Dziś mija drugi miesiąc, kiedy chłopak mnie rzucił. Nie byliśmy długo.
Zerwał ze mną bardzo kulturalnie, zachował się w porządku- nie mogę go winić za to, że nic do mnie nie czuje i nie chce tego związku ("mógłbym udawać, że ten związek mnie interesuje i dalej z Tobą w nim trwać, ale byłoby to nie w porządku w stosunku do Ciebie, a nie chcę Cię krzywdzić"). Sposób w jaki mnie rzucił zabolał tym bardziej- uświadomiło mi to, jakiego człowieka straciłam. Patrząc wstecz- to wszystko moja wina, ale nie chcę tłumaczyć, bo zajęłoby to sporo czasu.
W każdym bądź razie- sama jestem winna sobie, że przestał mnie kochać...i tego nigdy w życiu samej sobie nie wybaczę. Znienawidziłam się po tym.
Jak już na wstępie napisałam- to już dwa miesiące. Czas mija, a ja trwam w dalej w tym gównie bez zmian. Nie potrafię o nim zapomnieć, do dzisiaj zdarza mi się zapłakać jadąc autobusem i mijając knajpę, w której często przesiadywaliśmy, robiąc samotnie zakupy w sklepie w którym robiliśmy je często razem, spacerując parkiem w którym spędzaliśmy słoneczne popołudnia...
Mniejsza z resztą z tym. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Myślałam, że potrzebuję czasu, żeby zaakceptować sytuację, pogodzić się z tym. Owszem- zaakceptowałam i pogodziłam, ale dalej gnębi mnie smutek i żal. Tęsknię.
Nabrałam strasznej apatii do życia, ludzi...nic mi się już nie chce, nie widzę sensu robienia czegokolwiek. Jestem w trakcie trzeciej sesji- zawsze zdawałam je na 4, 5...a teraz- kilka egzaminów w plecy, bo nawet mi się wstawiać na nie nie chciało- moi znajomi i wykładowcy nie rozpoznają mnie. Wiem, że to rozstanie wyniszcza mnie psychicznie i fizycznie, ale nie potrafię z tym walczyć, nawet już nie mam ochoty. Marzę, żeby położyć się w łóżku i przeleżeć w ciszy całe swoje życie. Mam dość. Czy to się skończy? Kiedy znowu szczerze się uśmiechnę i zapragnę spotykać się z kimś na nowo?
2 2011-02-21 02:22:03 Ostatnio edytowany przez mikimiki08@op.pl (2011-02-21 02:22:52)
witaj... ja takze jestem w trakcie rozstania ... ten sam ból ale o wiele trudniej mamy cudowne dziecko... niestety za duzo kłamstw sie ujawnilo do których nawet nie chce sie przyznac... duzo pomaga czytanie postów... ale itak jest ogromny ból... wiem co czujesz ja przez2,5tygodnia 4kg. schudlem...
moja_droga_ ja ten ból kiedyś przejdzie. Nie wiem kiedy, ale przejdzie. Musisz być tylko cierpliwa. Od mojego rozstania mijają dwa miesiące, więc jesteśmy w podobnej sytuacji. Wydaje mi się, że musisz skupić się teraz na studiach. To naprawdę może przynieść później opłakane konsekwencje. Ja nie zrobiłem magisterki z powodu swojej ostatniej partnerki, i teraz muszę to dokończyć. Pamiętaj proszę, że przede wszystkim liczysz się teraz Ty, i nikt inny. Jeśli nie potrzebujesz ludzi, nie wychodź. Otworzysz się na nich z czasem. Ale nie zawalaj studiów!!! Głowa do góry, i do roboty:) Będzie lepiej, zobaczysz.
Dokladnie, glowa do gory. Ja tez jestem w podobnej sytuacji, tez prawie 2 miesiace temu uslyszalam "moglbym udawac, ale nie bedzie to ok w stosunku do Ciebie".
Mnie caly czas boli jak cholera. Przede wszystkim to pogodzic sie z faktem, ze ktos nie kocha (pisalas, ze juz to zrobilas), swietnie.
Zauwazylam, ze kazdy mowi to samo SKUP SIE NA SOBIE i to jest prawda. Moge Ci tylko doradzic, ze farmakologia troche pomaga (np ja juz nie wybucham placzem).
Kup sobie jakies srodki uspakajajoce na bazie ziol, herbatke odstresowujaca (np lawendowa- uspokaja). I jezeli mozesz to zapisz sie do psychologa, nie zaniedbuj tej sytuacji. W moim wypadku tez studia na tym cierpia, musialam nawet porozmawiac z profesorem, zeby wytlumaczyc sytuacje, ze jest mi teraz ciezko na czymkolwiek sie skupic i zostalo to w 100% zrozumiane, moze tez to zrob? Zawsze jest to rozmowa z kims, a rozmowy pomagaja.
Sprobuj na sile wychodzic na uczelnie. Ja na poczatku tez opuszczalam zajecia nie majac "sily" wstawac z lozka, ale wieczorem obiecaj sobie, ze wychodzisz o tej godzinie i kropka. Nie wazne ,ze jestes nieprzygotowana, nie mysl o tym, po prostu wyjdz.
I nie win siebie. Uwazam,ze rozstanie dwoja osob, nawet jezeli boli tylko jedna to zawsze swiadczy o tym, ze nie dokonca to bylo to. nawet jak bylo cudownie i uwazalas, ze byl to ideal, niewazne. Zycie ma dla Ciebie cudownego partnera, do ktorego jestes gotowa dopiero jak przezyjesz TO rozstanie, wiec musisz byc silna.
I koniecznie obejrzyj Sekret
A ja jestem w trakcie mysli o rozstaniu. Tylko od niego zalezy czy sie rozejdziemy. Boli tak samo. Tez mi ciezko, bo bezsilnosc jest maczaca.
Wierze jednak, ze przyjdzie taki dzien, ze bolu juz nie bedzie.
Zaczynam miec sile by o ty pisac, moze wkrotce opisze cala sytuacje.
Pozdr.
tak studia to podstawa to twoja przyszłość ! Mi się udało jakimś cudem nie zawalić tej sesji i jestem dumna
więc Tobie tez na pewno uda się wszystko poprawić i wyjdziesz na prostą
Boli... każdą z nas
ale trzeba się czymś zająć, np. nauką chodź wiem, że to nie łatwe ja sobie postanowiłam, że przez to wszystko nie mogę zawalić studiów bo to moja przyszłość i tak sobie to wmawiałam, chodź chwilami było ciężko jakoś udało mi się zrealizować ten mój mały cel
teraz czas wyznaczyć nowy i małymi kroczkami do przodu ![]()
a jak Ci źle pisz na forum to pomaga ![]()
Ja mam to samo jeśli chodzi o studia... Doszło do tego, że dziś rano, gdy znów nie mogłam już spać postanowiłam, ze jadę do domu na cały tydzień, a studia...No właśnie, u mnie opuszczenie tygodnia na uczelni to takie zaległości, z których żeby wyjść trzeba mieć siłę. Ale czy ja po tyg w domu uzbieram tyle siły? Moja droga ja pewnie przeżywamy coś podobnego. I dlatego tak jak Ty nie znam odpowiedzi na te pytania kiedy się uśmiechniemy itp...
Dziś mija drugi miesiąc, kiedy chłopak mnie rzucił. Nie byliśmy długo.
Zerwał ze mną bardzo kulturalnie, zachował się w porządku- nie mogę go winić za to, że nic do mnie nie czuje i nie chce tego związku ("mógłbym udawać, że ten związek mnie interesuje i dalej z Tobą w nim trwać, ale byłoby to nie w porządku w stosunku do Ciebie, a nie chcę Cię krzywdzić"). Sposób w jaki mnie rzucił zabolał tym bardziej- uświadomiło mi to, jakiego człowieka straciłam. Patrząc wstecz- to wszystko moja wina, ale nie chcę tłumaczyć, bo zajęłoby to sporo czasu.
W każdym bądź razie- sama jestem winna sobie, że przestał mnie kochać...i tego nigdy w życiu samej sobie nie wybaczę. Znienawidziłam się po tym.
Jak już na wstępie napisałam- to już dwa miesiące. Czas mija, a ja trwam w dalej w tym gównie bez zmian. Nie potrafię o nim zapomnieć, do dzisiaj zdarza mi się zapłakać jadąc autobusem i mijając knajpę, w której często przesiadywaliśmy, robiąc samotnie zakupy w sklepie w którym robiliśmy je często razem, spacerując parkiem w którym spędzaliśmy słoneczne popołudnia...
Mniejsza z resztą z tym. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Myślałam, że potrzebuję czasu, żeby zaakceptować sytuację, pogodzić się z tym. Owszem- zaakceptowałam i pogodziłam, ale dalej gnębi mnie smutek i żal. Tęsknię.
Nabrałam strasznej apatii do życia, ludzi...nic mi się już nie chce, nie widzę sensu robienia czegokolwiek. Jestem w trakcie trzeciej sesji- zawsze zdawałam je na 4, 5...a teraz- kilka egzaminów w plecy, bo nawet mi się wstawiać na nie nie chciało- moi znajomi i wykładowcy nie rozpoznają mnie. Wiem, że to rozstanie wyniszcza mnie psychicznie i fizycznie, ale nie potrafię z tym walczyć, nawet już nie mam ochoty. Marzę, żeby położyć się w łóżku i przeleżeć w ciszy całe swoje życie. Mam dość. Czy to się skończy? Kiedy znowu szczerze się uśmiechnę i zapragnę spotykać się z kimś na nowo?
Gdybys zaakceptowala i pogodzila sie z tym wszystkim, nie gnebilby Cie smutek i zal - takie moje zdanie patrzac na moje doswiadczenia.
Ja sie z pewnymi rzeczami pogodzilem i owszem, jak slysze jeszcze pewne rzeczy Typu "Nie zaluje, ze sie rozstalismy" (o moim i jej rozstaniu) albo "tesknie za nim" (mowiac o nowym chlopaku) albo "chcialabym z nim zamieszkac", "jestem w nim zakochana", "jestem bardzo szczesliwa", "jak ladnie wyszlam na tym zdjeciu" (pokazujac zdjecie jak sie przytula do nowego chlopaka) a jak ja mowilem, ze ladniej wychodzila na zdjeciach ze mna, to ona zaprzeczala i mowi, ze sie sobie nie podobala.
Wiele z tych rzeczy to podswiadoma kobieca proba wywolania zazdrosci, wiele rzeczy jest po prostu szczerych i bezpretensjonalnych i nie wymierzonych we mnie, ale... Splywa to po mnie, tzn jeszcze nie calkowicie gladko, bo na poczatku byly lekkie opory, ale jest super ![]()
Jesli czlowiek jest pogodzony z pewnymi faktami to nie ma w nim uczuc, ktore przezywasz, takze wydaje mi sie, ze sie troche oszukujesz sama.
Dopoki prawdziwie nie zaakceptujesz i nie pogodzisz sie z faktem, ze cos sie skonczylo i nie przestaniesz zyc nadzieja - bedziesz tak trwala.
Mi to zajelo 6 miesiecy, ale kobiety podobno szybciej sie zbieraja po nieudanej milosci.
Zycze powodzenia i nie zalamuj sie dalej, nie ma sensu.
Moja dorga ja - znam osoby które zbierały się nawet rok i cały rok zdarzało im się zapłakać bez powodu w autobusie
Dziś są szczęśliwe, już od dawna, najpierw były szczęśliwe same ze sobą, teraz z kimś. To zniechęcające gdy czas płynie a nic się nie zmienia, można odnieść wtedy wrażenie, że nie wyjdzie się z tego nigdy, ale to nieprawda. Po prostu kazdy człowiek potrzebuje innego czasu, może w Twoim przypadku będzie to trwało bardzo długo, może minie już niebawem. Trzeba przetrzymać i jedno jest tylko pewne- minie ![]()
10 2011-02-21 20:20:40 Ostatnio edytowany przez nell999 (2011-02-21 20:22:57)
Mi to zajelo 6 miesiecy, ale kobiety podobno szybciej sie zbieraja po nieudanej milosci.
Naprawde chcialabym zeby to byla prawda.
Ale chocby nie wiadomo co, kazdemu na szczescie mija.
Mi zabralo to troche ponad 9 miesiecy a i teraz nie jestem pewna czy jeszcze kiedys mi sie nie zdarzy "zalzawic".
Ale mija - tylko trzeba sie uzbroic w cierpliwosc.
Nawet sobie sprawy nie zdajecie jak mi pomogło czytanie Waszych komentarzy. Dziękuję
Do un hombre- gdybym nie zaakceptowała i nie pogodziła się z sytuacją, to pewnie do dzisiaj żyłabym nadziei, że MOŻE JEDNAK SIĘ COŚ ZMIENI. A tak to- bez złudzeń o piękną przyszłość u boku z nim- nas już nigdy nie będzie.
Problem jest jeszcze taki, że ja z tym człowiekiem pracuję i widzę go co weekend...to utrudnia i komplikuje akcję "ZAPOMNIJ O NIM".
szyszka2011- po zerwaniu dwa tygodnie jechałam na bellergocie i innych ziołowych uspokajaczach- inaczej nie dałabym rady. Przypominając sobie te ciche dni zaraz po- strach o tym myśleć co się ze mną działo. Leżałam w łóżku i patrzyłam się tępo w sufit, za 5 minut wybuchałam spazmatycznym płaczem, który trwał pół godziny, po czym znowu przez godzinę jak trup patrzyłam w sufit z zapuchniętymi oczami i tak całymi dniami przez bity tydzień. Oczywiście schudłam dużo, spać nie potrafiłam, serce mi waliło. Pamiętam, że po zerwaniu kładąc się do łóżka poczułam na kołdrze i poduszce ostrą woń jego perfum. Dostałam ataku histerii, płakałam, tuliłam do siebie pościel, która była taka świeża po nim, i płakałam jak małe dziecko wąchając jego perfumy...jak idiotka.
Zdecydowanie był to najgorszy czas w moim życiu i nie życzę nikomu, żeby przechodził przez coś przez co przechodziłam ja w ów czas. Czarna dziura pochłaniająca człowieka. Ból i cierpienie, których nie byłam sobie wcześniej w stanie nawet wyobrazić. Potem miałam fazę "nic się nie stało, pierdolę to, jestem twarda", która trwała może dwa dni. Pościel wyprałam (bo bywało, że przychodziłam z dworu na mieszkanie i pierwsze co rzucałam się na nią i tuliłam do niej...głupota, wiem), wyrzuciłam wszystkie rzeczy nieistotne pozostawione przez niego, resztę schowałam do reklamówki i w pracy mu oddałam. Wysprzątałam całe mieszkanie z niego. Nie pomogło mi wcale. Nic się nie zmieniło, dalej każda część pokoju, kuchnia, łazienka mi o nim przypomina.
Całe życie wszyscy mi wytykali, że jestem twardą babką jeśli chodzi o sferę uczuciową, poprzednie (nawet kilkuletnie związki) nie przechodziłam w ten sposób (choć z reguły to ja zrywałam). Nie sądziłam, że życie mnie tak sponiewiera. Widocznie za bardzo się zakochałam w człowieku i zbyt do niego przywiązałam. Czuję, że straciłam "coś" już na zawsze, że nigdy już nie będzie w moim życiu tak, jak przedtem. Jakaś część mnie umarła po tym wszystkim. Mam nadzieję, że to "chwilowe" odczucie.
Co poza tym?
Już powoli staram się nadrabiać zaległości na studiach. Wiem, że muszę się zabrać za siebie. Trzeba iść do przodu...ale tak łatwo się to pisze, a tak ciężko wdrożyć w to smutne życie.
Najsmutniejsze jest to (nie piszę tego w tym momencie, żeby tutaj paniusiować, w dupie mam siebie, swoją urodę)- ale nie narzekam na brak adoratorów...i jak wspomniałam już-smutne jest to, że poznałam ostatnio miłego chłopaka, któremu zależy (czuję to i widzę). I wiem, że normalnie, gdyby nie Łukasz, byłabym szczęśliwa z powodu jego adoracji. W chwili obecnej nie jestem w stanie, wczoraj mu powiedziałam, że nic z tego nie będzie. Sama myśl, że miałby mnie obejmować ktoś inny odbiera apetytu na cokolwiek. Czuję, że należę tylko do Łukasza. Nie wyobrażam sobie iść z kimkolwiek innym na randkę, pocałować się, zasnąć u boku kogoś innego niż Łukasz. Nie wyobrażam sobie. To jest w tym wszystkim najgorsze.
Najsmutniejsze jest to (nie piszę tego w tym momencie, żeby tutaj paniusiować, w dupie mam siebie, swoją urodę)- ale nie narzekam na brak adoratorów...i jak wspomniałam już-smutne jest to, że poznałam ostatnio miłego chłopaka, któremu zależy (czuję to i widzę). I wiem, że normalnie, gdyby nie Łukasz, byłabym szczęśliwa z powodu jego adoracji. W chwili obecnej nie jestem w stanie, wczoraj mu powiedziałam, że nic z tego nie będzie. Sama myśl, że miałby mnie obejmować ktoś inny odbiera apetytu na cokolwiek. Czuję, że należę tylko do Łukasza. Nie wyobrażam sobie iść z kimkolwiek innym na randkę, pocałować się, zasnąć u boku kogoś innego niż Łukasz. Nie wyobrażam sobie. To jest w tym wszystkim najgorsze.
Wiem dokladnie co czujesz. Tez odrzuca mnie na sama mysl, ze ktos by mogl (o zgrozo!) mnie dotknac! Pocalowac! Ale to musi minac, nie wyobrazam sobie innego wyjscia.
Apropo wahania humoru to tez tak mam. Tydzien jestem zdolowana i ledwo co jestem w stanie sie skupic i dzien pt "przyciagam pozytywna energie, wcale go nie potrzebuje" i znowu dol....mam nadzieje, ze to sie bedzie zmieniac 2 dni pozytywne, 4 tegatywne etc...
Musisz sobie sama usiwiadomic ( ja tez probuje to zrobic), ze to koniec. KONIEC. Zadnej przyszlosci, bo zadna przyszlosc z nim nie ma sensu. Nie wchodzi sie dwa razy do tej samej wody. Jak sie sparzysz to nie dotykasz ognia. Bierzmy cos z tych cholernych madrosci zyciowych!
I myslenie pt "naleze do niego" nie jest dobre! Nie wolno Ci tak myslec! Nalezysz do siebie, a od niego sie po prostu uzaleznilas. Moze i byl super facet, ale czy to oznacza, ze jedyny na tym swiecie, ktory jest super? Napewno nie! Wyobraz sobie, o ile fajniejszy bedzie mezczyzna, ktory bedzie rownie super, ale bedzie dbal o Twoje uczucia i nie porzuci Cie jak gdyby nigdy nic.
Ja tez wlacze z soba dzien w dzien, biore leki by chociaz zobojetniec na chwile, a jedynym lekiem jest czas. Uzbroj sie w cierpliowsc, skup na tym na czym masz sie skupic. Zobaczysz, ze bedzie lepiej, ale prosze wuierz w to.
Ja jestem w takiej samej sytuacji i jak widze, ze Ty sie lamiesz, to co ja mam robic? Tez mam ochote krzyknac: Naleze do niego, wroc! Juz daj spokoj, koniec zabawy,bylo smiesznie, ale juz wroc.....
Nie łam sie, bo ja tez sie bede łamac
sama nie wiem dlaczego pragne podzielic sie swoja historia...chyba tak juz jest ze po tego typu przezyciach czlowiek swiadomie lub nieswiadomie chce czocby czesc bolu przelac na kogos.. daje to zludne poczucie ze nie jest sie z tym wszystkim samemu. Mój zwiazek trwal 6 lat...poczatkoo opieral sie na bezgranicznej przyjazni..dopiero po 2 latach zaczelismy tak naprawde byc razem...dalo mi to poczucie ze moge mu ufac..z czym mialam problem po poprzednim bolesnym rozstaniu.
ufalam wiec..bezgranicznie ufalam i kochalam tak bardzo ze czasem to az bolalo..mial pelna swiadomosc ze jest dla mnie calym swiatem..i ludzilam sie ze dziala to w obie strony. moj niepokoj zaczal narastac wraz z kazdym esemesem ktore czytal w ukryciu...kazdy telefon ktorego nie chcial odbierac w mojej obecnosci. sytuacja jest o tyle gorsza ze jakis czas temu postanowilismy zaczas zycie na tzw swoim...kupilismy mieszkanie..w nowym miescie..w ktorym kompletnie nikogo nie znalam...znalezlismy tez prace w tej samej firmie..i w momencie gdy czulam sie juz naprawde bezpieczna szczesliwa i otwarta na zycie...stalo sie. Wczoraj zapytalam...kim jest dziewczyna z ktora rozmawia ukradkiem...co prawa stwierdzil ze to dopiero poczatek znajomosci i ze nie mozna tego nazwac romansem..ale byl to tylko wierzczolek gory lodowej...stwierdzil ze chce byc wolny..ze ni3e chce juz byc z mna bo on nie potrzebuje teaz milosci tylko zabawy..mozliwosci robienia tego co sie chce...imprez..poznawania nowych kobiet . ale nawet nie to bylo najgorsze...najgorsze bylo to ze po tej rozmowie wrocilismy do domu
mialam metlik w glowie nie wiedzialam co robic co myslec...plakalam tak bardzo ze czulam e nie mam juz czym...wtedy on zaprosil swojego znajomego ktory mieszkal obok bo jak twierdzil nie chcial ogladac mnie teraz bo rozpaczam nieadekwatnie do sytuacji.
znajwil sie ow znajomy...z pokoju obok slyszalam ich radosny smiech...i nagle stanol przede mne zeby oznajmic ze mam sie po prostu wynosic, mam oddac mu wszystko to co nalezy do nie go- mowa o rzeczach osobistych i po prostu sie wynosic...smiejac sie przy tym..i szydzac z mojej rozpaczy...nie wiem nawet jak opisac to co sie wtedy ze mna dzialo...nie moglam i nadal nie moge pojac..jak czlowiek ktory byl dla mnie calym swiatem..ktory jeszcze kilka dni wczesniej zapewnial mnie o swojej bezgranicznej milosci i okazywal ja....nagle byl w stanie ponizyc mnie tak bardzo z bardziej sie nie da...co gorsza nie potrafie myslec o nim zle..rozpamietuje wszystkie nasze wspomnienia, kazdy gest, usmiech...analizuje wszystko klatka po klatce...a potem jeszcze raz..choc wiem ze sprawia mi to potwprny bol. wrocilam do rodzicow zeby nabrac siel..jezeli wogole jest to mozliwe nie wiem i nie chce myslec co bedzie dalej...dokad mam uciec..gdzie mam sie schowac sama przed wlasnymi myslami. tesknota nie pozwala mi spac jesc...trudno mi nawet wstac z lozka...zabija mnie swiadomosc tego w jaki sposob mnie potraktowal...gorsze jest tylko to ze nie moge przestac myslec o nim w ramionach innej kobiety...a ni o tym co razem zbydowalismy jak wiele nas laczy i jak latwo przyszlo mu wgniecenie mnie w ziemie. czuje sie jak smiec..a nie powinnam sie tak czuc... naprzemian pojawia sie u mnie rozpacz, bol, gniew, nienawisc..wszystko to laczy sie w calosc...nie mam wladzy nad wlasnym cialm ani umyslem. czuje ze te wszystkie emocje zabijaja mnie od srodka. potrzebuje pomocy
\\
14 2011-07-07 15:40:05 Ostatnio edytowany przez majusia (2011-07-07 15:41:16)
Kurcze co za szuja z twojego chlopaka. Kawal dupka. Skoro tak sie zachowal to nie ma zludzen, ze jest zlym czlowiekiem. To zwykly egoista i czlowiek bez sumienia, bez serca i bez honoru.
To okropne ze ludzie tak traktuja kogos, po tak dlugim okresie bycia razem ![]()
15 2011-07-08 10:07:59 Ostatnio edytowany przez Kaja83 (2011-07-08 10:09:07)
ufalam wiec..bezgranicznie ufalam i kochalam tak bardzo ze czasem to az bolalo..mial pelna swiadomosc ze jest dla mnie calym swiatem..i ludzilam sie ze dziala to w obie strony. moj niepokoj zaczal narastac wraz z kazdym esemesem ktore czytal w ukryciu...kazdy telefon ktorego nie chcial odbierac w mojej obecnosci. sytuacja jest o tyle gorsza ze jakis czas temu postanowilismy zaczas zycie na tzw swoim...kupilismy mieszkanie..
więc juz wiesz, że nie można w kimś pokładać całej ufności, kochać bezgranicznie i wierzyć.. to twoja pierwsza miłość? pierwszy związek? bardzo mi przykro, ale chciałabym abyś napisała coś więcej o swoim chłopaku.. już byłym jak mniemam.. jak cie traktował? jak było między wami, piszesz, ze kochałaś do bólu, ale co to oznacza? czy on cię zawiódł kiedyś.. czy był wzorcowo idealny.. a teraz tak mu coś do łba strzeliło.. to jak Cię na koniec potraktował świadczy o nim bardzo źle! nie zdarzyło się wcześniej że był dla ciebie az tak cha...i
zapraszam do poczytanie postów na wątku ..ból po rozstaniu.. zobaczysz jak wiele osób, poradziło sobie po rozstaniu