Poznaliśmy się na jednym turnusie sanatoryjnym.Ja pojechałam leczyć nadciśnienie, kręgosłup, nerwy. Byłam w rozpadającym się związku z mężczyzną 15 lat. Od półtora roku mieszkaliśmy ze sobą. W sprzeczkach poniewierał mnie wyzwiskami, ubliżał w każdy sposób.Pojechałam szukać wyciszenia. Nie interesował mnie nikt w celu nawiązania znajomości.Dużo spacerowałam sama, unikałam ludzi.On mnie dostrzegł, na stołówce, na zabiegach.Przechodząc koło stolika leciutko skinął głową na dzień dobry. Ot, pomyślałam kulturalny pan. Wychodząc z szatni basenu, pomógł założyć kurtkę, zagadnął grzecznie. Potem zaproponował spacer brzegiem morza. Dużo mówił, oczytany, wykształcony, nienaganne maniery. Poprosił o numer telefonu. Nagle, któregoś wieczoru, w ostatnim tygodniu turnusu powiedział, że musi wyjechać, śmierć matki. Na pożegnanie, łzy zakręciły mu się w oku, że być może nigdy się już nie spotkamy. Telefonował bardzo często, prosił o spotkanie. Ponieważ, po powrocie mój związek już się rozpadał całkowicie, mimo mojej kolejnej próby ratowania, postanowiłam odwiedzić miejsce zamieszkania mojego nowego znajomego. Pojechałam autobusem 180 km, na dworcu gorące powitanie, bukiecik kwiatków. Cudownie. Potem już były jego przyjazdy, wczasy nad morzem, nasze wspomnienia spacerów sanatoryjnych, snuł niesamowite plany o naszej wspólnej przyszłości. Było tak pięknie, że nie mogło być lepiej. Mówił, ze mnie kocha, pisał ujmujące sms, gorące, zapewniające o miłości. Ja kwitłam, wszyscy podziwiali mnie za błysk w oczach za niewidzianą od lat radość, za fantastyczny wygląd. Zakochałam się.
W każdej sytuacji troskliwy, dbający, zawsze kwiatek na powitanie dla mnie i córki. W towarzystwie zabawny, dowcipny, mający wiele do powiedzenia.Tylko ciągle kłopoty z jego zdrowiem. Najpierw odklejona siatkówka oka, potem nerka i tak na odwrót. Szpital, nagły wyjazd 200 km, powrót i tak już całe lato. Potem szkolenie z pracy w Białogardzie, wyjazdy, przyjazdy, tęsknota. Częste telefony. Tylko podczas pobytu jakoś dziwnie się zachowywał. Ciągle dzwonek w aparacie był wyciszony, nigdy nie zdążył odebrać, albo telefon w kurtce, w samochodzie.telefon był punktem zapalnym naszych nieporozumień. I tak już zostało. Podczas pobytu u mnie ciągle się coś działo w jego życiu. Jego choroba,nowotwór nerki, skóry.Potem już tylko nagłe wyjazdy.Zawał brata, nagły wyjazd, śmierć teściowej nagły wyjazd, okradzione mieszkanie teściowej ,nagły wyjazd, telefon ze szpitala, nagły wyjazd, śmierć ciotki w drugim końcu Polski.Potem kilkudniowa cisza ze szpitala, martwię się, dzwonię. Słyszę w słuchawce szpitalnej, nie ma takiego pacjenta na oddziale.Nogi mi się ugięły. Zadzwoniłam do jego córki, przypadkiem spisałam telefon (której nigdy nie poznałam zawsze jakieś przeszkody). I szok, pani mówi, że mój partner nie jest jej ojcem. Ona jest córką jego drugiej żony. O tym nie wiedziałam. Coraz rzadsze przyjazdy, przeszkody przez chorobę, znów szpital w Gliwicach, Krakowie a na końcu informacja, że wstępuje na kilka dni na modlitwę i medytacje do klasztoru w Tyńcu. Mówi mi, że dostał celę, oddał komórkę nie może dzwonić. Po kilku dniach skontaktował się, za dwa dni opuszcza klasztor i przyjeżdża do mnie. Odezwał się po tygodniu poprzez sms, że kocha, nie ma środków, odezwie się jak zajedzie do domu. Nigdy się już nie odezwał. To już tydzień. Nie odbiera telefonu, nie odpisuje na sms. Rozmawiałam tel. z jego bratem, nigdy nie miał zamiaru, ciotka żyje i ma się dobrze. A czy jest chory i był chory tego już nie wiem i nie będę wiedzieć. szok, upokorzenie, ból, zdrada. Łzy, tabletki na depresję, brak celu i siły. jak to zrozumieć. Choroba, kłamstwo czy jego choroba psychiczna?
Czy można mi pomóc, czy mogę sobie pomóc.
No to rzeczywiście nie ciekawa sytuacja, po pierwsze to rzeczywiście coś nie tak z tym facetem, nie wiem, jak można żyć w takim kłamstwie, jednakże uważam, że dobrze, że już teraz wiesz jaki jest naprawdę... To raczej do niczego dobrego nie prowadziło... No, a teraz potrzeba Ci przedewszystkim czasu, i jest on Twoim sprzymierzeńcem:) Pozdrawiam cieplutko.
Wg mnie tylko upływający czas zmienia perspektywę i pomaga. Miałam kiedyś w życiu bardzo ciężkie przeżycie związane z partnerem. 2 lata nie mogłam się pogodzić z tym co się stało. kiedy po prawie 2 latach przespałam całą noc po raz pierwszy życie zaczęło nabierać kolorów. O tym co się stało pewnie nigdy nie zapomnę, ale jesetm już gotowa na nowo cieszyć się życiem. Powodzenia:)
...minęło 7 lat, jestem w tym samym miejscu co kiedyś. Co się wydarzyło? Poznałam mężczyznę "wolnego", rozwiedzionego, ale mieszkającego pod jednym dachem z byłą małżonką. A może nie z byłą tylko rzeczywistą? Rozmawiają, ona mu gotuje obiad, on ją zawozi i przywozi co roku do jej domu nad morze (po swojej mamie), gdzie ona tam spędza całe wakacje (trochę wynajmuje pokoje). Nic ich miało nie łączyć tylko dach nad głową. Pożycia małżeńskiego nie było od lat (to jego słowa). Zaprzyjaźniliśmy się, inteligentny, wrażliwy, współczulny, dobry. Moja córka go uwielbiała, później moi znajomi, rodzina. Spotykaliśmy się często, wakacyjne i zimowe wyjazdy, jakieś wypady w wekkend, później rzadziej. Przetrwało to 5 lat. W ubiegłym roku konieczny był u mnie zabieg usunięcia zmiany w piersi (obserwowana kilka lat). Operacja oszczędzająca, pobrany materiał do histopatologii, wynik rak przedinwazyjny I stopnia. Potem radioterapia 17 napromieniań. On jak zwykle optymista, obracał w żarty moje obawy, każdy mój niepokój jakby pomniejszał, wcześniej uważał mnie za hipochondryczkę, a jednak....ale nie to najistotniejsze. Choroba mnie przeraziła, straciłam optymizm, potrzebowałam czułości, zainteresowania, poczucia, że ktoś jest ze mną, rozumie. Przyjeżdżał rzadziej, wpadał na krócej, wcześniej zrezygnował z latania szybowcem (ze względu na zdrowie, problemy kariologiczne), to znów odkrył nowa pasję pływania łódką motorową. Poświęcał temu coraz więcej czasu, remonty, wypady nad jezioro, zalew. Mnie to nie radowało zbyt mocno, zaczęliśmy się tym drażnić. Wpadał do mnie coraz rzadziej, po przebytej chorobie miałam mniej ochoty na seks, a do tego potrzebowałam bycia się bardziej kochaną, potrzebną, szanowaną. Tego od niego było coraz mniej. Wyglądało to tak, że pisał "'che mi się ciebie, wpadnę". Działało to na mnie jak czerwona płachta na byka. Gdy przyjeżdżał czułam, że czeka tylko na to, aby była sposobna chwila na seks, bo ma niewiele czasu, bo będzie musiał jechać do domu lub do pracy (system trzyzmianowy). Często tak regulował czasem by mnie odwiedzić na 3-4 godziny przed pracą czy po niej. Czasem z kimś zamienił się to miał cały dzień czy pół dla mnie. W międzyczasie moja córka wyszła za mąż, jej mąż zamieszkał z nami. Raczej żyliśmy bez większych kłótni, jakieś utarczki były ze 3 razy (zięć małomówny, oschły, nie mogę z nim nawiązać dobrych relacji, ale dla tzw. dobra sprawy przemilczałam wiele). Coraz bardziej mnie to wszystko irytuje. Mieszkam z nimi a jakby samotna. Prowadzimy wspólną kuchnię, ale prawie nie rozmawiamy, co gotujemy, co kto kupi, czy o której wróci. Oni mnie prawie o tym nie mówią, dopiero jak zapytam. Czuję się odrzucona, jak przysłowiowe piąte koło wozu. Ciężko pracowałam całe swoje życie. Poza pracą zawodową miałam ziemie rolną, budowałam dom, wychowywałam sama córkę od 5 roku życia (mąż odszedł do innej kobiety (moja choroba i operacja tarczycy były dla niego ciężarem). Wszystko robiłam dla córki, finansowałam jej studia, inicjowałam w szukaniu pracy. Córka nie sprawiała mi żadnych kłopotów (oprócz zdrowotnych), była dobrą uczennicą, wrażliwą córką, wnuczką, współczulną, uwielbiana przez wszystkich). Dziś sama oczekuje dziecka. Między nami dochodzi coraz częściej do kłótni, wiem, że tutaj ma wpływ jej mąż..Nie wiem jak dalej rozwiązać problem naszego wspólnego zamieszkania (sprzedać dom i drugą posesję). Mam coraz mniej sił na pracę w ogrodach i warzywnikach. Przecież pracuję jeszcze zawodowo (praca stresująca).
Dalej. Mój partner w ostatnim pół roku zrobił mi wiele przykrości. Podczas wizyty u mnie po prostu wyszedł trzy razy z mojego domu. Dlaczego? Bo po prostu nie godziłam się na sposób w jaki mnie traktuje w sypialni. On nie dba o atmosferę, o to bym czuła się upragniona tylko przechodzi do czynności czysto stricte.
Nie znoszę tego, czuje się zlekceważona i upokorzona. Starałam się mu o tym mówić od dawna, zawsze dochodziło między nami do nieporozumień z tego
powodu. On nie widział problemu. Ostatni raz, miesiąc temu po podobnej nocy, wyszedł z mojego domu i nie kontaktuje się. Ja też nie. Sprawa umarła.
Dziś jestem w ciężkiej depresji, bez leków, załamana. Czy nie dość tych ciężarów? (to tylko namiastka tego co mnie spotkało w życiu). Nie mam już siły walczyć. Bo i o co? Jestem chyba jakaś naznaczona. Jestem załamana i zrezygnowana. Poddałam się. Czy oczekuję porady? Nie wiem, któż by chciał się nad tym zgłębiać, a co tu radzić? Nie mam nadziei i siły do życia.