Na początku chciałabym powitać wszystkie Panie, jako że na forum to mój pierwszy wątek.
Jak pewnie wiele z nas nigdy nie myślałam, że swoje żale będę wypłakiwać na forum, a jednak, nie mam nikogo, komu chciałabym powiedzieć o swoich problemach, a takie witrualne wysłuchanie jest z pewnością lepsze niż gnieżdżenie wszystkiego w sobie.
Jak w temacie więc - jestem nieszczęśliwa w swoim związku i mam z tego powodu wyrzuty sumienia.
Ogólnie moje życie nie należy do złych, mam chłopaka, wspólne, choć wynajmowane mieszkanie, nienajgorszy status majątkowy, jakieś tam wspólne plany na przyszłość, fajne rodziny z obu stron. Dlatego czasem zastanawiam się, czy sama sobie nie wyszukuję problemów na siłę.
A problemy są - pierwszym z nich jest kompletny brak rozmowy. Dla mnie ona jest filarem związku i nie wyobrażam sobie bycia z kimś, z kim nie umiem rozmawiać. Na początku związku, byłam zapewniana, że rozmowa dla mojego partnera też jest ważna i bardzo docenia takie podejście i rozwiązywanie problemów. Może i docenia, szkoda że nie uprawia. Nie wiem z jakiej strony mam do niego podejść, szczerze mówiąc zaczynam zadawać sobie pytania czy warto podchodzić.
Oczywiście, wszystko było ok, do momentu, w którym z mojego punktu widzenia nie pojawił się problem. A problemem jest praca i przesiadywanie tygodniami po godzinach, nieodpłatnie. Jego koledzy potrafią sobie od czasu do czasu bimbnąć i coś z życia mieć. Natomiast ja mam ostatnio tyle, że nigdzie nie wychodzimy razem, bo praca albo zmęczony, nie ma czułości, bo nie ma na nią siły, jest za to dużo poirytowania, bo zmęczony. Dobija mnie to, że od razu przy śniadaniu z równowagi wyprowadza go jakaś drobnostka i tak jest przez cały dzień. Wiecznie niezadowolony, wiecznie utyskujący, wiecznie czepiający się.
Pewnie byłabym w stanie to znieść, gdyby trwało tydzień, dwa. Trwa dłużej.
Ogólnie wyrzuty sumienia mam dlatego, że normalnie mój partner ma oczywiście swoje wady, ale ma też dużo zalet. Akceptuje moje roztrzepanie, pomaga mi w domu, da się z nim normalnie spędzać czas.
Z jednej strony wiem, że praca jest ważna, ale nie mogę się oprzeć przekonaniu, że bierze tą pracę, żeby uciec ode mnie. Twierdzi, że nie, że akurat taki okres w firmie. Nie mam pojęcia co mam powiedzieć, w jakie tony uderzyć, niby jesteśmy razem, a ja się ostatnio non-stop czuję jakbym była sama.
Poza tym dochodzą również inne problemy - ze studiami, które pewnie zawalę, bo nie daję rady dojeżdżać na nie kilkaset kilometrów. Z nieciekawą sytuacją w domu rodzinnym. Z nieciekawą sytuacją w pracy. Być może to w pewnym stopniu też wpływa na mój osąd. Ale mi jest niepotrzebny współlokator, mi jest potrzebny partner, który nie traktuje mnie, jako przerywnik pracy, tylko jako priorytet.
Mówią że jak pojawiają się wątpliwości, to związek przestaje mieć sens. Problem w tym, że ja chcę go uratować i mam zamiar próbować przynajmniej jeszcze trochę. Zbyt długo na siebie czekaliśmy, żeby rzucić teraz wszystko w diabły.
Być może jest to również spowodowane pierwszym kryzysem, jesteśmy razem już prawie 2 lata, ponad rok mieszkamy razem, przesytu jednak nie powinno być, ponieważ weekendy spędzamy osobno. A może przesadzam i jest to jednak normalne.
Zastanawiam się nad zrobieniem karczemnej awantury. Z rozmysłem. W złości i gniewie pewnie powie szybciej co jest rzeczywistą przyczyną takiego zachowania. Być może dziecinne podejście, ale nie mam już innych pomysłów. Naprawdę.
Dziękuję wszystkim Wam, które przeczytałyście ten długi jednak tekst.
Za wszytkie rady będę szalenie wdzięczna ![]()