Mam pewien problem, z którym nie mogę się już uporać od dłuższego czasu, mianowicie chodzi o "przyjaciółkę".
Znamy się od kilku lat, przez powiedzmy pierwszą połowę tego okresu, rzeczywiście mogłam powiedzieć o X jako o sobie, na której mogę polegać, której mogę się zwierzyć, zapytać o radę. (należy podkreślić, że miałyśmy wtedy od 13-17 lat, czyli szczerze mówiąc nasze problemy nie odbiegały od problemów normalnych nastolatek, dogadywałyśmy się świetnie). Zaznaczę, że obie z X jesteśmy/byłyśmy dość nieśmiałymi dziewczynami, którym nie jest łatwo nawiązywać nowe kontakty.
Druga połowa naszej znajomości nie układała się i nie układa tak różowo. X poznała pewnego chłopaka (Y), który był powiedzmy artystą, interesował się sztuką, filozofią itd i zaraził tym X. Na początku cieszyłam się, że poznała kogoś takiego z kim, może filozofować, rozmawiać o wartościach, bo ja szczerze mówiąc jestem raczej umysłem ścisłym i nie kręcą mnie takie tematy. W końcu jednak zaczęło się to mocno odbijać na naszej relacji. Zawsze słuchałam X gdy mi opowiadała o swoich zainteresowaniach, chociaż ich nie podzielam, lecz kiedy to ja chciałam jej opowiedzieć o czymś co mnie i tylko mnie interesuje, ona nie wykazywała chęci do słuchania.
Ja: - X, byłam ostatnio na avatarze, bardzo mi się podobał ten film
X: - Y stwierdził, że to straszne gówno, nie mam zamiaru tego oglądać.
Rozumiem, że może to co mi się podoba nie jest "głębokie" i nie "skłania do przemyśleń na temat ludzkiej egzystencji" tak jak filmy które polecał jej Y ale nic by się jej nie stało, gdyby wykazała się minimalnym zainteresowaniem.
W końcu Y zaczął przesłaniać jej cały świat. To co on powiedział było mądre, to co ja - głupie i płytkie. Dodam, że X i Y nie byli parą, po prostu się przyjaźnili, czy tam kolegowali, bo on miał swoją dziewczynę.
Czułam się odtrącona, bo nie znajdywałam w rozmowach z nią swobody, przyjemności i akceptacji... Już miałam dosyć opowieści o kolejnych tak świetnych filmach, książkach, koncertach, które polecił jej Y i które są tak GODNE UWAGI, bo niosą "głęboki przekaz". Dodam, że nie uważam, że moje zainteresowania są płytkie, są inne. Ja lubię czytać Tolkiena, Harrego Pottera, róźne ksiązki o magii, może nie tak ambitne jak jej, ale jednak nie jestem głupią, plastikową lalą za jaką mnie wtedy uważała.
W końcu ograniczyłam z nią kontakt, raz że chciałam, a dwa, że sama miałam chłopaka któremu też poświęcałam dużo czasu (i chciałam to robić, bo kocha mnie za taką jaką jestem).
Wtedy X z kolei zaczęła mieć pretensje, że nie poświęcam jej już tyle czasu, co kiedyś, że się do niej nie odzywam. Myślałam, że trochę zmądrzała i odnowiłam z nią kontakt, jednak było inaczej, więc zwróciłam jej uwagę na to co kiedyś mnie uraziło.
Po tej rozmowie było względnie dobrze, bo X przyznała mi rację i chyba zrozumiała swój błąd.
Później obie poszłyśmy na studia. Ja znowu nie miałam wiele wolnego czasu, bo wybrałam sobie wymagający kierunek i chciałam się na nim utrzymać, a przesiewali nas ostro. X miała za to dużo wolnego czasu, prawie wcale się nie uczyła i miała znów do mnie pretensje, że nie mam dla niej ani chwili. Prawda jest taka, że nie miałam jej w tygodniu - wiadomo nauka (nawet dla chłopaka nie miałam prawie czasu). A w weekend wracałam do rodzinnego miasta, bo tęskniłam za rodziną, chciałam mieć trochę spokoju (mieszkam w akademiku).
X nie rozumiała tego i zostawała we Wrocławiu nawet na kilka miesięcy bez odwiedzania rodzinnego gniazda. A przecież w weekend jakbyśmy były razem w naszej małej miejscowości, to mogłybyśmy się swobodnie spotkać i pogadać.
Jak już wcześniej pisałam, obie byłyśmy dość nieśmiałymi osobami. Dla mnie był to kompleks, nie chciałam już taka być, nastawiłam się przyjaźnie do nowych ludzi na studiach. Dzięki temu poznałam wiele fajnych osób, które może i nie nadają się na stworzenie relacji przyjacielskiej ( w sensie np. powiernika wszystkich problemów), ale z którymi jest śmiesznie, z którymi mogę swobodnie rozmawiać, wyjść i się zabawić.
X wyraźnie ich nie polubiła, a do swoich nowych znajomych na studiach też nie była nastawiona otwarcie i raczej patrzyła na nich krytycznym okiem, dlatego nie otaczało jej grono nowych znajomych tak jak mnie. Znowu zaczęły się pretensję, że się zmieniłam, że nie mam już teraz dla niej w ogóle czasu. Uderzyło mnie jak powiedziała wtedy "zdradzasz mnie z nowymi koleżankami?"
Przez cały lepszy i gorszy okres znajomości nazywała mnie "przyjaciółką". Ale ja tej przyjaźni nie czułam.. Zamiast przyjaźni czułam i czuję nadal ciągle rosnące pretensje:
"To już nasze kolejne wakacje, a jeszcze nigdzie nie pojechałyśmy razem. Ciągle jeździsz ze swoim chłopakiem, a mnie nigdy nie zabierzesz na jakiś fajny wyjazd"
"MUSIMY w te wakacje przeżyć jakieś przygody, chce je dobrze wspominać a nie tak jak zawsze, Ty masz zawsze super wakacje, a mnie zostawiasz z niczym"
na wakacje jeżdziłam ze swoim chłopakiem to fakt, ale to chyba nie jest przestępstwo? nigdy z jej ust nie padła jakaś konkretna wizja wyjazdu, żebyśmy gdzieś sobie pojechały tylko takie właśnie słowa.
Nie mam już 13 lat, żeby przeżywać wakacyjne przygody, lubię odpocząc po stresującym roku akademickim w domu, poczytać swoje jak ona to mowi "romansidła" chociaż wcale romansidłami to one nie są.., posiedzieć w domu z siostrami i z mamą, odetchnąć, poleniuchować, pobiegać z psem. Po prostu dobrze się czuję w domu i brakuje mi go w trakcie studiów bardzo.
Podsumowując - wielokrotnie mnie zraniła, ale nie chcę już pisać o tym, zresztą nie chowam do niej za to urazy. Łatwo mi jest jej przebaczyć. Ja nigdy nie wygadałam, żadnej jej tajemnicy - ona w zemście o coś tam potrafiła. Nie wiem czy kiedykolwiek miałam do niej o coś tak jawne pretensje, jakie ona ma ciągle do mnie.
Wiem, że też nie jestem święta, że nie miałam dla niej tyle czasu, że nieraz odmawiałam spotkania, ale miałam swoje powody, które dla X niewiele znaczyły, ale dla mnie znaczyły dużo.
Nie potrafię jednak już nazwać jej przyjaciółką. Ona ciągle to robi. Mówi " Jako moja przyjaciółka powinnaś.." albo "przecież jesteś moją przyjaciółką.."
Z drugiej strony nie chce jej skreślać po całości, bo jednak kiedy się z nią spotykam raz na jakiś czas to jest fajnie pogadać. Z drugiej irytuje mnie ten ciągle narastający stos pretensji. I nie wiem co mam jej powiedzieć, kiedy ona znów powie do mnie "moja przyjaciółko"
Czy za bardzo się rozdrabiam nad tym? już sama nie wiem co o tym myśleć i co zrobić, żeby oczyścić tę relację. Czy może nadszedł czas, aby z niej zrezygnować?