Witam.
Nie całe 3 miesiące temu mój chłopak wyjechał na studia na drugi koniec Polski. Niestety z wielu przyczyn nie mogłam tam pojechać razem z nim. Jesteśmy parą od ok. 2,5 roku. Na ogół mało się kłóciliśmy, bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Wiele przeszliśmy razem, doświadczyliśmy wielu prób, które wzmocniły nasz związek. Do momentu jego wyjazdu na studia wszystko układało się cudownie, wiadomo były upadki ale więcej było tych wzlotów. W wakacje chcąc spędzać ze sobą jak najwięcej czasu on pomieszkiwał u mnie, albo ja u niego i tak przez całe wakacje. Wiele razy rozmawialiśmy przed jego wyjazdem o naszym związku o tym co z nami będzie, czy jesteśmy w stanie poradzić sobie z ową odległością. Za każdym razem zapewniał mnie, że nam się uda, że jest tego pewny. Mówił, że roztanie z powodu wyjazdu na studia to głupota i jest to śmieszne i dziecinne zachowanie.
W końcu nadeszła pora jego wyjazdu. Codziennie po kilkanaście godzin pisaliśmy sms, rozmawialiśmy przez telefon. Po miesiącu miałam tydzień przerwy na uczelni, postanowiłam do niego pojechać. Spędziłam z nim cudowny tydzień. Było widać gołym okiem, że cieszył się z mojego przyjazdu, że mógł spędzić ze mną ten tydzień. Przez cały ten pobyt można powiedzieć, że przeżywaliśmy "od nowa" nasze zakochanie, skakał koło mnie, wręcz nosił na rękach, wszystko było jak z bajki. Mimo, to zauważyłam, że się troche zmienił przez ten miesiąc. Niby to nic nie pokojącego, ale już rzuciło mi się w oczy pare dziwnych - jak na niego zachowań. Zlekcewazyłam to, uznałam, że jestem jak zwykle przewrażliwiona i "widze coś czego nie ma". Wróciłam do domu, i tak mijały kolejne tygodnie.. Aż tu nagle po 3 tyg. od momentu mojego powrotu od Niego, doszło do mocniejszej wymiany zdań- to nawet nie była sprzeczka. Troche na siebie "poburczyliśmy" i w pewnym momencie rozładował mu się telefon - on tego nie zauważył - przynajmniej tak twierdził. Miał przez ok. dobę wyłączony tel. i od tego wszystko się zaczeło. W końcu z powrotem włączył telefon, przeprosił mnie za całą tą sytuację. Na pozór wydawałoby się, że jest wszystko OK, aż tu nagle wyszło z rozmowy, że w czasie tego "dobowego" milczenia rozmyślał o naszym związku. Doszedł do wniosku, że nie wie co do mnie czuje, czy chce być ze mną, czy jest ze mną szczęsliwy, na koniec stwierdził, że moge spodziewać się najgorszego.[ gdzie dzień przed tą całą sytuacją zapewniał mnie, że jest pewien, że mnie kocha, że chce ze mną być, że nam się uda i nie ma co do tego tamatu rzadnych wątpliwości !!!] Rozmowa była długa, każdy sms był boleśniejszy. Poczułam, że trace grunt pod nogami. Nasz związek był czymś w co wierzyłam i nigdy nie miałam wątpliwości. Zawsze uważałam, że to jest ten jedyny zważywszy na to co przeszliśmy, jego ciężką chorobę- możnaby pokusić się o stwierdzenie, że był jedną nogą w grobie. Od momentu kiedy wyznał mi, że nie jest pewien swoich uczuć, wszystko się zmieniło. Nic nie było jasne. Na każde zadane przeze mnie pytanie odpowiadał tak samo "nie wiem". W pewnym momencie stwierdził, że chce znaleść szczęście, że oboje mamy dać sobie zielone światło.. Jeśli on nie znalazłby żadnej innej "wybranki" to oznaczałoby, że mnie kocha i dalej będzie ze mną, a jesli druga opcja to się roztaniemy. W wyniku tej całej sytuacji zaczeliśmy po jakimś tygodniu coraz rzadziej ze sobą rozmawialiśmy, każde z nas zajęło się naukom. Lecz kontakt się nie urwał. Nasze rozmowy były coraz chłodniejsze. W końcu doszło do tego, że ciągle były o coś pretensje, co prawda rozmowy nie kończyły się kłótnią ale nastrój się znacznie pogarszał. Przez cały ten okres tłumaczyłam sobie, że jest mu tam samemu ciężko, zdala od rodziny, znajomych, wiecznie tylko nauka- jest na bardzo ciężkiej uczelni, gdzie trzeba się ciągle uczyć by nie wylecieć.. On tak właśnie robi możnaby stwirdzić, że każdy jego tydzień jest identyczny.. 0 czasu dla siebie i tylko ksiazki, presja, samotnosc.. W między czasie powiedziałam mu, że chce się starać o przeniesienie i jak najszybciej zacząc nauke na jego uczelni. Stwierdził, że on tego nie chce i tak będzie lepiej, dla mnie, że nie chce zniszczyć mi życia. Wiedziałam, że jego zachowanie jest bardzo dziwne, gdyby miał inną na boku to by nie kręcił tylko powiedział wprost- jest szczerym człowiekiem i udowodnił mi to wiele razy. Ciągle coś mi nie pasowało w jego zachowaniu. Przecież nie można się odkochać z dnia na dzień. Kilka dni temu przyznał, że zaczyna zawalać studia zaczyna robić rzeczy które sam wcześniej potępiał. Zaczął umawiać się z różnymi ludzmi, których nie zna na tzw. popijawy. Np. ostatnio ustawił się z jakimś kolegą na picie o 4 nad ranem, pili do godziny 7, gdzie o godzinie 8 miał ważne kolokwium które przespał. Zaczyna się bawić.. Tak wiem większość studentów tylko by się bawiło piło i tak w kółko.. Ale mój chłopak jest bardzo odpowiedzialnym czlowiekiem, jak już wcześniej powiedziałam potępiał takie zachowanie. A tu nagle tak własnie postępuje. Sam mówi, że go to miejsce niszczy.. Chce mu pomóc ale czasem nie wiem jak z nim rozmawiać jak do niego z sercem a on traktuje mnie jak psa. Za każdym razem powtarzam sobie, że wróci na świeta, porozmawiamy i miejmy nadzieje, że się ułoży. Ale z każdym dniem rodzi się we mnie coraz większa wątpliwość, jestem wstanie zrobić wszystko by od nowa obudzić w nim uczucie, natomiast mam wrażenie, że on to jednego dnia odrzuca, a drugiego "przyjmuje". Twierdzi, że jeśli ma się ułożyć to wszytko ułoży i będzie ok, a jesli nie to mam się pogodzić i już. Są też momenty, iż czuje jakby ze mną rozmawiał z przymusu. Jednego dnia mówi, że nigdy nie będe mu obojętna a drugiego, że mu wszystko jedno. Ewidentnie widać, że ma problem i coś się z nim dzieje. Tylko jak mu pomóc, skoro on nie chce nic powiedzieć. Ciągle tylko słysze: nie wiem, nie wiem i nie wiem.. Powtarzam mu jaki jest dla mnie ważny, co do niego czuje, że chce mu pomóc, że staram się go zrozumieć.
Pomóżcie!! ![]()