JEST WART NASZYCH LEZ, A TEN KTORY JEST WART NIGDY NAS DO NICH NIE DOPROWADZI..