Witam!
Mam 22 lata i brak mi ochoty do życia, a wszystko dlatego, że jestem samotna. Nie mam i nie miałam nigdy nikogo kto by mnie pokochał, kto by był mi bardzo bliski. Ciężko jest żyć i patrzeć na znajomych i nie tylko, którzy moją już kogoś. Czasami mam wrażenie że całe to życie toczy się obok mnie, tak jak bym nie była jego częścią. Nie jestem jakimś brzydalem bo często zdarza się, że ktoś się za mną ogląda, ale mam wrażenie, że nie jest mi dane być z kimś. Jestem bardzo nieśmiałą osobą, która na dodatek wszystkiego i wszystkich się boi, która łatwo można zranić. Na moje zachowanie mogą mieć wpływ wydarzenia z wcześniejszych lat. Do momentu gdy jeszcze byłam w podstawówce byłam wesołą zabawną dziewczyną, która miał mnóstwo koleżanek i kolegów wszystko zmieniło się od czasu gimnazjum. Wtedy to zamknęłam się w sobie w swoim pokoju wszystko przeżywałam sama, stawałam się coraz bardziej smutna. Przyczyną tego wszystkiego były dwie koleżanki z klasy (myślałam że to moje dobre koleżanki), które mnie psychicznie zniszczyły. Pewnego dnia nabuntowały przeciw mnie całą klasę. Nie wiem jak to się mogło stać skoro się nawet wcześniej nie pokłóciłyśmy. To było straszne przez pół roku byłam sama jak palec nie akceptowana przez rówieśników z kasy. Moi rodzice wiedzieli o wszystkim i interweniowali u wychowawczyni po pół roku wszystko zostało wyjaśnione ale to co wtedy przeżywałam nadal we mnie tkwi. Długo by o tym opowiadać ale z pewnością przez to wszystko teraz moje życie wygląda tak jak wygląda. W liceum choć znalazłam przyjaciół to jednak nadal byłam zamknięta w sobie, nieszczęśliwa. Wtedy też się zakochałam w koledze z klasy z którym świetnie się rozumiałam. Dużo rozmawialiśmy szczególnie o sporcie bo jesteśmy zagorzałymi kibicami sportowymi. Ale gdy się przyznałam co czuje on nie chciał się ?angażować? nadal ze sobą rozmawialiśmy smsowaliśmy . W pewnym momencie myślałam, że jednak coś z tego będzie. Jednak nie... przestał to mnie się odzywać choć wcześniej dał do zrozumienia, że możliwe, że coś do mnie czuje. Nic z tego nie rozumiałam, ale z czasem ból minął. Dostałam się na studia i myślałam że w nowym miejscu poznam kogoś interesującego, kogoś kto mógłby mnie pokochać. I o dziwo w pierwszym roku trafiła się taka osoba, którą lubiłam jako kumpla ale nic więcej. Niestety osoba ta mnie szybko zniechęciła do siebie swoim zachowaniem, osaczeniem mnie. To wszystko działo się zbyt szybko, za szybko, a ja się przestraszyłam. Ta osoba mnie ciągle nagabywała szantażowała, że sobie coś zrobi jeśli nie będę z nim. Bałam się... Zaczęłam się wówczas zastanawiać czy coś jest ze mną nie tak. Ale ze mną było coraz gorzej miałam znajomych ale przestałam się z nimi spotykać poza uczelnią. Wolałam w samotności się wypłakać po to by lepiej się poczuć ale nic z tego. W pewnym momencie uznałam, że muszę się otworzyć na ludzi ale niestety nie przychodzi to za łatwo. No i znów się zakochałam... ale co z tego jak ta osoba porostu ze mnie zakpiła. Najpierw dawała znaki zainteresowania, rozmawialiśmy ze sobą. Zostałam nawet zaproszona na spotkanie, które się nie odbyło bo on przestał się ze mną kontaktować. Potem dowiedziałam się, że ta osoba umawiała się tak z kilkoma innymi osobami... Poczułam się kompletną idiotka, która cieszyła się na to spotkanie, która, w końcu uwierzyła, że coś pięknego w jej życiu może się stać...! Ale znów zostałam ograbiona ze swych marzeń. Znów zostałam zraniona. A teraz mam myśli, że już do końca życia tak pozostanie, że będę sama, że nie będzie mi dane poczuć miłości drugiej osoby, założyć rodziny mieć dzieci. Dla niektórych może to być śmieszne, a dla mnie to straszne
Choć przyjaciółki mnie pocieszają, że jeszcze jestem młoda i kogoś znajdę, to jednak ja już straciłam nadzieję. Łatwo im powiedzieć skoro one już maja kogoś i nie czuja tego co ja już od tak długiego czasu.
Pisze bo chciałam to wydusić z siebie, może to w jakiś sposób mi pomoże... Zobaczymy... ![]()