Jesteśmy ze sobą pół roku i generalnie bardzo się kochamy, chociaż ostatnio mi czasem odbija. Nie mniej jednak walczymy z tym i ogólnie jest dobrze.
Mój facet dostał propozycję pracy w Holandii jako kierowca i przyjął ją, jako że jest to idealna praca dla niego. Chce zebrać pieniądze na naprawę samochodu i jeśli zarobi dużo, to będzie miał na jakiś czas spokój z pracą dorywczą na studiach.
Trochę sobie pluję w brodę, bo gdyby nie ja, by tej roboty nie znalazł (zaprowadziłam go do pośrednictwa pracy i się trafiło).
Nie mam zamiaru mu niczego zabraniać, czy wpływać na niego, bo nie chcę i nie ma to sensu.
A wcale mi się nie podoba, że tam jedzie...
Bardzo się boję, że nasz związek nie przetrwa. Mamy krótki staż. Ja uważam, że mogłoby to być coś wartościowego, ale taka rozłąka może to zniszczyć. Potęsknić można miesiąc, nie trzy... Gdybyśmy byli ze sobą dłużej, myślę że miałoby to szansę przetrwać. A tak? Jestem pełna wątpliwości.
Boję się, że to ja się odkocham. Nie jestem w stanie żyć w związku na odległość, ponieważ namacalna obecność drugiej osoby jest dla mnie esencjonalna. Nie chodzi nawet o seks, bo bez tego będę w stanie wytrwać (choć będzie ciężko). Tylko po prostu o bliskość... Rozmowy przez telefon, smsy nie zastąpią tego.
On twierdzi, że właśnie lepiej taka rozłąka teraz niż później, bo się okaże, czy jest to "coś na dłużej". Ja się z tym nie zgadzam. To uczucie nie rozwinęło się jeszcze w pełni, nie znam jego potencjału i ten wyjazd może nam podciąć skrzydła po prostu.
Nie wyobrażam sobie też tego, jak to będzie wyglądać. Na początku wiadomo, tęsknota. Ale ja się będę musiała zobojętnić trochę, bo przecież się zamęczę. Boję się też swoich paranoi typu "nie odpisuje, bo na pewno ma mnie już w dupie".
Chciałabym znać Waszą opinię. Czy jest szansa, że to się nie rozpadnie? Nie chciałabym zmarnować czegoś, co mogłoby być cudowne... Ale nie mam na to wpływu. Potrzebuję tylko nadziei.
Czy ktoś z Was coś takiego przetrwał?