Kilka lat wstecz byłam dziewczyną płomykiem, krążącym świętem i energią. Dużo nad tym pracowałam, długo w sobie hodowałam i kształtowałam ?fajne cechy?. Jednocześnie czułam, że życie nie ucieka mi przez palce. Robiłam dwa razy tyle, co przeciętny licealista. Uczyłam się, imprezowałam, organizowałam, uczestniczyłam, tworzyłam? Wydawało się, że nim mniej czasu mi zostaje, tym lepiej się ogarniam, tym więcej robię. Szczerze, to był najszczęśliwszy, najbardziej intensywny okres w moim życiu. Zawarłam mnóstwo znajomości, wiele doświadczyłam?
Najciekawsze, że wcale nie byłam w nikim zakochana, czy coś. Wszystko zaczęło runąć, gdy się właśnie zakochałam. Z duszy towarzystwa ( i liceum) nagle zaczęłam się zamykać przed światem. Facet nadal nie był zdecydowany, a ja jako najbardziej niecierpliwa osoba, zaczęłam czynić konkretne kroki w tym kierunku. Później nastąpiło skrępowanie i rozczarowanie. Chciałam, ale nie mogłam się ogarnąć. Wszystko, co zaczynałam (nowe zajęcia, nowe doświadczenia) po najdalej kilku miesiącach runęło w śmietniku. Czułam jednocześnie, że chcę powrócić do siebie takiej jak byłam, ale jednocześnie byłam do wszystkiego zniechęcona. Ratowałam się jedzeniem i komediami romantycznymi. Kolejno tyłam i odchudzałam się i tak w kółko, żeby zabezpieczyć choć jakiś ruch w życiu. Teraz minęło już kilka lat od tamtego okresu, mam wymarzone studia, znów wiele robię, ale każdy lepszy okres porównuję do tamtego z liceum. Zawsze zresztą dochodzę do wniosków, że tamten był lepszy, intensywniejszy, a ja miałam jakieś straszne wielkie zasoby energii i natchnienia, żeby z tym sobie podołać.
Proszę o Wasze przepisy na to jak ?żyć, a nie istnieć?, jak się ogarnąć i nie staczać? Służyć natchnieniem dla siebie przede wszystkim ? Z góry dziękuję.
Chyba Cię rozumiem. Kiedyś też byłam bardziej energiczna, więcej czasu spędzałam poza domem, chodziłam na przeróżne koncerty, spotykałam się z ludźmi, włączałam się w różne akcje itd. Był to okres mniej więcej od połowy liceum, na studiach jeszcze na początku się to utrzymywało, ale stopniowo zatrzymywałam się. Teraz tak naprawdę niewiele z tego zostało. Po części na pewno sama się zmieniłam, obowiązki wzięły górę, nie mam już na wszystko czasu. Wtedy żyłam z dnia na dzień, niewiele myśląc o przyszłości. Teraz jest inaczej. Jestem z tym raczej pogodzona, nie czuję żeby życie uciekało mi przez palce, ale czasami chciałabym wrócić choć na chwilkę do tamtych czasów
Poczuć taką wolność i że nic nie muszę, ale chcę.
Prosze o podpowiedź jak czerpać radość z życia, kiedy wszystko runeło w przepaść, wszelkie plany i nadzieja na inną przyszłość.
zacząłem wątek w tym dziale : " szczęscie...czy istnieje recepta" ,zapraszam ,może znajdzie sie tam cos na niektóre Wasze problemy