chciałabym wam opowiedzieć historie ,ktora ma swoj wydżwięk do dziś i do dziś czuje sie w sercu chłód,żal,smutek i ..... ogromną tęsknotę.
otóz mój mąz uczęszczał do Sszkoły Podst.z kolegą(nazwe go X) , z którym stali sie "przyjaciółmi".
Mijaly lata ,obydwaj uczyli sie dalej,wybrali różne szkoly, ale kontakt pozostawał.wszystkie wolne,wakacje chociażby po częsci spedzali we wspolnym gronie,wspolne tematy,przygody ,przejscia.i tak ładnych kilkanascie lat. z biegiem czasu X pjął sie w górę w swojej karierze dydaktycznej , tymczasem mąż postawił na nauke praktyczną(skonczył studia) i wyjechał do babci za granicę.
Normalnym byl oczywiscie fakt , ze mąż zaprosił X na wakcja chociazby,aby ten mogł zobaczyc swiat poza Pl.
i tak mijały lata.w koncu panowie poznali swoje aktualne zony.spotkania sie zaciesnily i wszyscy w czwórkę bylismy razem( w miare mozliwosci )-oczywiscie.
jednak te wspolne kontakty na poczatku byly ok.jednak po jakims czasie poziom finansowy znajomych podniosł sie i mogli pzwolic sobie na wszystko ,eleganckie klacje,wyjazdy,sylwestry itd.niestety ja wciaż sie uczyłam.wynajmowalismy mieszkanie,maż pracował w Pl(babcia zmarła ,więc nigdy pozniej mąż nie probował wyjezdzac za granice);nie było nas stać na takie przyjemnosci jak ich.pamietam sylewstra kiedy chcieli abysmy poszli razemjednak nas nie bylo na niego po prostu stac.uniesli sie i oczywiscie poszli z innymi.mąż był zdruzgotany,załamany-nie mógł uwierzyć ze ot tak po prostu,jego przyajciel poszedł bez niego.wydawalo mi sie to dziecinne , wkoncu zaproponowali ,ale skoro nas nie bylo stac wiec oni mieli prawo sie bawic.jednak jak sie pozniej okazalo mąż wytlumaczyl mi ,że wczesniej byly takie sytuacje kiedy to on wspierał X,podwozil do szkoly ,gdy tamten nie mial pieniedzy ,zaprosił do A.(za gr.)zupelnie za free wiec mysła ze X z narzeczona zrezygnuja z wystawnego przyjecia i wymyslimy coś na niższym nieco finansowym poziomie.no niestety było inaczej.po tym czasie wszystko sie zmienilo.kontakty ,owszem i były ,a le nieco ostygły.
mijały lata i my wyjechalismy za gr.tym razem oboje zaczynajac od podstaw ,aby w zyciu coś mieć.
i tak nie wiadomo jak podczas jednego z pobytów w Pl odezwał sie do meża X.zaprosił do siebie ,zaproponował może jakis wypad itd.mąz wiedzial ze teraz sobie mozemmy na to pozwolic ,przystal na propozycje.jednak natłok spraw podczas pobytu w Pl ,sprawił ze doszlo jedynie do jednego spotkania gdzieś na kawie w miescie.
potem kolejna wizyta w Pl.W miedzyczasie X z nazerzona przeprowadzili sie do (jeszce wynajmowanego ,swojego pierwszego meszkania.byli z niego bardzo dumni ,wiec słai na zdjecia mailem ,opisujac co u nich.miło,prawda?.potem kolejno przychodziły kolejne,w ktorych X opisywal co w domku,w pracy itd.moj mąz uznal,ze kontakt powrócił i wrócił jego przyjaciel.był szczesliwy.uwielbiam kiedy jechalismy do Pl i odwiedzalismy X-sów.
z czasem doszlo do slubów.traf chciał ze moj mąz oswiadczyl mi sie pierwszy i od tej daty za 2 lata miał byc nasz slub.niedługo po tym oswiadczył sie X i tu o dziewo,slub dziwnym trafem wypada na 2 tyg przed naszym.no to ok.i jeszzce jedno-oczywiscie x byl swiadkiem u nas a moj mąż u niego.wtedy dla nich to było normalne(zaznaczam ze obydwaj maja braci!);ale co tam!
i znow mijaly miesiace.wyjazdy do Pl,spotkania; my zaprosilismy ich do nas i przylecieli,byli zachwyceni krajem,duzo obejrzelismy ,bo pogoda nadzwyczaj dopisała.
i tak trwalo to do jesieni 2009 r. wtedy na jednej zw izyt doszlo do rozmow o przyszlosci,wymienialismy poglady.oni zdecydowali sie na kupno meszkania-apartamentu!!!!za niezła kase,tymczasem my otrzymując w prezencie od moich rodziców działke budowlana, pomyslelismy o swoim :"malym Domku";oczywiscie ze strony X zaczelo sie podawanie argumentow na nie,zas jego zona wspierał nas -nigdy niczego nam nie zazdroscila!była/jest super babką!
z czasem oni kupili apartament a my rozpoczelismy budowe.wszystko szlo ok.
w koncu stalsie cud.zaszlam w ciąże,nikomu nie mowilismy.pragnelismy zachować to do swiat Boż.Nar. i chcielismy powiedziec najpierw rodzicom.to chyba zrozumiale.jednak w miedzyczasie X-owie zaproponowali wyjazdw gory.oczywiscie zgodzilismy sie ,bo wowczas jeszcze nie wiedzielismy ze jeste wciązy.jednak konsekwetnie brnelismy do przodu i chcielismy w spolnie wyjechać.
sprawy z pracą sie pokomplikowały tutaj na miesjcu ,wiec nie bylo mowy o wyjezdzie na swieta.przełozylismy wyjazd na 28.12 i nadal aktualny był wyjazd w gory.
po przylocie euforia w rodzinie i nastepnie umowilismy sie na spotkanie u X-ów.kiedy weszlismy mąż zakomunikowal o naszej cudownej wiadomosci i .....oni zamarli.nie uslyszelismy nic ,ze sie cieszą,ze sa dumni, oniemieli ot tak po prostu!.zapytali tylko ,dlaczego wczesniej nie powiedzielismy o moim stanie itd.posiedzielismy wiec dodzinke i wrocilismy do domu moich rodziców.oboje bylismy zaskoczenie ich zachowaniem i jednoczesnie zdruzgotani.nie spodziewałabym sie tego!
jednak nie odwolalismy wyjazdu.pojechalismy.mielismy wspolny domek ,wiec spedzalismy czas razem.jednak wszystko bylo nie tak.widac bylo ze X-owie wychodzili na spacery zeby byc samemu,obrazali sie kiedy mąż proponowal kolacje,herbate na spaerze-bo w koncu byłam w ciazy,musiałam uwazac i dba co siebie.jednak dla nich to była ozznaka ,ze nie szanujemy ich portfela ,bo jak można kupic dwie herbaty za 5 zł jedna?nie zwracalismy uwagi na koszt.jesli robilo mi sie zimno ,mąż dawal mi wszystko co mozliwe ,dbając o mnie i o malenstwo.
wyjazd dobiegl konca.wrcocilismy.X-owie podwiezli nas pod dom rodziców i odjechali.od tej pory ich nie widziałam.mąż spotkał sie raz jeszzce z X.regulując należnosci wynikłe z pobytu itp.mąż zadzwonil z zyczeniami od nas na urodziny X-owej.jednak od tego czasu nie bylo prób kontaktu z ich strony.w przeciwieńswwtie do nas ,my wariowalismy ale po jakimś czasie sie poddalismy.
tymczasem X-owa zadzwoniła do mężą raz ,gdy zmarła babcia X i to wszystko.mąż zadzwonił do niego ,pyta kać czy chcei zyczy sobie aby przyleciał do Pl.tamten zdawkowo odmówił;od tego czasu w moim mężu urosło i wciąż rosnie ogromne poczucie zalu,smutku jak X tak mógł i może.najgorsze dla mojego mężą jest to ,że nawet X niezadzwonił gdy urodzil sie nam synek.mąż napisał do X-tymczasem on odpisał ,że też ma sie swietnie ,bo własnie jest w Egipcie.
co to miało znaczyC?
dzo dziś tego nie rozumiemy.mąż jest załamany jak X,może sie tak ne odzywać.synek ma juz prawie 14m-cy a od nich zadnych wiesci.
i tak trwa to do dziś.mąż juz sie poddał.nie walczy dalej o ich przyjażn-wyleczył sie na tyle zeby odpusćić.szkoda mi go ,bo to jest nie do uwierzenia.pseudoprzyjażń trwała18lat i co z tego?
co sie stalo?chyba sie juz nigdy tego nie dowiemy,choć bardzo bysmy chcieli.
chcemy wierzyć w przyjażń,ale czasami jest na prawde trudno!