Zacznę od tego, że już od dwóch tygodni czytam Wasze rady i porady i nie pozbierałam się w sobie. Wzięłam owszem dużo wskazówek do siebie, ale jednak potrzebuję się wygadać i poradzić Was drodzy forumowicze/ki ![]()
Zaczęło się to po moim przyjeździe od siostry u której byłam 10 dni (wróciłam 11.11), a w ciągu tego czasu mój narzeczony był w szkole (studiuje zaocznie). Po przyjeździe zrobiłam mu jakąś tam małą awanturę, po której wyznał, że nie wie czy chce ze mną być i wziąć ze mną ślub. Zrozumiałam go, w sumie to zawsze tak mówił, ostatnio na wakacjach na początku września, po dwóch tygodniach, jak wracaliśmy wyznał, że chyba nie powinniśmy być razem, bo się ciągle kłócimy. Przyznałam mu rację, ale prosiłam, abyśmy teraz się postarali być inni, milsi i w ogóle, ale oczywiście było jak zawsze. Mamy wspaniałą półtora roczną córkę. Mieszkamy u jego matki, więc pewnie nasze relacje przez to też są jakie są.
Ale wracając do sprawy. Po powrocie, po tej małej sprzeczce zdań, znalazłam w necie przez przypadek dosłownie, że szukał jakiejś romantycznej knajpki w innym mieście niż nasza. Podejrzewałam, że kogoś ma, ale zaprzeczył, ja oczywiście zrobiłam z tego powodu awanturę, ale on tłumaczył, że to nie prawda. Jego zachowanie uległo zmianie, na gorsze. Kładąc się spać odwracał się plecami, a gdy ja go chciałam przytulić mówił, że mu gorąco, itp. Po trzech dniach od awantury napisałam maila, że wiem o wszystkim, ze ma jakąś koleżankę, żeby mnie nie kłamał, ale ja mu wybaczę chociażby ze względu na naszą córkę. No i wtedy zachciało mu się ze mną rozmawiać. Poszliśmy na spacer, no i mówi mi, że mnie kocha, ale potrzebuje trochę spokoju, bo go wszystko i wszyscy w koło wkurzają. Że ma dosyć ciągłego budzenia się i myślenia ile mu jeszcze kasy potrzeba, aby kupić mieszkanie i takie tam. Ja nie pracuje, ale on zawsze podkreślał, że nie muszę pracować. I to był problem podejrzewam, bo zawsze byłam niezależna, a odkąd pojawiła się mała to przestałam dbać o siebie i wciąż się go czepiałam. Wtedy go zrozumiałam, ale dalej mi coś nie pasowało. Po 10 dniach odkryłam prawdę, romansował z jakąś koleżanką ze studiów. Twierdzi, ze ona dla niego nie znaczy wiele, że jej nie kocha, że chce być ze mną chociażby ze względu na córkę. Jednak mam taki charakter, że drążyłam ten temat i drążyłam... Przez te drążenie dowiedziałam się wielu rzeczy, że w pewnym sensie coś się wypaliło, że będzie kochał zawsze, ale myśli że to miłość raczej ojcowska, że czuł się przy tej koleżance szczęśliwy i takie tam. Tydzień temu miałam dość i powiedziałam, że wyjeżdżam do mamy, przyznał, że jest mu to na rękę. I że w każdym związku jest potrzebna separacja. 5 dni temu nie wytrzymałam i podstawiłam go pod mur, w tą, albo w tą stronę. Powiedział, że on raczej chce ratować ten związek, ale jeszcze nie teraz. Od dwóch dni jestem u mamy, 600 km od naszego domu. W ostatnich dniach, po tej rozmowie był miły, przytulał, nie mówił, ze kocha, ale zapytany potwierdzał. Ostatnie godziny spędziliśmy strasznie. Ja mu suszyłam głowę o to, że mnie tak zranił, że straciłam do niego zaufanie, że był jedyną osobą, której naprawdę ufałam. Przyznał, że jest gnojem, ale nie zrobił nic złego, bo to były tylko sms-y i telefony, że już nie pisze. Ale ja wciąż naginałam tą rozmowę, aż w końcu wypalił, ze jak on ma być ze mną jak ja nigdy nie przestanę o tym gadać. Powiedział, że się rozstajemy na ten czas, aby od siebie odpocząć i on ma przemyśleć co dalej, czy chce z nami być, czy nie.
Aha, jeszcze wspomnę, że ostatnimi czasy mówił, że go nasza córa wkurza i ma dość.
Wyjechałyśmy w piątek w nocy, same autobusem, bo on musiał iść do szkoły. Czyli cały weekend spędził w szkole, w mieście gdzie nie mieszkamy, spał w hotelu. Nie odezwał się słowem, nie napisał. Więc o 22 zadzwoniłam i zapytałam co słychać mówił, że jest zajęty (ogląda film), zapytałam, czy teraz ma zamiar się nie odzywać, on powiedział, że nie. Zapytał tylko krótko jak córa i rozmowa po 3 minutach się zakończyła. Dziś cały dzień się nie odzywa.
Nie wiem co robić, i powiem szczerze że sama rozważam, czy nie powinnam od niego odejść, że tak mnie zawiódł. Najgorsze jest to, że on nie zrobił nic, abym nie czuła się taka skrzywdzona. Mogę zawsze wrócić do pracy, ale moja praca jest w stolicy i tam bym musiała małą oddać do żłobka na 11h, wynająć mieszkanie, itp. Boje się, że sama sobie nie poradzę.
Proszę Was o rady, co ja mam robić? odpuścić, czy zdecydowanie olać?