Ostatnio zaczalem sie zastanawiac...
Mam 26 lat, nie moge pochwalic sie jakimkolwiek dluzszym zwiazkiem, byciem z kims... Przewaznie natrafialem na osoby ktore mi sie podobaly, a ktorym ja nie, zawsze cos bylo na drodze, zawsze cos nie tak.
Ostatnio jakos w moim zyciu pojawila sie osobka, ktora tez cos do mnie czuje i zapowiadalo sie, ze moze byc wreszcie fajnie, ale niestety... Jest zbyt mlodziutka aby sprobowac i niewykluczone, ze nawet to moze w jakiejs przyszlosci skonczyc sie fajnie jesli sie odwazy i sprobuje... Ale poki co jest mi coraz ciezej, bo uwierzylem przez chwile, ze moze byc fajnie, ale sie przeliczylem...
Tak zaczalem patrzec na swoje zycie i sie zastanawiam, czy moze sa pewni ludzie na tym swiecie, ktorzy po prostu sa inwalidami uczuciowymi, ktorzy nie potrafia sobie poradzic w brutalnym swiecie uczuc, szukania wlasciwej osoby i moze po prostu sa skazani na porazke? Potrafie walczyc o kogos, potrafie byc oryginalny, zdobywac, bawic i wydawalo mi sie, ze moge sie podobac, ale byc moze tak nie jest. Moze jestem zbyt miekka klucha, moze zbyt wczesnie pokazuje jak mi zalezy i moze odstraszam... A moze po prostu nic we mnie nie ma...
Nie czuje sie nieatrakcyjny, choc mam swoje kompleksy, moge sie podobac, mam charakter, poczucie humoru, zawsze bylem pozytywnie nastawiony do swiata...
Ale teraz to jakos wszystko runelo, meczy mnie zycie w samotnosci, nie chce mi sie zyc dla siebie, nie mam motywacji brnac naprzod dla siebie...
Czuje, ze sie wypalam i slabne psychicznie, za bardzo sie nad soba uzalam... Nie obwiniam swiata, ze jestem jakas ofiara, ale obwiniam siebie, bo nie potrafie zrozumiec dlaczego...
Dlaczego po prostu nie moge byc szczesliwy? Czy tak wiele bym chcial? Chcialbym tylko byc szczesliwy i dawac szczescie...
Czy naprawde uwazacie, ze kazda potwora znajdzie swojego amatora?
Moze tak naprawde sa pewne potwory, dla ktorych nie ma szans, nadziei i po prostu powinny sie zamknac w jaskini samotnosci?