Dlaczego?
1. Manipuluje mną, tego najbardziej chyba nienawidzę. Specjalnie doprowadza mnie do płaczu, mówiąc np, że nic nie potrafię, jestem nudna, że starzeję się i podobają mu się młodsze, albo że przy mnie znienawidził ludzi i nie chce mu się żyć, a potem, kiedy zaczynam płakać, on mnie przedrzeźnia, "wyjąc" i mówiąc na mnie beksa, mazgaj itp. Ze śmiechem, bo on przecież tylko żartował. Potem jeszcze szydzi, że "tak łatwo doprowadzić mnie do płaczu".
2. Demonstruje swoją siłę poprzez przygniatanie mnie, zmuszanie do leżenia, przesiłowywanie moich rąk i nóg do dziwnych pozycji i utrzymywanie mnie w nich itp. Czasem dla zabawy nie pozwala mi wstać z łóżka czy fotela (gdy wstaję, chwyta mnie i rzuca na miejsce, podcina nogi gdy wstaję etc). W czasie tego mówi "I co, nic nie możesz mi zrobić, jesteś słaba, mam nad tobą całkowitą kontrolę". Czasem szydzi: "I co, zerwiesz ze mną? Nie chcesz tego. Nie dasz rady się mnie pozbyć". Doprowadza mnie to do takiej frustracji, że mimo, iż narzeczony nie robi mi krzywdy, czasem rozważam zakup broni, by mieć nad nim choć jedną przewagę.
3. Chce być adorowany. OK, każdy chce i nawet przez pewien czas rozumiałam i mu ulegałam, ale u niego to już jest przesada. Ubieranie/rozbieranie go, gdy wstaje i się kładzie. Śniadania każdego dnia, niezależnie czy mam wolne czy nie (studiuję, on pracuje). Czasem nakazuje "się zaskakiwać", tylko by potem powiedzieć, że zawiódł się na mnie i to żadne zaskoczenie (nie chodzi mu o np. wymyślny obiad, wyjście do kina czy zrobienie sobie makijażu i przywitanie go w stroju pokojówki, tylko np. o zrobienie szpagatu albo namalowanie pięknego portretu Józefa Stalina w dwie godziny).
4. Zarzuca mi, że nic nie umiem, że się do niczego nie nadaję etc. Nie wprost, ale cokolwiek zaczynam robić, on mnie krytykuje i mówi, że źle, zabiera mi to i sam robi bardzo podobnie. Często używa zwrotów "bo ty nigdy", "bo ty zawsze". Daje mi setki poleceń, by potem móc mnie ochrzanić za to, co zrobię źle (np. lekkim tonem rzuca, że dzisiaj mam napisać mu opowiadanie, że mam posprzątać CAŁE mieszkanie na błysk, oczywiście bez żadnej jego pomocy, że mam teraz w tej chwili opowiedzieć mu baśń, którą wymyślę). Kiedyś mówiłam, że nie mam ochoty, że nie chce mi się itp, ale wtedy słyszałam, że jestem nudna, leniwa i do niczego, więc teraz ulegam we wszystkich takich prośbach. Gdy słyszę z jego ust "mam pomysł", włosy stają mi dęba, bo wiem, że zaraz wymyśli kolejny sposób, by się mną zabawiać.
5. Wzbudza we mnie poczucie winy. Dobrym powodem do zapytania mnie, czy jestem ślepa czy durna jest np. to, że nie wiem, z czym zazwyczaj nosi pewną swoją koszulkę. Powodem, by oznajmić, że wstyd mu za mnie przy ludziach jest to, że za długo pakowałam zakupy (a zdążyłam, nim skończył płacić). Stwierdza, że będę złą matką, bo przypięłam mu szelki zahaczając o kawałek koszulki. Stwierdza, że to moja rola np. dbać o to, by dostał odpowiednią ilość jedzenia, by się nie przejadł ani nie był głodny i mówi, że jestem głupia i mam go gdzieś, jeśli tego nie dopilnuję. Generalnie słowa "nic cię nie obchodzę", "masz mnie gdzieś" itp. słyszę jakieś dwa-trzy razy dziennie, spełniając jego wszystkie zachcianki, fantazje i wymysły. Nigdy nie odmawiam seksu, staram się brać inicjatywę w łóżku, ale to trudne, gdy jego najbardziej kręci tak hardkorowe sado-maso, że mi od oglądania go stają łzy w oczach. Ja w seksie nie chcę od niego już nic i staram się tylko jego zadowalać, bo kiedy próbowałam o coś prosić, specjalnie nie słuchał moich wskazówek (mówionych jasno i prosto, dosłownie "dotknij tu i tam, mocniej, słabiej") po czym stwierdzał, że mnie się nie da zadowolić i że to ja powinnam popracować nad tym, żeby sprawiało mi przyjemność np. gdy on mnie gryzie. Prawdę mówiąc wolę, gdy on mnie nie dotyka i daje się zadowalać np. oglądając porno.
6. Wymyślił sobie, że "dla mojego dobra" i "aby rozwijać we mnie zaradność i dyscyplinę" zrzuca na mnie odpowiedzialność za wszystko. Mam sprzątać, gotować, zmywać, prasować, robić zakupy, pakować nas na wyjazdy, planować nam weekendy, zapraszać znajomych i wymyślać im atrakcje etc. Już teraz zapowiedział, że dzieckiem też będę zajmować się tylko ja, bo nie jestem opiekuńcza, nie myślę o innych i mam się w tym szkolić. OK, teraz jest z tym nieźle, ale gdy ja też zacznę pracować, to czuję, że oszaleję. Tak bardzo zazdroszczę żonie mojego brata, która możne sobie pozwolić przy nim na palnięcie głupstwa, na zaśmianie się w nieodpowiednim momencie, która może oddać mu dziecko do opieki. Mój facet mógłby to wszystko robić i umie to robić, ale z premedytacją mi odmawia. Czasami (tak maksymalnie raz na pół roku) sam coś sobie przygotuje i potem wypomina mi to jako moją "niezaradność".
Czuję, że popadam w paranoję. Tak bardzo mu nie ufam, tak bardzo staram się obronić w sobie resztki godności, że nie rozmawiam z nim o swoich problemach, bo jedyne co on wyciągał z tych rozmów to to, że ja się nie staram (bo nie wychodzi mi spełnianie wszystkich jego fantazji, a część - przyznam szczerze - uważam za takie fanaberie, że robię je byle jak, byle mieć to za sobą), że mam go w dupie, że jestem leniwa i gdyby nie on, to nie miałabym żadnych pasji i zainteresowań (co nie jest prawdą. zainteresowania mam, tylko on uważa je za nudy i brednie (pisanie, zwyczaje dworskie i historia, gry bitewne, włóczenie się po górach), a "pasje" są tylko odwalaniem dla niego pańszczyzny). jeśli nie chcę kolejny raz słuchać, że w naszym związku jest coraz gorzej przeze mnie, bo się nie rozwijam, bo go nie zaskakuję itp, to wolę już się nie odzywać.
Próbowałam odejść, ale zabrakło mi odwagi. Z resztą, po tym co facet nagadał mi o tym, że "nigdy go nie wyrzucę z domu", czuję, że nie mam siły. Czuję, że przyszłość z nim to kara za moje tchórzostwo, za to, że nie potrafiłam z nim zerwać. Długo udawałam entuzjazm, ale mam dość. Jest mi on obojętny, uśmiecham się do niego, by nie prowokować jego tyrad i spełniam jego życzenia z tego samego powodu, ale tyle razy usłyszałam od niego, że mam go w dupie i nic mnie nie obchodzi, że chyba mnie przekonał. Jestem po prostu zmęczona. Chciałabym go kochać, bo wtedy to wszystko robiłabym z przyjemnością, a tak robię to, bo inaczej będzie awantura.
Nie mówię przyjaciołom, bo nie chcę gderać i wychodzić na ofiarę.
Jestem taka samotna. Gdy dziś rano wyszedł, rozpłakałam się, bo w koncu na mnie nie patrzył i mogłam zdjąć maskę fałszywej uprzejmości.
Nie proszę nawet o radę, chcę po prostu komuś się wyżalić, tylko tyle.