Chyba pierwszy raz w życiu opowiem komuś od początku do końca co mnie gnębi...
Urodziłam się, bo nie miałam innego wyboru. Miałam bardzo pracowitą matkę i ambitnego, ale leniwego i pechowego ojca a oprócz tego brata (niewiele starszego) i babcię i chyba na tym zamykał się mój mały świat. Miałam też całą masę ciotek i kuzynów.
Zaczęło się chyba jak się wyprowadziliśmy od babci. Miałam 8 lat, mama znalazła pracę w szkole w której się uczyłam. No a dzieci bywają brutalne... To całkiem śmieszne że po raz pierwszy zachorowałam na depresję będąc w 5 klasie podstawówki... Właśnie przez "koleżanki i kolegów". Potem się wyleczyłam i zmieniłam klasę. No ale w sumie to chyba mało istotne.
Jak byłam w 4 klasie mój ojciec zachorował na depresję maniakalną czy jakieś inne paranoje. Szczerze mówiąc nawet nie wiem, bo dowiedziałam się tego dużo później od babci. W sumie to jak był ciężko chory to nie było tak źle. Chodził tylko po domu i gadał od rzeczy. Chyba nawet nie zwracał na nas uwagi. Gdy wyzdrowiał, rodzice podjęli decyzję o separacji (nie sądowej, po prostu ojciec się wyprowadził). I żyliśmy w takiej sielance. Dwa lata później za namową swoich sióstr wrócił do nas. Przez te dwa lata mama wyremontowała dom w którym mieszkaliśmy a on wrócił na gotowe. Zatruwał nam życie. W każdym najmniejszym drobiazgu. Od wyrzucania i niszczenia nam rzeczy aż po takie głupoty jak zamykanie drzwi od łazienki (kot miał tam kuwetę i jak drzwi były zamknięte to załatwiał się do kwiatków), palenie przy moich papugach (niestety z tego powodu z jedną się pożegnałam jakiś czas później), czy chodzenie za mamą i wypominanie jej wyimaginowanych sytuacji (nie wiedział do końca co jest faktem a co wytworem jego wyobraźni. Jedyne co wiedział to fakt że prowadziła go po psychiatrach i uznał że chce mu wmówić chorobę aby mieć z tego korzyść). Wracał z pracy, nic nie robił, tylko siedział na kanapie i mówił albo wybuchał nagle śmiechem albo nagle go natchnęło aby coś wyrzucić, budził nas w nocy bo miał nam coś ważnego do powiedzenia (oczywiście coś co nie miało logicznego sensu). Jak miałam 13 lat mama złożyła pozew o rozwód. Jak się o tym dowiedział to było jeszcze gorzej. Nigdy nie zostawaliśmy sami w domu. Jak któreś kończyło później to pozostali czekali na niego i dopiero wtedy wracaliśmy, spaliśmy w jednym pokoju itd. Nie zrobił nam nigdy krzywdy. Nie uderzył nikogo. Ale się go baliśmy. Jednego dnia mama podjęła decyzję i po prostu uciekliśmy z domu. Nie wyprowadziliśmy się. Uciekliśmy. Spakowaliśmy książki do szkoły, powiedzieliśmy że jedziemy na zakupy i wyszliśmy. Pojechaliśmy do babci. On się zorientował i od razu zadzwonił do niej, więc jak przyjechaliśmy to już na nas czekała. Powiedział jej że nie jesteśmy jego dziećmi... Chyba pół roku dojeżdżaliśmy 70 km do szkoły. Potem mama znalazła gdzieś w pobliskiej miejscowości mieszkanie socjalne, i tam mieszkaliśmy przez 3 miesiące. Na wakacjach wyprowadziliśmy się do miasta. Zaczęliśmy nowe życie jak byłam w 2 gimnazjum. Praktycznie to babcia postawiła nas na nogi. Przez cały czas trwania sprawy rozwodowej mama i babcia były dręczone telefonami od rodziny ojca. Nawet oni byli w stanie powiedzieć że nie jesteśmy jego dziećmi. Nie wysyłali życzeń urodzinowych a kuzynka nawet nie zaprosiła nas na swój ślub. Oczywiście trzymali jego stronę aż do momentu kiedy się do nich wprowadził i kiedy zauważyli że na prawdę jest chory i nie jest to wymysł mojej mamy. No ale to było już parę lat po wszystkim. Mimo tego że się nas wyparł utrzymywał kontakt. Oczywiście na samym początku nawet do nas kilka razy przyjechał do babci. Potem mu się znudziło. Mój brat zawsze był ugodowy więc miał z nim dobre stosunki (w sumie to nie jest taki ugodowy tylko mówi ludziom to co chcą usłyszeć). Ja go szczerze nienawidziłam za to co zrobił. Karmił nas kłamstwami. Jest uzależniony od kłamania. Do tego stopnia, że jak się związał z inną kobietą to nie powiedział prawdy że jest anestezjologiem. Musiał skłamać że jest chirurgiem. Doprowadzał mnie do szewskiej pasji gody go pytając o niektóre rzeczy powtarzał "wytłumaczę ci wszystko jak skończysz 18 lat". Co najmniej jakbym nie zasłużył na żadne wyjaśnienia. Potrafił mnie komuś przedstawić mówiąc: "to moja córka Ania", choć wcale tak nie mam na imię, pytał mnie wprost ile mam lat, nie wysłał nigdy nawet sms z życzeniami urodzinowymi, a jak poszłam do liceum to opowiadał wszystkim że jestem w I LO na profilu biol-chem, co nijak nie pokrywało się z prawdą. Szukałam jak głupia z nim kontaktu, potrafiłam nawet powiedzieć że brałam narkotyki aby zwrócić na siebie uwagę, ale on nigdy nie zadzwonił... Był dobry synek i zła córeczka która została przez mamę przeciągnięta przeciw niemu. I tak jest po dziś dzień... W ten sposób straciłam ojca i całą jego rodzinę. Potem z tą drugą kobietą miał syna. Ale nie widziałam go już 6 lat. Brata też straciłam.
Kiedy się wprowadziliśmy do nowego mieszkania do zupełnie innego miasta, gdzie nikt nas nie znał, życie było dla mnie takie... przeciętne. Świat był szary, miałam jakieś tam koleżanki, ale jakoś nie potrafiłam z nimi nawiązać głębszej relacji, brat próbował (i próbuje po dziś dzień) na wszystkie sposoby zostać moim mentorem i udowodnić że we wszystkim czym się zajmuje jest lepszy ode mnie. Szału nie ma. Dopiero rok później znalazłam prawdziwych przyjaciół z którymi się zżyłam i chłopaka który na prawdę bardzo wpłynął na moje życie. Poszłam do liceum, kupiliśmy mieszkanie, znalazłam sobie cel w życiu. Świat zaczął nabierać kolorów.
Później mój brat znalazł dziewczynę, która mnie nienawidzi, a że, jak pisałam wyżej mówi ludziom to co chcą usłyszeć, to dał się łatwo wziąć pod pantofel i w ten sposób właściwie straciłam drugiego brata. Jakiś czas później przyjaciele porozjeżdżali się po całym świecie na studia. Nie poznałam potem nikogo z kim bym nawiązała tak bliskich stosunków. Straciłam przyjaciół.
Gdy minęło trochę czasu zaczęło do mnie powoli docierać że to wszystko co się stało to nie był film. Do tej pory byłam jakoś odizolowana od tego wszystkiego. Tak jakby się to nie wydarzyło. A dopiero niedawno to wszystko wyszło z mojej podświadomości do mojej świadomości. A stało się to dokładniej po śmierci babci... Tak. Ją też straciłam. Razem ze śmiercią był testament i oczywiście wojna o jej dom (w którym spędziłam jedyne normalne lata mojego życia). Mama dostała większość, bo zajmowała się nią całe życie, podczas gdy reszta rodziny mieszkała za daleko. Ale zostałyśmy posądzone przez nich o podyktowanie babci testamentu... Była rozprawa na której sąd stwierdził że testament jest niejasny i podzielił majątek po równo. A wujkowie i ciotki stwierdzili że oni w tym rejonie Polski nie mają rodziny więc straciłam też tą część rodziny.
No i dotarliśmy do dnia dzisiejszego. Aktualnie jestem po 5 oblanych egzaminach wstępnych, roku zmarnowanym na kulturoznawstwie (bo nigdzie indziej mnie nie przyjęli), a gdy wreszcie znalazłam szkołę, w której chce się uczyć to nawet mnie nie stać na czesne, bo nie mam pracy (Od matury pracowałam w 3 różnych miejscach. w żadnym z nich nie spędziłam dłużej niż tydzień. Nie dlatego że jestem beznadziejna. Tylko dlatego że mam takiego pecha). Mam takiego pecha, że nawet nie potrafię nic sprzedać na allegro. I jestem z tym wszystkim zupełnie sama. Nie dlatego że straciłam wszystkich, bo nie wszystkich straciłam. Ale dlatego że nikt nie potrafi mi pomóc. Mamy nie stać aby mi opłacić naukę, alimentów nie dostajemy, bo ojciec z powodu choroby nie może znaleźć pracy, a żeby z kimkolwiek o tym porozmawiać... ludzie mają poważniejsze problemy. Chyba nie ma nikogo kto by miał szczęśliwe dzieciństwo i normalną rodzinę. Nie uważam abym kwalifikowała się do grupy ludzi skrzywdzonych przez życie. W mojej historii nie ma nic nadzwyczajnego. Z wyjątkiem tego prześladującego mnie pecha, że gdy wydaje mi się że coś mam za chwilę wymyka mi się z rąk i to w taki sposób, że nawet nie potrafię temu zapobiec albo jakkolwiek to naprawić. Zupełnie tak, jakby ktoś chciał dać mi nauczkę i powiedzieć: "naprawdę myślałaś że możesz żyć tak jakbyś tego chciała?"
I cholernie tęsknię.... Za babcią, nawet za ojcem a najbardziej to chyba za normalnością.
Czy chcę zbyt wiele chcąc ŻYĆ a nie tylko ISTNIEĆ?