Mam problem z rodzicami a właściwie z relacjami z nimi.
Odkąd pamiętam, byłam "wykorzystywana" nagminnie do wszelakich prac domowych etc. Nawet po urodzeniu córki, gdy jeszcze mieszkałam z rodzicami, robiłam zawsze i wszystko co chcieli (nawet gdy kazali po północy odkurzać dywan a człowiek padał ze zmęczenia).
To to może jeszcze nic.
najbardziej chodzi mi o stosunek moich rodziców do mnie.
Nie raz słyszałam, że "nie możemy doczekać się momentu kiedy się wypoawdzę, że wreszcie będzie spokój, pojadą na wczasny..." Gdy chciałam iść na piwo, i zostawić im dzidzisua pod opieką po godzinie miałam telefony, ze mam wracać (choć mała nie płakała). Gdy jechałam do kina, wracałam w ok. 1 to Mała nie spała bo mama czekała na mnie by ją położyc. Nigdy nie dostosowywali się do tego co mówiłam w kwestii mojego dziecka, opieki nad nim itd.
Takie docinki były właściwie codziennoscią. Nigdy nie umiałam powiedzieć "nie" w obawie przed tym, że się obrażą na mnie. Jednak ten mój brak asertywności tylko "motywował" ich do życia moim życiem za mnie.
Teraz... Od kilku m-c nie mieszkam w domu.
Zaczęłam życie na swój własny koszt. Myślałam, że spełni się "marzenie" rodziców i sytuacja się unormuje. Byłam w błędzie....
Codzienne telefony mamy z pytaniem co u nas, kiedy mogą przyjść do nas, co robie na obiad, kiedy mała przyjdzie...
Chcieliby być po kilka razy w tygodniu u nas...
Ja wszystko wiem, rozumiem, rodzice.
Ja po pracy, zrobieniu obiadu nie mam czasu na kawę czy cokolwiek. Mam ochotę położyć się z własnym facetem do łóżka i odpocząć, pobawić się z córką, wyjść razem.
Oni chyba sądzą, że ja w domu nic nie robię i mam mnóstwo czasu wolnego.
Mojego faceta też to wkurza, bo widzi jak mnie traktują rodzice, jak próbują na siłę ustawiać moje życie i nie za bardzo uśmiechają mu się odwiedziny "teściów".
Kwestia Małej.
GDy mieszkałam w domu, dla Małej większy autorytet stanowili dziadkowie niż ja. To z powodu tego, że oni jej na wszystko pozwalali. Jednak gdy przychodziło co do codzinnych obowiązków, oni od razu sie umywali.
Mieszkając osobno miałam też nadzieję, że mój autorytet mamy się umocni.
Przedwczoraj moja mama zadzwoniła do mnie i powiedziała mi tak: "Jutro jest dzień dziecka. Wymyśl godzine o której mamy przyjść bo my jutro chcemy przyjść. Może być nawet o 21 (o 21 kładę małą ale to szczegół). (......) no i pomyśl kiedy dasz nam małą na służbę bo dziadek nią stęsknił, chodzi struty. Jak sobie znajdzie inną kobietę i mnie zostawi to zobaczysz będzie przez Ciebie bo nam jej nie przyprowadzałaś"
Powiedziałam, że dam znać czy będziemy w domu czy nie. Telefon został w domu, my pojechaliśmy na wycieczkę i załatwić kilka spraw. Po powrocie okazało się że mam 15 nieodebranych połączeń i paczkę pod drzwiami.
Nie liczy się to, że mówiłam dam znać, że mamy plany - NIC!
Jeżeli komuś chciało się to przeczytać (opisane troche w skrócie) co się u mnie dzieje, proszę o poradę. Co zrobić?
Ulegać im i kłócić z facetem, którego boli to że mnie ktoś wykorzystuje, czy przeciwwstawić się im, za co się monstrualnie obrażą a mnieć spokoj?