Dzień dobry,
Temat powstał ponieważ, od pewnego czasu mieszkam sam i po prostu weekendy są dla mnie ciężkie mimo, że staram się zająć swoją pasją to i tak mam złe myśli. Chciałem poniekąd wyrzucić moje przemyślenia.
Rozwijając temat, byłem z jedną dziewczyną prawie 2 lata - po czym poszła na studia do tej samej miejscowości, gdzie studiował jej były (ja studiowałem w inny mieście), po czasie stwierdziła, że do niego wraca. Po tej relacji miałem 1,5 roku przerwy od związku.
Potem, na studiach poznałem kolejną z która byłem ponad 3 lata i ten związek był już naprawdę poważny bo mieszkaliśmy razem, znaliśmy dobrze swoje rodziny itd. Niestety, jak łatwo się domyśleć, znów się rozsypało głównie przez przeprowadzkę i rozpoczęcie pracy, poznała nowych ludzi i zaczęliśmy się od siebie oddalać. Mimo, że wydawało mi się że to już to...
Nie byłoby w tym problemu, gdyby nie to że w tym roku stuknie mi już 27 lat, a znów muszę zaczynać wszystko od początku. Większość moich znajomych przez ten czas zdążyła wziąć ślub, mają dzieci lub wyjechali z kraju, więc nie mam nawet za bardzo z kim wyjść. Dodatkowo obracam się w środowisku (praca), w którym każdy jest już zajęty. Nawet jeśli poznaję jakąś dziewczynę z która się dobrze dogaduje to okazuje się, że ma chłopaka. Z drugiej strony jeśli jest wolna, to nie mam o czym z nią rozmawiać, albo ma całkiem inne podejście do życia. Jak inni to robią, że są razem po 5-10 lat i nic się nie psuje, a u mnie... no właśnie.