Witajcie, już jakiś czas temu gdy tylko zarejestrowałam się na forum chciałam prosić o poradę, nie mogłam jednak zdobyć się na odwagę by pisać o sobie. Łatwiej jest radzić innym ale gdy u nas w życiu pojawia się problem to nieraz trudno jest samemu go uzewnętrzniać.
Mam 26 lat, za miesiąc już 27 i przyjaźnię się z mężczyzną, który chce ze mną stworzyć związek. Ja do tej pory próbowałam wmówić sobie, że nic do niego nie czuję ale chyba kiełkuje we mnie jakieś uczucie. Zazwyczaj kobieta cieszyła by się, że w jej życiu pojawia się miłość ale ja zamiast radości mam poczucie, że robię coś niewłaściwego.. że w jakimś sensie zdradzam mojego nieżyjącego narzeczonego.
Był on moją wielką miłością i obiecałam mu, że pozostanie tak na zawsze. Byliśmy bardzo szczęśliwi dopóki nie zdiagnozowano u niego raka. Mimo wszystko walczyliśmy o jego życie do końca. Gdy po operacji wycięcia guza jego stan się poprawił zaręczyliśmy się. Był ode mnie 5 lat starszy i marzył o dziecku, a ja będąc gotowa zrobić dla niego wszystko przestałam się zabezpieczać i szybko zaszłam w ciąże. Nie byłam gotowa na dziecko. Wszyscy się cieszyli rodzina, znajomi, on, tylko nie ja. Bałam się jak sobie poradzę, przerażała mnie myśl porodu, on przytulał się i mówił do brzucha a ja żałowałam decyzji o ciąży, wydawało mi się że nic do dziecka nie czuję. Wszystko zmieniło się, gdy pierwszy raz poczułam ruchy maluszka. Bo tak naprawdę dopiero wtedy dotarło do mnie, że we mnie rozwija się nowe życie. I właśnie wtedy gdy urodziły się we mnie macierzyńskie uczucia i oboje czekaliśmy szczęśliwi na zbliżający się poród, w 33 tygodniu serce malutkiej przestało bić. Okazało się, że mam poważną wrodzoną wadę macicy i małe szanse by donosić jakąkolwiek przyszłą ciążę. Okropnie przeżyliśmy ten czas a jakby nie było dość cierpienia u mojego narzeczonego, Darka, wykryto przerzuty do mózgu i zmarł pół roku po śmierci naszego dziecka.
Od tamtych wydarzeń minęło prawie dwa lata. Bardzo długo nie mogłam pozbyć się myśli, że ja jestem winna ich śmierci, że moje dziecko odeszło bo ja na początku je nie kochałam a jego odejście na tyle załamało mojego narzeczonego, że choroba wróciła i z nią przegrał. Między innymi dlatego często wydaje mi się że i ja nie mam prawa do szczęścia.
Maćka, obecnego przyjaciela, o którym wspomniałam, poznałam ponad 8 miesięcy temu. Wyjechałam do innego miasta, żeby dokończyć studia. Chciałam być sama, z daleka od najbliższych bo wydawało mi się, że nie wytrzymam dłużej ich litości, chęci umilania mi życia i kontrolowania każdego kroku z podejrzeniem, że targnę się na swoje życie. Z Maćkiem poznaliśmy się na uczelni i szybko się zaprzyjaźniliśmy. Dzięki niemu w sumie wyszłam do ludzi, bo po śmierci Darka zamknęła się w świecie do którego nikt nie miał dostępu. Byliśmy tam tylko my we troje, ja, Darek i nasza mała Celinka. Maciek nigdy nie ukrywał tego, że mu się podobam, a ja nigdy nie dawałam mu nadziei, że cokolwiek z tego wyjdzie. Gdy mój narzeczony umierał obiecałam mu, że będzie już zawsze najważniejszym mężczyzną w moim życiu, z Maćkiem zgodziłam się więc tylko przyjaźnić. Jakiś czas temu zmarł jego tato, chciałam go jakoś pocieszyć, pierwszy raz przytuliłam się do niego i w przypływie chwili doszło do pocałunku. Powiedział, że jest we mnie zakochany a ja.. ja go uderzyłam, odepchnęłam i uciekłam. Od tamtego czasu nie odzywam się do Maćka, nie odpisuje na jego smsy, byłam na grobie narzeczonego i przepraszałam, że to zrobiłam. Przepraszałam za to, że zaczynam coś czuć do innego mężczyzny. Tak ciężko mi z tym, że on i nasze dziecko musieli tak cierpieć i odejść a ja teraz mam być tak po prostu szczęśliwa? Dlaczego ciągle mam poczucie, że nie mam do tego prawa? Może dlatego, że to wszystko dzieje się za szybko, przecież tak niewiele czasu minęło od śmierci moich bliskich. Z drugiej strony tak bardzo marzę o dziecku, rodzinie..
Przepraszam za tak długiego posta ale czy któraś z Was dziewczyny była kiedyś w podobnej sytuacji? Bałyście się nowego związku po stracie ukochanego?