Witajcie
miał ktoś podobnie?
Jestem już po kilku przejściach,ale właściwie nie wiem od czego zacząć.
Męczy mnie to do dziś.
Poznałam pare ładnych lat temu niesamowitego mężczyzne.umiał słuchać,był zawsze przy mnie,wspierał mnie,troszczył się itd. Byłam wtedy zbyt niedoświadczona,a on ciut starszy i po rozwodzie.
Trawło to jakiś czas,ale nie miałam odwagi z nim być,choć na przekór wszystkim bardzo chciałam. Nie był idealny,ale to jaki był,to najważniejsze i dziękuje mu za to. Czekał na nie jeszcze jakiś czas,ale ja niepotrafiłam się zdobyć na ten krok. Kurcze,był taki oddany,a ja zawaliłam na całej lini.
Choć teraz co słyszałam ułożył sobie jakoś życie,choć nie do końca chyba szczęśliwie.
- wiecie,czasami bym chciałam stanąć przed nim,i go przeprosić, i była bym go w stanie nawet odnaleść -
ale, swój czas straciłam,a i on jest z kimś,choć niewiem czy szczęśliwy.i nie moge burzyć jego spokoju.
mam nadzieje że jest szczęśliwy,naprawde,życzę mu tego,bo jest wart szczęścia.
Którego ja się wtedy bałam.
Brzmi to dość dziwnie (może nawet jak jakieś usprawiedliwianie się),ale choć w małym stopniu wyrzuciłam to z siebie.
Może ktoś zrozumie,może nie-bo i dla mnie samej to pokręcone,dlatego musiałam się tym z kimś podzielić.
CZY MA TO JAKIŚ SENS????