Seksoholizm - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony Poprzednia 1 5 6 7

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 229 do 263 z 263 ]

229 Ostatnio edytowany przez oko (2012-03-01 21:52:28)

Odp: Seksoholizm

Mały Duszku
Dziękuję Ci za wsparcie. To bardzo wiele, gdy ktoś w ciebie wierzy.
Ja na razie wierzę głęboko, że z tego wyjdę. Wierzę również w metodę którą podążam.
Klucz moim zdaniem jest w dzieciństwie. Zrozumiałem to po pierwszej wizycie u psychoterapeuty. Najpierw łzy na sesji, a dwa dni potem przebudzenie się z głośnym szlochem i kilkoma obrazami z dzieciństwa. Nic dramatycznego, scena ośmieszania w przedszkolu za seksualne zainteresowania i publiczne zmuszenie do obnażenia się kilku kolegów i koleżankę przez "panią", onanista zmuszający do patrzenia na klatce w bloku, starsza koleżanka zmuszająca do odgrywania podpatrzonych scen. Ot drobiazgi które odpłakałem po 40-tu latach.
Co siedmioletni dzieciak dowiedział się o seksie? - Brudna sprawa.!

W moim przypadku uzależnienie zaczęło się w podstawówce. Nieustanne napięcie (rodzice nic nie wiedzieli) łagodziła dopamina.
Kłopoty w kontaktach, w nauce podwajały stres. Zwiekszałem dawkę.
W liceum dołączyły fantazje na temat kobiet.
Tak stworzył się związek masturbacja-sex(brudny!)
Pornografia to turbodoładowanie, a wizyta u prostytutki to prosta konsekwencja "przeładowania systemu".
Uczuć w to zadnych nie mieszałem, bo kochałem Żonę.
Kłamstwo wobec siebie pozwalało na koegzystencję osobowości niczym w powieści.
Próbowałem skończyć wiele razy, ale pornografia załatwiała wszystko, kolejne wpadki leczyłem dopaminą.
Jeszcze 2 miesiące temu o erotomanach myślałem, że to niegroźni zboczeńcy, obnażający się po parkach.
Dziś sam jestem jednym z nich.
Za żadne skarby nie chcę tam wrócić.
Chcę, aby Bóg, który oddał mi duszę, zwrócił mi także moje życie.
PS
Celibatem nazwałem mylnie abstynencję, czyli całkowite powstrzymanie sie od czynności seksualnych.
Masturbacja łatwo wypadła, szczególnie jak zorientowałem się, że mam na to ochotę kiedy mam stres. Obiektu ani fantazji zadnej przy tym nie było. Pojąłem, ze dopamina mojego "chcę" nie rozwiąże. Dojrzałość i owszem.
Nadmienić muszę, że w ostatnim stadium nałogu samodzielnie potrafiłem zawiązać sznurówki. Pozostałe decyzje musiałem otrzymać z zewnątrz.
Panicznie boję się pornografii. I fantazji.
Ale wiem i to, że niema pornografii = niema konieczności korzystania z płatnego seksu.
Na razie pisanie przynosi wystarczającą ulgę.

Zobacz podobne tematy :

230

Odp: Seksoholizm
mały duszek napisał/a:

Witaj Oko
Seksoholikowi zajmuje dużo czasu uświadomienie sobie kim się stał, bo problem seksoholika polega na tym, że zachowania kompulsywne są tak silne, że nie liczą się konsekwencje.
Druga sprawa, jedna rzecz paraliżuje seksoholika totalnie, a mianowicie WSTYD.
Seksoholik unika jak ognia opowiadania o swoich wyczynach, przyznania się kim sie stał, a w większości przypadków nastepuje właśnie umniejszanie problemu, już nie wspomnę o tzw syndromie Piotrusia Pana.
Bo seksoholikiem jest się bardziej psychicznie, a nie fizycznie.

Jak już napisałem wcześniej, stworzyłem tak doskonały system kłamstwa, wobec swojego sumienia przede wszystkim, ze sam w to wierzyłem. Chciałem wierzyć dla ścisłości, bo sumienie jednak dawało znać o sobie. Nikt, absolutnie nikt nie wiedział co robię.
Tchórzostwo sprawiało, że w chwilach największego doła psychicznego nie skręcałem pod tira, tylko sięgałem po coraz ostrzejszą pornografię, aby ostatecznie wylądować w agencji.
Także to, że jestem seksoholikiem uswiadomiła mi Żona, pokazując w internecie kilka stron o uzależnieniu.
Płakałem czytając historie obcych ludzi, ale jakże znajome.
Wtedy zrozumiałem, że zerwanie z kłamstwem jest pierwszym podstawowym krokiem do wyjścia z bagna.
"Prawda was wyzwoli" cały czas słyszę te słowa.
A teraz, mimo ze głowa czasem płata figle (fantazje w najbardziej nieoczekiwanych momentach) robię wszystko, aby odzyskać człowieczeństwo, aby dzieci nie musiały się wstydzić ojca.
I być może, aby Żona chciała wrócić. Tęsknię za nią tragicznie.

231

Odp: Seksoholizm
colargol napisał/a:

A jak się miewa autor wątku? Przepadł? Poddał się?

Nie przepadł ani nie poddał się. Podjął walkę (chociaż nie o walkę tu chodzi) z uzależnieniem i pozostając w trzeźwości, czasem lepiej czasem gorzej, jakoś sobie radzi. Nie jest to jednak miejsce na to, abym o tym opowiadał. Najważniejsze jest to, że jestem na dobrej drodze i że zdrowienie postępuje.

OKO - jeżeli chcesz, napisz do mnie e-mail. Tutaj nie będziemy prowadzić dyskusji. Już teraz jednak chcę Ci coś podrzucić. Odszukaj w sieci stronę www Anonimowych Seksoholików (tutaj moderatorzy i tak usuną link) - znajdziesz tam info nt. mitingów. Nie zwlekaj ! Idź od razu na najbliższy ! Terapia terapią ale tam, wcześniej czy później i tak trafisz. Po prostu spróbuj i idź tam. Na stronie SA odnajdziesz również 12 Kroków i 12 Tradycji - wczytaj się w nie.

Uważaj na siebie, trwaj w trzeźwości i nie poddawaj się. Pozdrawiam.

Boże. Użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym czego nie mogę zmienić, odwagi - abym zmieniał to, co mogę zmienić i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

232

Odp: Seksoholizm
Marek_40 napisał/a:
colargol napisał/a:

A jak się miewa autor wątku? Przepadł? Poddał się?

Nie przepadł ani nie poddał się. Podjął walkę (chociaż nie o walkę tu chodzi) z uzależnieniem i pozostając w trzeźwości, czasem lepiej czasem gorzej, jakoś sobie radzi. Nie jest to jednak miejsce na to, abym o tym opowiadał. Najważniejsze jest to, że jestem na dobrej drodze i że zdrowienie postępuje.



Uważaj na siebie, trwaj w trzeźwości i nie poddawaj się. Pozdrawiam.

Marku
To co napisałeś daje mi wielką nadzieję.
Mnie też nie o walkę chodzi, nie ona jest najważniejsza.
Mam jasny cel i o to walczę. Wyzdrowienie jest kluczem do celu, niestety nie gwarantującym niczego. Ale dającym szansę.

Wielkie dzięki za skierowanie do AA, w moim wypadku przypadek sprawił, że jestem w SLAA i (niestety) wiem to na pewno jestem wśród "swoich".
To wielkie wsparcie, dla kogoś, kto jak ja jest nowicjuszem.
Też za Ciebie trzymam kciuki.
OKO

233

Odp: Seksoholizm

Dlugo mnie nie bylo,tzn.nie udzielalam sie tutaj.Wlasnie przeczytalam swoje wpisy.Hehe.Tak tylko dla scislosci,o ile to kogos interesuje,napisalam wjednym,ze maz od ok.roku wychodzil na przerwie obiadowej w pracy do burdelu.Nie,laseczki,nie od roku,od zawsze chodzil do "panienek"dla kazdego,odkad zarobil pierwsza kase.
Duzo nowych faktow wyszlo na jaw po czasie.
Ciesze sie,ze wszystko wylazlo,cale gowienko sie wylalo i teraz mozna sprzatac.A maz sprzata,nie powiem,puk,puk,odpukac w niemalowane,zeby nie zapeszyc.
Ja mam swojego terapeute,swoje spotkania,on ma swoja "dzialke do obrobienia".Narazie spotkania SLAA nic mu nie daja,prosze bardzo,nie musi ,jego decyzja,chodzi do psychologa,stara sie w pracy,stal sie lepszym ojcem,milszym mezem,spokojniejszym facetem,a przede wszystkim OTWARTYM .On sam zaczyna ze mna szczere do bolu rozmowy,NIGDY tak nie bylo,zawsze u nas bylo ALL RIGHT;)On nie mial problemow,nie z terazniejszoscia,nie z przeszloscia,z niczym.Bo nie myslal dalej jak o tym,co bedzie za 3 dni.Osobowosc uzalezniona.
Sa zmiany.Jestem dobrej mysli,ale tez gotowa na podjecie waznej decyzji,gdyby Gugus jednak gral.Gdyby Gugus jednak wpadl znow w kupe.
Nie zapomne o tym bolu i nie chce go juz.To moja decyzja.Chce sie leczyc ze wspoluzaleznienia,chce byc szczesliwym,spelnionym czlowiekiem,dobra,madra matka moich dwoch synow.ChcialaBYM byc tez jego zona,ale to lezy w jego rekach.Bo nie chce byc zona oklamywana,proste.Wiem,ze gdy znow zrobi "w tyl zwrot"-odejde.Na dzien dziesiejszy dostal ode mnie kredyt zaufania,przebaczam mu kazdego dnia bardziej,choc nigdy nie zapomne.I bardzo dobrze.Trzeba sie uczyc;)
Nie zapomne o bolu i nigdy juz nie zapomne o sobie.
Dziewczyny,warto postawic warunki,warto czekac.Jestem na poczatku dluuuuugiej drogi,ale juz wiem,ze ta droga jest wygrana,cokolwiek by sie nie stalo,tylko pracujmy my nad soba,a facetom ,uzaleznionym osobowosciom dajmy robic swoje,nie zadreczajmy ich pytaniami i naszym bolem.To nasz bol.Oni maja swoje zadania.Nie kontrolujmy,ale nadzorujmy delikatnie,co Delikwent robi w kwestii naszegp warunku-leczenie,zaprzestanie kompulsywnych dzialan.Mysle,ze po czyms takim,co nas spotkalo mozna wyczuc z daleka Kolesia.Znamy ich klamstwa,znamy ich metody,szantaze emocjonalne,manipalcje.
Jesli dalyscie szanse nie zabierajcie jej.
Dajcie sobie czas.Gorzej nie bedzie.A moze byc lepiej.Musimy wylezc ze swojego wspoluzaleznienia i dac naszym mezom popapranym szanse pokazac jak im zalezy na sobie,na nas,na normalnym zyciu.Odejsc zawsze mozna.
Dziekuje Kochanej Kachnie za wsparcie duchowe,Kachna,nawet nie wiesz jak mi pomoglas:)

234

Odp: Seksoholizm

Chce jeszcze dodac,ze nie zawsze mam tak pozytywne nastawienie.I ja miewam doly ,gonitwe mysli,te natretne obrazy,jak on mogl tak nas wybrudzic,tak sie sprzedac.Odganiam jak muchy.I czytam cos o osobowosci wspoluzaleznionej(ja) czy definicje nalogu(on) po prostu(znam juz na pamiec).
Nie warto marnowac zycia na rozpamietywanie tego,co bylo.Stalo sie.Mleko sie rozlalo.
Dalysmy szanse,trzymajmy sie tego,bo nie dalysmy szansy tylko im,dalysmy ja glownie sobie.Zeby umiec zyc swoim zyciem i sie nim cieszyc.
Czy nasi faceci z tego wyjda czy nie,my bedziemy mocniejsze i w koncu wolne.
Tym kobietom,ktore postawily kreske odrazu zycze rowniez duzo sily,zeby nie wpadly nigdy w zwatpienie i umialy zbudowac nowe,zdrowe relacje.
Nie ma zlotego srodka,nie ma jeden i slusznej decyzji,odejsc czy zostac?ale jak sie jakas podjelo trzeba za nia odpowiadac.Mialysmy chorych mezow,facetow,ktorzy nie mieli woli,miejmy ja my,a oni niech sie ucza sami,bedac,a raczej moc byc OBOK nas.

235 Ostatnio edytowany przez iruda (2012-04-01 06:58:25)

Odp: Seksoholizm

Filipina, jakbym czytala o sobie.
Ale szansa, która dałam została odrzucona. To, co bralam za oznaki zdrowienia był tylko bardziej zakamuflowaną manipulacja.
Nie widze dalej szans. Nasz zwiazek nie istnieje, chociaz formalnie jest.
Kazde musi osobno, bo razem to my nie wyzdrowiejemy.

236

Odp: Seksoholizm

Iruda i ja nie wiem ,co mnie czeka.Czasem tez mysle,ze moze moj Maz tak pieknie udaje.Jak sie nie da razem tez pojdziemy kazde swoja droga.
Wspolczuje Ci bardzo,bo wiem jak boli odrzucona szansa.Staram sie wzmocnic na taka okolicznosc u siebie,bo wiem,ze nalog to tez wpadki,nawroty.Musze byc wtedy silna...

237

Odp: Seksoholizm

Smutna kołysanka

Witam. Nick oznacza kłamca-manipulant-seksoholik (później wyjaśnię). 33 - wiek (później też wyjaśnię). Na wstępie radzę "zapiąć pasy". To nie będzie miła historia. W zasadzie miałem to napisać na jakimś forum katolickim, ale uznałem że mam pewną "misję" ewangelizacyjną, bo przekonanego nie trzeba przekonywać, a tu może ktoś się dzięki mojej historii mocniej zwiąże z Bogiem i nauką Pisma Świętego.

W naszej rodzinie od pokoleń istniał jakiś niewytłumaczalny dramat, ból i grzech. Pamiętam jak matka, ciotka czy wcześniej prababka często budziły się po nocach i mówiły że były "duszone", "dręczone". Zawsze się z tego śmiałem.

W rodzinie od strony matki były samobójstwa (dziadek umarł jak ja jeszcze w planach nie byłem), podobnie w rodzinie ojca. Z tego co mi opowiadała ciotka, wujkowie mieli też coś koło 33-35 jak "wybrali" sznurek itp. "rozwiązania".

No i najgorsze to to, że każde kolejne pokolenie przenosiło na kolejne te pokaleczenia emocjonalne. Moja babka zostawiła dziadka z gromadką dzieci, w tym moim ojcem, wybrała bowiem życie z kochankami (podobno mawiała "chłopa muszę" tyle wiem z opowieści zaufanej osoby w rodzinie). Ze strony matki tam też pradziad zostawił prababkę z 5 dzieci, wyjeżdżając za granicę, a jak przysyłał raz na rok list, to pisał "miłość to ja mam tu na ulicy". Skończył źle, przez kolejną młodą "siksę" z "kolekcji".

No niestety, rodziców się nie wybiera. Mój ojciec to erotoman i babiarz.

Jestem "typowym" dzieckiem z "wpadki", tzn. matka zaufała mu, w końcu 20 lat miała, młoda i naiwna była, on nie bardzo się spieszył do ślubu, wolał "zaliczanie", w końcu jednak rodzina matki nalegała na ślub że wszystko się ułoży. Prababka, która wycierpiała się na wojnie cudem unikając śmierci nie raz, a potem cierpiąc przez pradziadka, mówiła wówczas jednak: on mi nie pasuje, krętacz i tyle, i "postulowała" żeby matka wychowywała mnie samotnie.

Jednak był ślub, i praktycznie zaraz musiały się tam zacząć jakieś problemy - matka miała iść na studia (wzorowa uczennica) i z tego tytułu nie poszła, ojca chyba od początku nie było w domu, pamiętam że bywał raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie, potem raz na miesiąc. Jak przyjechał to tylko bił, często przyjeżdżał pijany.

Jednak od czasu do czasu odwiedzała nas babka i ciotka, wtedy "tatuś" robił się kochający. Prezenty, itp.

Miałem jakieś 5-6 lat kiedy nastąpił dramat. Zaczęli się kłócić i wyzywać, nie rozumiałem tego. Pamiętam że matka grzebała ojcu po spodniach, ciągle kontrolowała, ten ciągle przyjeżdżał w "zapachach" perfum, słyszałem tylko wynoś się straszne bójki i rękoczyny, czasem jedno z nich brało mnie jako tzw. żywą tarczę i przykładało nóż albo jakiś kij "połamię mu giry" itp. odzywki.

Ogólnie jak byłem sam w domu to najlepiej się czułem. Albo z babcią. Miałem 4 czy 5 lat, jak już czytałem, mając 3 lata nauczyłem się będąc samemu robić "kanapki", mając 6 lat znałem już dziesiątki haseł z encyklopedii. Miałem np. zabawkę grę z państwami świata i stolicami, i kiedy szedłem do rodziców (akurat sensacja się nie kłócili jak się kłócili drżałem w obawie o życie ich, bo wpadali w coraz większe furie latające talerze wybijane szyby w drzwiach, ale i swoje życie) pobawcie się ze mną, to było tak: ja wiedziałem wszystkie hasła, oni niewiele, ja wtedy "prowadziłem w meczu", a oni zamiast pochwalić, to a baw się sam.

W zasadzie pochwały słyszałem tylko od babci, ciotki, pań w przedszkolu, no i miałem nawet "przyjaciółkę". Z rodziną ojca nie utrzymywaliśmy kontaktów.

Pewnego razu matka która coraz bardziej "wariowała" przez ojca i nadal "spała" ze mną, a miałem już ok. 6 lat, wciągnęła mnie do siebie i chyba doszło do tzw. nieświadomego kazirodztwa, pokazała mi "za dużo" zresztą nie mam całego "slajdu" i wolałbym go nie widzieć. Kilka tygodni temu pokazał mi się jeszcze straszniejszy "slajd" jak leżę na brukowanej ulicy (drodze?) a obok wywrócony bokiem wózek. Sam chyba bym nie wypadł, mam nadzieję że to nie matka mnie wyrzuciła, a kto wie może tak było bo wpadła np. w złość po coś się urodził.

Tak więc idąc do zerówki, lub podstawówki praktycznie już przestałem mówić mamo. Pojawiło się wreszcie "życie", czyli szkoła.

A że bieda była straszna, nędza PRL, czyli salceson, ale i ojciec co rusz "szalał", tzn. zarabiał nie najgorzej (na dzisiejsze jakieś 3000 matka rzadko kiedy tam pracowała) ale przywoził "grosze", można się domyślać na co i kogo wydawał, tak więc psychika się powykrzywiała bardziej. Nic tak nie niszczy psychiki w sensie kompleksu niższości jak bycie biednym czyli gorszym. Wtedy to jeszcze nie było widoczne - bo większość żyła na mniej więcej podobnym poziomie, ale ja to odczuwałem.

Kolejne klasy w szkole, świadectwa z "paskiem", obiady z "opieki" w szkole, naprawdę było miło. Lekcje na następny dzień robiłem w szkole, lubiłem przesiadywać w świetlicy, potem były kółka komputerowe, matematyczne, sportowe, jakieś zajęcia plastyczne i gazetki ścienne, uwielbiałem szkołę, w której mogłem spędzać 24 h na 24. Wracałem do domu, mało co się uczyłem, jak już to tylko jakieś czasem zadanka na jedynym w domu stole w kuchni. Ciągle jednak słyszałem wynoś się, po co mi tu przeszkadzasz, po co to piszesz co ci to da, a jak nie robiłem lekcji to po żeś się k***o urodził, trzeba było cię potopić po urodzeniu.

W tym momencie ojciec przywiózł jakąś kolejną chlamydiozę, czy inną opryszczkę, znów przepraszał, błagał, zapewniał, za tydzień wracał, potem potrafił twierdzić że jedzie w delegację (miał gotowe "papiery"), a jak się okazało dzięki życzliwym, siedział u kochanicy na osiedlu.

Zaczął naprawdę dobrze zarabiać, jakieś 7000 na dzisiejsze. Wreszcie nie musiałem się wstydzić w szkole z ubrań. Wreszcie kompleksy przestały mi dokuczać, do tego średnia w szkole 4.7 do 5.2, kolejne zainteresowania, ogniska, wyjazdy w góry, krótkofalarstwo, modelarstwo, PTTK, klocki Lego o czym kiedyś mogłem tylko marzyć, stałem się domowym "ekspertem" od VHS, miałem Commodore 64, Amigę 500, normalnie żyć nie umierać.

W tzw. międzyczasie dojrzewałem "normalnie", tzn. na Andrzejkach poznałem dziewczynę o imieniu Ania, pamiętam jak koleżanka na osiedlu się śmiała że ty się chyba zakochałeś, były małe "przytulanki", no i w końcu masturbacja chyba 13 r.ż. jakoś tak to było.

No a ojcu zaczęło świetnie iść, zaczął otwierać stoisko (tzw. "szczęki"), kupiliśmy parę sprzętów, remont w chacie. "Niestety" urodził się brat. Chwilę potem ojciec "ulotnił się", tzn. znów zaczął jeździć w tzw. delegacje. Wymyślił kretyn takie oto wytłumaczenie: haruję na ten dom, i muszę jeździć po hurtowniach. Jak się okazało, miał "kumpli" którzy za grosze odwalali "czarną robotę" (zresztą czasem ja stałem na stoisku za
"kieszonkowe": "tylko nie mów matce"). Ja jako "solidarny" nie mówiłem.

Okazało się później że jeździł po baletach, i do Renatek, Marzenek, Irenek, i agencji, bo te zaczęły chyba koło 90-92 roku powstawać. W końcu się wydało, że ojciec zarabiał nie tyle co przynosił do domu (2-3 "średnie" pensje) ale około 8-10 "średnich". Znów chwila odpoczynku od nałogu panienkowego, kupił samochód, zaczął przynosić prezenty, mi zabawki, bratu zabawki, matce wspólne wypady do restauracji (!), kwiatki, ciuszki. Kupił sobie pan i władca domu "święty spokój". Podobnie zresztą zrobił ze swojego domu i ze swoją żoną jego brat wojskowy, typowy tzw. "trep".

No i w końcu miałem już 18 lat, świetnie mi szło w szkole i poza nią
(żadnych tam używek, "panienek", dużo przyjaciół, kolegów, świetna "forma" sportowa, naukowa że tak powiem) Wszystko było pod kontrolą. Masturbacja to chyba nawet rzadziej niż raz na miesiąc, filmik czasem się obejrzało po 23:00 na niemieckim kanale, zresztą wtedy jeszcze leciało sporo tzw. "softu" także na Polsacie chyba. Za to codziennie rower, bieganie, wysiłek fizyczny, siatkówka, albo piłka, do 23 na dworze, do tego praktycznie byłem już "małym inżynierem". Wymiana koła zajmowała w rowerze mi jakieś 10 minut, montowałem całkiem ciekawe układy, w zasadzie posiadałem już dużo wiedzy z teoretyczną wiedzą z I roku studiów włącznie.

Planowałem ogólnie jakąś szkołę chorążych (radiotechniczna albo przeciwlotnicza) bo wiedziałem że na "cywilne" studia jestem "za tępy" i "nie będzie mnie stać", gdyż ojciec ostatecznie uciekł "w swój świat", przysłał list do matki, że chce zacząć "wszystko od nowa".

Zostałem na parę miesięcy przed maturą z matką bez pracy, bez dochodów, z małymi oszczędnościami, no i z długami.

Na szczęście "zawczasu" udawało mi się jak ojciec był pijany albo spał
"wyciągnąć" mu z kieszeni kilkadziesiąt lub sto tysięcy zł i tak uzbierałem
sobie na parę miesięcy "na przód" na skromne funkcjonowanie. Zresztą człowiek wychowany w biedzie umie tak zorganizować sobie życie za 200, 300, 400 zł, w tym i jedzenie, wszelkie przedmioty potrzebne do życia, nic się u mnie nie marnowało. Niektórzy nazywali to dziwactwem, znosi i znosi tylko do piwnicy.

To później mnie troszkę uratowało. Dodatkowo wpadła jakaś kasa, typu
malowanie, praca wakacyjna, troszkę załatwiano przez szkołę różne możliwości dorobienia. Po maturze matematyka 6, polski 4 (a spodziewałem się ja i moja polonistka 2 i to "przy dobrych wiatrach"), angielski 4 wahałem się, ale jednak postanowiłem zaryzykować. Wychowawczyni chciała żebym szedł na najlepszą polibudę na jaką się da, wojskowe szkoły odpadały (polikwidowali), poszedłem na najbliższą możliwą polibudę (taką "średnią") ale na dość ciężki kierunek.

Bo nigdy nie lubiałem łatwizny, taki ze mnie masochista. Nigdy nie ściągałem w szkole, zawsze mój wewnętrzny rygorysta mówił mi masz tak napisać na ile umiesz. I nawet ta trójka wtedy cieszyła. Zresztą podzieliłem sobie świat szkoły na "cele". Z matematyki musiała być 5 lub 6, fizyka 4 lub 5, z chemii 5, z informatyki min. 4, z geografii, biologii musiała być 5, tak samo przysp. obronne, i WF, no i ZPT. Ulgowo traktowałem sobie j. polski (nie miałem warunków czytać lektur), historię, wos, muzyki, plastyki i tym podobne. Tam z reguły "zwisało" mi to ile miałem. A miałem a to 2, słabe 3, a to 5, czy nawet 6.

Zacząłem być coraz bardziej wymagający wobec siebie, i zaczęło mnie drażnić wszystko. Matka była już wrakiem psychicznym. Dostała alimenty na siebie, na mnie i brata. Później ojciec stwierdził że nie stać go płacić ("załatwił" sobie krętacz jakieś papiery że schorowany a dorabiał zapewne żeby mieć na "dupy" na czarno albo nawet za granicą), sąd okazał się bezradny. Zostaliśmy z alimentami z funduszu. Miałem jakieś 150 zł na miesiąc. Z tym że oddawałem to matce. Ja "żyłem" ze stypendium to było 200-300 zł, zdarzało się że miałem
też naukowe rzędu 90-100 zł. Na początku wystarczało, potem musiałem rezygnować z obiadów, na imprezę jak szedłem to tylko na jedno piwo i "dla relaksu", posiedzieć, pogadać. Zresztą zajęć bywało i 8-10 godzin dziennie, a sesje i zaliczenia odbywały się nawet po nocach.

No akademik jak to akademik, kumple, koleżanki, jakoś specjalnie żyjąc w tym dole psychicznym i finansowym niespecjalnie mnie to zajmowało, owszem oglądało się czasem na necie z kolegami "gołe baby" i "wyścielało się rozkładówkami" pokój, w końcu akademik to w 80% zamieszkały przez niewyżytych panów w wieku 19 do nawet ... 30 lat. Niestety także studentek, koleżanek studentek.

Poszedłem na jedną imprezę, nic nie robię, a tu "panienka" (Kasia) podeszła usiedliśmy pogadaliśmy. Dałem się omotać, może gdyby koledzy byli to bym się nie dał, ale oni gdzieś się ulotnili (z reguły oni się upijali do nieprzytomności, a ja 1-2 piwa, a potem "grzecznie lulu", bo generalnie brzydziłem się tą swobodą studenckiego życia). W zasadzie nie wiem jak to się stało, uległem wdziękom. Nigdy jej już nie spotkałem.

Była impreza na chacie, przyszły znów jakieś koleżanki koleżanek istny
babiniec, dziewczyny były naprawdę fajne, humor, oczytane itd. popiły
troszkę, no i wyszło tańce zabawa i potem w tajemnicy przed światem "ciało rzucone na łoże traci na oporze".

Czułem się podle następnego dnia, dodatkowo zaraz był kolejny ciężki egzamin. W tym czasie była kolejna dziewczyna, zaczęło się od zapukania do drzwi i poproszenia o "męską" pomoc w pokoju. Przyszła w dość mocno prześwitującej "halce".

Kumple oczywiście nie wszyscy (ci co mieli narzeczone a niektórzy nawet żony) szaleli, w zasadzie tryb studiów był tak stresujący ("rycie łba"), że niektórym naprawdę odbijało. Jeden kręcił z pięcioma pannami naraz - zresztą z tego co wiem, to dość szybko "wkopał się" w alimenty, jeden "chodził" z "małolatami" koło 17 lat. Jeden rwał na auto, dosłownie jeden krył drugiego. Taka "solidarność zawodowa" psia mać.

Szczytem wszystkiego było krycie kumpla, który umilał sobie życie z poznanymi w piątek a później w sobotę w barze koleżankami, kiedy w odwiedziny przyjechała z daleka jego przyszła żona.

Moja sytuacja w sumie i tak była już beznadziejna. Nauka mi szła, ale coraz ciężej, coraz większy stres, ciągłe zapalenia oskrzeli i płuc z
niedożywienia, nie było kasy, matka dostała kolejne prezenty od ojca czyli kupę długów do zapłaty (bodaj 8000 zł wszystkiego przy 600 dochodu jej i 500 mojego) trochę dorabiałem handlując niestety kompleksy z lat szczeniackich powróciły. Załamanie kolejne, poszedłem do wojska. Czułem że to ostatnia i jedyna nadzieja.

Nie wiem co dodają tam czy to rzeczywiście brom, ale ustanowiłem tam jeden z "rekordów" czyli ponad 50 dni bez masturbacji, po tych przygodach z dziewczynami było to raz na 2-3 dni a nie jak kiedyś raz na 7-30 dni.

Odzyskałem spokój, "dokarmili mnie". Nauczyłem się ciekawych rzeczy, niestety niektóre z nich wykorzystałem później w złym celu.

Powrót na studia próba walki, ale nie dość że nie miałem kasy, komputer był złomem, i w zasadzie byłem sam jak palec, nikogo nie miałem.

Dotrwałem do piątego roku, ale już na początku wiedziałem że ciężko będzie mi się utrzymać finansowo. Miałem za sobą jeden nie zdany egzamin, odebrali mi na pół roku stypendium tak socjalne jak i naukowe. Żyłem za 5 zł na dzień, bywały "weekendy" spędzone z wodą mineralną za 50 gr i chlebem jako zapychaczem żołądka.

Zrobiłem kolejną złą rzecz, zacząłem handlować alkoholem. Wpadłem na pomysł że przecież można kupować piwa tzw. sikacze, trzymać je w lodówce u kumpla, i potem sprzedawać w akademiku (oficjalnie nie wolno tam spożywać przechowywać i handlować alkoholem ale życie swoje). Kupowałem po 1.80 sprzedawałem za 2.50 potem 3.00 (taryfa nocna). Wielu studentów nie miało lodówki, a sporo było korytarzówek i innych imprez, i niejeden i co gorsza niejedna studentka przyłazili z lenistwa. Ja targałem po 40 kg na sobie w torbach i plecakach z dość odległych sklepów typu dyskont, a że nikomu się nie chciało latać, to sprzedawałem i jakieś grosze wpadały. Na bar mleczny miałem już.

Zresztą w wojsku też znalazłem swoją "niszę". Kupowałem na przepustce np. zupki chińskie po 49 groszy w ilości np. 50, a w jednostce realizowałem "zamówienia" tzw. kotom którzy nie mogli wyjść przez 50-80 dni nie tylko do domu po 1.70 za sztukę, ale nawet na tzw. miasto i już się robiło 60 zł w kieszeni a przy 100 zł żołdu to jakby nie patrzeć spory zastrzyk gotówki.

Niestety, zakochałem się na zabój w dziewczynie która pracowała w kiosku. Co ja mogłem jej zaoferować. Ani auta, ani kasy, co najwyżej umiejętności typu udzielanie korepetycji z rysunku technicznego. Odpuściłem, "i tak mnie nie zechce", "a nawet gdyby to jej rodzice nie będą chcieli takiego wyrzutka".

Załamałem się, w końcu nie dałem rady ze studiami. Psychika siadła, zabrakło mi dosłownie 1300-1500 zł na opłaty za akademik, plus na życie na koniec plus wydruki pracy dyplomowej kwiaty dla promotora marynarka etc. Nie wiedziałem co ze sobą począć. Szczerze mówiąc, zamknąłem się w łazience wziąłem miskę wody, żyletkę i postanowiłem zakończyć tą rozpacz z powodu ciągłej biedy z nędzą i nędzy z biedą podlanej pechem.

Pojechałem do kolegów, którzy kulali się w nędznej robocie, wsiadam do windy w bloku, patrzę jakieś dziewczyny wsiadają. Bez żadnego tam "napalania się". Okazało się że koledzy organizują mini imprezę ja dostałem 4 piwa w zamian za "transport" ... 40 z monopolowego. Niestety, na "baletach" dziewczyna z windy niejaka Dorotka poprosiła mnie do tańca. Często potrafiłem jeszcze w zaprzyjaźnionym klubie jak już pijane towarzystwo się ulatniało oddawać po 20 butelek pozostawionych na zalanych piwem stołach i kasować kaucję za zwrot po 50gr i wpadała kasa na ... obiad. Miałem jak zwykle "się pilnować" tzn. nie upić, trzymać "fason". Niestety strzał tzw. impuls. Taniec, szum, zapach perfum, no i ten czerwony sweterek. Kolejna na koncie.

Potem "kampania wrześniowa" czyli Sylwia, i Ewelina. Krycie się żeby nikt się nie dowiedział. Czułem się coraz bardziej podle, depresja zaczęła się nasilać coraz bardziej. Kolejne miesiące na bezrobociu i bez ubezpieczenia zdrowotnego (!), ale radziłem sobie, kulając się to tu to tam, waletowałem po różnych naprawdę miejscach.

Któregoś dnia poszedłem do Kościoła, tak po prostu odwiedzić to miejsce po "paru" latach, wychodzę, idę na ryneczek, gdzie różni żule sprzedawali klamoty, ale i książki czy płyty winylowe. Płyty po 50 groszy, po złotówkę (widać że handlowali mydłem i powidłem by mieć na nalewkę), Pan Tadeusz za złotówkę, encyklopedie, słowniki, różne całkiem unikalne książki.

Jako urodzony bibliofil (jedyne normalne uzależnienie jakie posiadam) wiedziałem co może przedstawiać wartość. A więc szybko załatwiłem karton i skupowałem książki po 1-5 zł, rzadkie winyle z lat 80-tych głównie, i potem sprzedawałem na allegro. Nie miałem komputera ani internetu, nie stanowiło to dla mnie problemu, dostęp miałem w bibliotece, urzędzie pracy (!), tam załatwiałem transakcje. Np. książka kupiona za 2 zł dała mi 48 zł zarobku, płyta po 2 zł - 18 zł, itd. Sprzedałem nawet kalkulator inżynierski za 350 zł.

Jakoś się skromnie "kulałem". Wpadła mi raz myśl, pójdę sobie na piwo. Kupiłem kebaba, piwo, potem jeszcze dwa, wyskoczyłem na imprezę. "Postanowiłem" że muszę iść w jakieś nowe miejsce, gdzieś z dala od znajomych mi miejsc. Trafiłem do ciekawego klubiku, fajna impreza, usiadłem przy barze, potem poszedłem na taras, znów przy barze, piję trzecie piwko, nagle przysiada się Aga. Była gdzieś ok. 22-23, bliżej 23 pewnie. Konsumpcja nastąpiła o 3 w nocy w toalecie. Szok.

Przez kolejne dni "wyłem psychicznie", co się dzieje na tym świecie. Nic nie robię, nie latam za dziewczynami, nie jestem jak te "dranie" co skaczą z tekstami cześć mała. A na palcach dwóch rąk mogłem policzyć imprezy na których "nie czekała na mnie niespodzianka". I zawsze to samo, jesteś fajny, oczytany, inteligentny, poczucie humoru, itd. Po prostu "byłem sobą". Niczego specjalnego nie robiłem.

Prawdziwe bagno dopiero się zaczynało. Nagle "odkryłem" że daje mi to "bombę" porównywalną chyba z jakąś morfiną, albo amfetaminą co najmniej (zawsze brzydziłem się ćpunami, narkomanią, dopalaczami i całą tą białą śmiercią, a nawet papierosami). Tytuł tej bomby brzmiał "ktoś mnie zechciał".

Poznałem dziewczynę "na parę razy", paliła papierosy. Też zacząłem palić. Jak szybko ją poznałem, tak szybko przeskoczyła na "innego kwiatka", ja zostałem wielbicielem fajek. Na szczęście nie zdążyłem się chyba uzależnić, bo po pół roku rzuciłem.

Postanowiłem się "zemścić". Poznałem Kaśkę, która ... paliła papierosy. 6 rano, trafiona zaliczona. Tak po prawdzie to dałem się znów "złapać" łatwo. Siedziała na ławce pod lokalem z założoną nogą na nodze. Niestety, dla słabego człowieka widok ud, oraz czarnej mini (miałem słabość do brunetek) działa jak "wyzwalacz". W lokalu skłamałem, twierdząc że pracuję w firmie budowlanej, poza tym studiuję zaocznie. Zacząłem dostosowywać teksty do "oczekiwań". To że bujda na resorach to nic, ja muszę. "Najpierw dowód, potem miłość", jak był dowód, to "wszystkie one są takie same".

Wymyśliłem kolejną "metodę". Zrywałem plakat czy afisz który wisiał w lokalu, i zaczynałem "zabawę" znaną z lat szkoły podstawowej, czyli przy okazji poznawania nowych osób (w zasadzie tylko dziewczyn) w nowych lokalach i krótkiej pogawędce szedłem na tzw. spontan czyli "wpiszesz mi się" z tyłu?

Działało w 100 procentach. Atmosfera robiła się coraz "fajniejsza",
dziewczyny zaraz mnie wyciągały, i teraz "najlepsze". Cel główny, czyli ta na której mi zależało, zostawała na koniec, albo w ogóle udawałem że mnie nie interesuje. W końcu kończyło się tak samo. Tak w ciągu 33 dni od 6 grudnia do 9 stycznia doszły do "łupów wojennych" Kaśka, Emilia i Wioletta. Dramat.

Impulsem pt. Emilia była fajna kurteczka, a pt. Wioletta kręcone włoski.

Oczywiście to nie tak, że leciałem na wszystko co się rusza. Miałem raczej dość "sztywne" zasady dotyczące "wymagań", spełniało je jakieś 10 procent dziewczyn, problem w tym, że jak obok buzi, był jeszcze duży dekolt i właśnie taki "dodateczek" typu "odzieżowego", typ chodu, uśmiech, to byłem załatwiony.

Któregoś razu dostałem od jednej z koleżanek maila, że jest impreza. Miałem w ten dzień urodziny, więc "muszę sobie sprawić prezent". Pojechałem kilkadziesiąt km, wracając pociągiem wysiadłem niewyspany, mało co nie wpadłem pod auto. Żeby dopełnić obrazu tego bagna (nie byłem wtedy akurat przy kasie), dodam że wydałem ostatnie 30 zł z portfela, żeby mieć na pociąg i piwo.

Jak byłem przy kasie, to brałem np. 20-30 zł do jednej kieszeni do tzw. puli dla siebie na piwo, a do drugiej np. 50-100 zł do tzw. puli inwestycyjnej na drinki, taxi, kwiatka, zamówienie piosenki.

Poszedłem do normalnej pracy, a że zajmowała mi mnóstwo czasu, nie miałem sił i głowy do imprezowania. Zająłem się znów przesiadywaniem z bibliotece, a nawet nauką angielskiego (!). Potem miałem małe problemy ze zdrowiem, zacząłem się udzielać jako wolontariusz. Nagle zdrowie zaczęło się normować, odłożyłem kasę, kupiłem sobie w końcu po latach oczekiwań prawdziwy komputer (wcześniejszy który złożyłem niemal "ze złomu" sam, służył mi do ... samouctwa komputerowego). Teraz założyłem sobie internet.

Znów bezrobocie, znalazłem pracę ale dość stresującą (tzw. mobbing) a przede wszystkim męczącą głównie nocki wychodziło po 200 h w mies. Po 3-5 nocek z rzędu.

Internet zaczął służyć jako źródło rozrywki. Do tej pory na kompie trzymałem tylko trochę rozkładówek soft typu CKM, Playboy. Teraz zaczęła się pornografia.

Znalazłem sobie - najstraszniejsze jest to, jak łatwo tam trafić, wystarczy tylko kliknąć "Enter" zamiast "Exit" - dwie ulubione "laseczki", z "mojego typu". Ściągnąłem kilkaset filmów, w zasadzie rzadko kiedy się oglądało je całe, czasem wystarczył nawet tylko sam początek, jak laska robi mini-striptiz.

W pracy robiłem zamiany harując nawet 22 h bez przerwy lub 18 na dobę tylko po to, by mieć wolne w sobotę (zdarzało się że musiałem w niedzielę być na 14 w pracy i musiałem oczywiście być trzeźwy).

Potem był schemat, planowanie operacji np. Pustynna Burza, Overlord, kryptonim Magda, przygotowywanie, "ostatnie poprawki", trochę gołych bab "co by sobie podładować się", i "na łowy".

I znów szok. Przychodzę na imprezę a było to po 8 piwach wypitych w domu co by taniej wyszło, siadam sobie koło damskiej torebki, wraca właścicielka na imię miała na pewno na A ale nie zapamiętałem w tym stanie jakie to imię (!) i po półtorej minuty rozmowy dotyczącej ... modeli telefonów komórkowych rzuca się niemal na mnie i "gdzie pójdziemy to zrobić". Ja po prostu nie wierzę że to tylko alkohol, co te "dziewczyny" (chyba ok. 40 lat bo nosiła "okulary do czytania") teraz biorą. A ja oczywiście szybko do kieszeni do puli "na wydatki wojenne" po kasę na piwo. Barmanka nie mogła się powstrzymać chyba ze śmiechu, jak widziała błagalne teksty zdziecinniałej bardziej niż ja panny "no chodź".

W inną sobotę kiedy impreza się kończyła, poszedłem oddać bodaj piąte czy szóste piwo, odwracam się, idę jeszcze zajrzeć może jakaś piosenka poleci, to zatańczę, a tu dziewczyna siedząca samotnie przy stoliku łapie mnie za rękę i mówi do mnie: siadaj. A u mnie znów zamiast obrócić to w żart, to "zasady" się odezwały. "Lepiej być erotomanem niż pedałem". "Panienka podpita panienka zdobyta, dlatego alkohol jest twoim sprzymierzeńcem".

Miałem serię dość bolesnych zabiegów, lekarka powiedziała przed rozpoczęciem w żartach niech pan skoczy sobie na jakąś dyskotekę. Nie wiedziała że skaczę prawie co tydzień. Poszedłem ewidentnie z zamiarem wyrwania panienki i żeby mieć odlotowy bombowy "filmik" o działaniu przeciwbólowym.

Ponadto na gg zacząłem korespondować z Olą, Renatą, Kaśką, Monisią, a przygotowywałem się już do "pogawędek" z kilkoma dziewczynami o różnych nickach, które zaczepiły mnie na maila, były też koleżanki z pracy. Na szczęście umówiłem się tylko z jedną. Po tym jak przyznała się że dwa dni wcześniej miała faceta "z netu" zastanowiłem się nad sobą. Oczywiście były też kilkugodzinne cyber"sesje" wykańczające fizycznie i psychicznie. Wychodziło po 35-40, a nawet raz chyba było 53 h bez snu, licząc 24 h w pracy, plus impreza, i przed komputerem.

W końcu impreza, znów impuls (blondyna z wylewającym się biustem). Krótka rozmowa, wszystko gra (sygnałki kobiece czyli jak ja to nazywałem tzw. "klasyka z poradnika"), no i skończyło się ... na przystanku autobusowym. Potem była jeszcze m.in. Grażyna i Baśka. Były też "operacje" przynoszące straty, jak zgubienie telefonu, zgubienie 50 zł ...

W końcu zrobiłem test na HIV, miałem humorystyczną sytuację, bowiem odmówiłem dziewczynie, powiedziałem zadzwonię jutro, a ta na mnie z łapami że ona chce teraz (!) tak była chyba napalona. Inna sprawa że sam sobie jestem winien, bo postawiłem jej dwa drinki. Numer telefonu wyrzuciłem, tzn. kupiłem nowy z kiosku.

Poznałem emerytowanego wojskowego, zobaczyłem na czym polega ten nałóg. Jaki to kamuflaż, a ja jako absolwent szkoły podoficerskiej rezerwy (sporo było zajęć z kodowania, szyfrowania i różnych "tajników") się też potrafiłem kryć. Facet w swoim telefonie tak ukrywał przed żoną kochanki: Renata była zapisana w kontraktach jako Rysiek, a Halina jako Heniek. Hotel do którego z nimi jeździł zaznaczył jako praca kadry. Mówię to żeby pokazać jacy potrafią być faceci, ku przestrodze. Która z żon nawet przeszukując telefon, kontakty wpadnie na pomysł by dzwonić "do kolegi Heńka", albo do "kadrowej do pracy"?

Skończyłem 33 lata, tzw. wiek Chrystusowy. Coś mnie tknęło, żeby zrobić porządki przedświąteczne. Za szafą znalazłem zakurzony totalnie przez 10-15 lat (?) obraz komunijny w ramce. Wytarłem szmatką, ukazała mi się czysta "szybka", i poczułem chęć spowiedzi. Pierwszej od dwóch lat, ale pierwszej uczciwej. Idąc na spowiedź czułem straszne lęki, jakby naokoło latało mnóstwo czarnych "ptaków", "stworzeń". Bałem się jak małe dziecko, że coś mi się stanie, i nie dotrę na spowiedź. W końcu udało się, wyszedłem z Kościoła, i okazało się, że lęki minęły.

Poszedłem do sklepu po zakupy, akurat wyszedł tego dnia CKM (datę wyjścia znałem oczywiście z poprzedniego numeru). I co się stało? Po raz pierwszy od długiego czasu nie kupiłem.

Włączyłem sobie w domu spokojną muzykę, sprzątnąłem pokój. Jeszcze miałem parę upadków pornograficznych (ściągnąłem jeden film), ale wkrótce wyrzuciłem całe to bagno z komputera.

Dwa tygodnie bez masturbacji, i coraz lepszy nastrój. Zacząłem chodzić na mszę co niedzielę. W Wielkanoc znów się wyspowiadałem z ostatniej "dawki" nałogu, i wkrótce przystąpiłem do Komunii po raz pierwszy od ponad dwóch lat. Najgorsze zawsze było na spowiedzi krycie grzechów szóstego przykazania. A tak po prawdzie to dopiero czytając na nowo Pismo Święte i modlitewnik komunijny zobaczyłem ogrom zniszczeń, jak posiadanie Bożka przyjemności, kłamstwo, "małe kłamstewka", wyzywanie podczas kłótni po co żeś mnie urodziła, złorzeczenie ojcu (akurat za "słaby" jestem żeby się za niego modlić), myśli samobójcze, planowanie samobójstwa, niezdrowy tryb życia, przeszkadzanie w modlitwie, gniew, nerwy (jak nie było "bomby") itd.

A tyle razy udało mi się ocalić od śmierci (cztery traumatyczne sytuacje wypadkowe podczas podróży i w wojsku). W ogóle jak doczytałem i z doświadczenia widzę że ludzie z PTSD kończą jako alkoholicy, erotomani, lekomani, hazardziści itp.

Wiem że wszystkie te moje "cudowne" ocalenia to fakt tego, że Bóg był zawsze przy mnie. Tylko ja od Niego odeszłem kiedyś, zresztą moi rodzice od 25 albo i więcej lat nie odwiedzili Kościoła, i chyba już nie odwiedzą. Bóg miał dość bagna, jakie się działo w tej rodzinie, i dał mi szansę, pokazując że jest silniejszy niż szatan. Że nawet kogoś, kto idzie coraz bardziej i coraz szybciej w bardzo złym kierunku, cały czas kocha, i czeka by się nawrócił.

Niestety ogrom bagna jest straszny, i nie ma tak dobrze, że już wszystko "będzie fajnie". Walka trwa, nikt nie mówił że życie Chrześcijanina jest łatwe. Mam teraz swojego kierownika duchowego, bardzo fajnego księdza. Poznałem w ogóle ciekawe towarzystwo, trochę inteligentnych ludzi, i mam grupę z którą mogę porozmawiać na każde tematy. Nagle się okazało, że "są jednak porządne kobiety". Inna sprawa, że ja teraz powinienem zamiast dostawać tą swoją nędzną wypłatę, harować za chleb i suchą wodę, a resztę przeznaczać na dom dla samotnych matek.

Modlitwa codzienna, msza co niedzielę, no i Różaniec. To najlepsza broń. A byłem taki słaby, zresztą znamienne jest to, że jedna z panien po imprezie rzuciła mi się niemal przy samym kościele całując i szepcząc "kocham cię". A ja uwierzyłem, potem oczywiście łapiąc doła na kolejne tygodnie. To kocham cię mówił po prostu szatan do swojego "poddanego".

"Szatan stara się usidlić kobietę, by przez nią dotrzeć do mężczyzny, tak jak Ewa skłoniła Adama, by popełnił grzech. Kobieta jest tutaj postrzegana jako narzędzie, poprzez które można uwodzić mężczyznę i doprowadzić go do grzechu, by odsunął się od Boga, by stał się ateistą. Wbrew pozorom, najważniejszą rzeczą dla szatana nie jest opętanie człowieka, lecz działanie mające na celu doprowadzenie człowieka do upadku, do grzechu. Kolejnym powodem częstszego opętania kobiet jest to, że szatan chce się zemścić na Maryi, jego wielkiej przeciwniczce".

A ja już od lipca bez kobiet, imprez, dyskotek, od lutego bez syfu z internetu, coraz rzadsze (raz na kilkanaście dni) masturbacja i piwo. I coraz mniej nerwowy.

238

Odp: Seksoholizm

do kms33
masz dobrego przewodnika.
DEKALOG pozwala nam być ludżmi - wystarczy go przestrzegać TYLKO i az TYLE
czy w dzisiejszych czasach to osiągalne? ..ludzie tak bardzo chcą sobie uprzyjemniać życie...
Porozmawiaj z psychologiem. Nie mówię tu o długiej terapii, parę spotkań, rozmowy...wiem co mówię, to pomaga choć nie wierzyłam w cuda.
Pamiętasz sporo szczegółów - może uda Ci się oddzielić stare życie od nowego (oddzielić a nie zapomnieć) bez "piwka i ..".
Trzzmam kciuki, bo juz wiele zrobiles

239

Odp: Seksoholizm

Witam wszystkich, jestem tu pierwszy raz. mój mąż, a własciwie były mąz jest seksocholikiem. Ja jestem uzalezniona. To jest masakra. Jutro ide pierwszy raz do terapeuty. Własciwie nie piewrwszy raz ....... Już próbowałam terapii ale niestety nie udło się ....... Dusze się, męcze, pustka połaczona z bólem jaki mam to masakra. Strasznie się boje......Pisze o tym tutaj bo już z nikim o tym nie rozmawiam. Z nikim. Nie mogę wyrazić tego co czuje M. bo mnie nie słucha. Każda taka rozmowa kończy się tylko moimi łzami... bo on nie słucha, właściwie wkurza się że cokolwik mówie, zaczyna mnie lekceważyć........ zaczynam czuc, to, że chyba już nie potrafie z nim żyć, już nie chce być ponizna, lekceważon, traktowana jak ścierka...a jednoczesnie bardzo się boje, choć sama nie wiem czego....jesl mi zle, chce mi się wyć, wyjść na ulicę i wyć,...

240 Ostatnio edytowany przez szara1 (2012-06-27 08:56:59)

Odp: Seksoholizm

Trudno mi pisać o kimś, z kim spędziłam wiele lat A KTO OKAZAŁ SIĘ OSZUSTEM.....

241

Odp: Seksoholizm

zostawiłam dewianta , kłamcę , oszusta, despotę ,tyrana ,  gołą , brudną i pijaną  ś.....ę paradującą z fajfusem na wierzchu , próbującą po pijaku opróżniać się na mnie .Czułam i czuję nadal do niego obrzydzenie  i pogardę . Wiem ,że ma zrobaczywiały mózg , że jego rzekoma siła , to brak siły i że ma jeden kierunek w życiu. Tarzać się w burdelach , lub jak to robił we własnym domu , uprawiać orgie z dziwkami pod własnym dachem.
Męcząc się  z robactwem i wulgaryzmem jego osobowości stałam się współuzależniona . Czułam jak sama zaczynam się staczać , jak moje myśli stają się brudne i obrzydliwe . I zdobyłam się na ten krok.Wyrzuciłam go z mojego życia.
Rozpoczęłam trzeci rok mojego nowego etapu w życiu. Jestem rozwiedziona, a sąd nie miał  argumentów , aby nie dać rozwodu z orzeczeniem jego winy. Ponadto facio nie miał odwagi mówić o swoim nocnym życiu erotycznym z dziwkami , po prostu stchórzył.
Aha , aby podkreślić moją determinację i odrzucenie d...a wróciłam do rodowego nazwiska.
Dodam jeszcze ,że ten palant nie miał żadnych oporów , aby nocą , gdy ja i nasz wówczas 17 letni syn spaliśmy , dzwonił do alfonsa i zapraszał dziwki do domu rodzinnego. Syn ,o jednej takiej sytuacji wiem od córki, po konsultacji telefonicznej ze starszą siostrą wyrzucał tatusia dziwkę z domu . A tatusiowi to nie przeszkadzało. Sprowadzał dalej. Był tak leniwy ,że  nie ruszył d..y z domu , aby dojechać do burdelu. Stąd jego nadwaga i cukrzyca.A może już gorsze choróbska .
Konsekwencją jego postępowania było , już po jego wyrzuceniu, odwiedzanie mnie ,  celem wyłudzenia pieniędzy , przez burdelowego alfonsa . Niestety smród gnoja ciągnął się za mną . A może gnój płacił , aby łajno burdelowe mnie nękało.
Dodam jeszcze ,że gnój zajmuje tzw. wysokie stanowisko i że pracuję z nim w jednej firmie ( i mimo to nie mógł mnie ruszyć , choć do dzisiaj kąsa). Ludzie w firmie orientują się w sytuacji , lecz takie działania mają przyzwolenie społeczne , szczególnie społeczności męskiej.
Pomimo wszystko uwolniłam swą psychikę od robactwa . Trwało to prawie dwa lata. Ale było warto .
Teraz mam umysł jasny , jestem spokojna  i opanowana , myślę w miarę pozytywnie.
Wszystkim zakręconym przez dewiantów seksualnych życzę odwagi i wytrwałości w dążeniu , bo wewnętrzny spokój jest wartością najwyższą.

242

Odp: Seksoholizm

Dobrze zrobiłaś, ale takiej ilości jadu, którą masz po tym związku - wcale nie zazdroszczę :(

243

Odp: Seksoholizm

Irudo
wiem ,że dobrze zrobiłam uwalniając się od plugastwa . Jednak płacę za to dużą cenę do dziś . Wydaje mi się ,że uwolniłam się już od tego jadu ,który mnie żywcem zżerał , ale chyba przebłyski zostały. Pisząc ten post chciałam , przynajmniej w namiastce, opisać co czułam. Wierz mi ,że rzeczywistość była jeszcze gorsza.
Chcę i muszę pozbyć się wszelkich emocji wobec tego facia. Robię to dla siebie , a on zasługuje tylko na ignorancję i pogardę
pozdrawiam

244

Odp: Seksoholizm

Mam na imię Dorota i jestem seksoholikiem.

Właśnie tak musi wyglądać wstęp do mojej historii.

Mam 27 lat (jakby to miało jakieś znaczenie) jestem żoną i matką oraz dowodem na to, że wbrew powszechnej opinii seksoholizm dotyka też kobiety.

Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie. Od jednego filmu z ciekawości. Później było ich coraz więcej i wiecej, w końcu irytowałam się, że mąż już wrócił z pracy, bo ja nie zdąrzyłam się jeszcze nacieszyć. Po szczerej rozmowie z kimś bardzo zaufanym wiedziałam, że to nie jest normalne. Ale wiedza wiedzą, a ja dalej robiłam swoje. I jeszcze te tłumaczenia, że to tak jakby film instruktażowy "jak zrobić dobrze mężowi". W końcu porno hetero przestało mi wystarczać, wciągnęłam się w gejowskie porno, W rozmowy bardzo frywolne z kimś podającym się za przyjaciela, w fantazjowanie. Doprowadziłam do tego, że każda nawet najzwyklejsza sytuacja kojarzyła mi się z seksem. Doszła jeszcze masturbacja. Jak mijałam jakąś parę to zaraz pojawiały się myśli "jak oni to robią". W końcu seks i myślenie o nim stały się całym moim światem.
Niby próbowałam coś z tym robić ale to była tylko pokazówka. Do czasu aż poznałam kogoś kto przykładem pokazał mi jak żyć w czystości.
Zaowocowało to spowiedzią z ostatnich siedmiu lat życia i rozpoczęciem walki na poważnie. Nie jest łatwo. Zwłaszcza, że najbliższa terapia jest 70km od mojego miejsca zamieszkania.  Ale walczę. Mam wsparcie innego zdrowiejącego seksoholika. Czasem on powie coś mi czasem ja jemu i jakoś powoli idę do przodu. Powiedziałam też o swoim problemie mężowi, wspiera mnie na ile potrafi.
Zdarzają mi się jeszcze potknięcia ale nie poddaje się. Teraz czwarty tydzień jestem czysta, choć czasem męczy i pojawiają się skutki "odstawienia".
Ale wiem, że warto z tym walczyć, dla siebie i dla rodziny.

245

Odp: Seksoholizm

Mój facet też jest chyba uzależniony... Ma taką pracę, że musi wchodzić na różne portale, w tym randkowe i erotyczne, w poszukiwaniu ludzi do talk-show. Często musi rozmawiać z nimi na temat seksu itp. Wchodzi na setki profili, chcąc-nie chcąc ogląda zdjęcia nagich kobiet, oczywiście wszystkie zdjęcia są wyzywające.. Rozmawia z nimi przez telefon o tym, co robią z facetami, jakie mają usługi itd. Przyznał się, że czasem po takich rozmowach musi pójść do toalety i załatwić sprawę podniecenia.. OK, mogę to zrozumieć - faceci tacy są, tak działają na nich obrazy, słowa, tym bardziej, gdy są na to podatni. Ale odkryłam również, że w momentach, kiedy było z nami źle, właściwie od razu zagadywał do kobiet z pytaniem o spotkania sponsorowane - nie wiem, czy do jakiegokolwiek spotkania doszło - on tłumaczy się, że to było tylko takie pisanie i z nikim się nie spotkał. No ale czemuś to pisanie chyba miało służyć..? Zauważyłam również, że większość z tych kobiet była od niego starsza (on ma 32l.) - 45, 50 lat... Nie wiem, czy dobrze kombinuję, ale wydaje mi się, że ma to związek z Jego trudnym dzieciństwem - ojciec Go porzucił, wychowywała Go matka, z którą ma teraz beznadziejny kontakt - Ona nawet nie odczuwa potrzeby spotkać się z Nim, widzą się raz na rok, nawet świąt nie spędzają razem (choć On bardzo by chciał...). Może w ten sposób chce jakoś poczuć bliskość kogoś, kto przypominałby Mu matkę. Właściwie codziennie ogląda filmy pornograficzne, nawet kiedy w tym samym pokoju śpię ja... Lubię seks z Nim, ale bywa tak, że ja Go do tego zachęcam, a On woli spędzić czas przy ulubionej grze komputerowej. A czasami jest tak, że ja nie mam ochoty, bo czuję do Niego żal, źle się nam układa i wtedy np. wolę, żeby tylko zrobił mi dobrze, ale nie wyobrażam sobie się z Nim kochać, przytulać Go. Karol jest poza tym Piotrusiem Panem (to też wynika z tego, że wychował się bez mężczyzny w domu i nie miał męskich wzorców). Nieodpowiedzialny, nie myśli o przyszłości, składa obietnice bez pokrycia (również sobie!), jest narcyzem, w towarzystwie zawsze błyszczy - jest duszą towarzystwa, wszystkim chce zaimponować, a mnie zostawia na boku, flirtuje z innymi kobietami - czuje potrzebę dowartościowania się. A z drugiej strony - widzę, że mnie kocha, inni też mówią, że widać, jak On bardzo jest za mną. Gdy wraca z pracy i jest zmęczony, często to On robi mi kolację, a nie ja Jemu, to On robi mi masaż, mimo że bardziej przydałby się jemu.. Czule o mnie mówi, wszystkim się mną chwali, pokazuje moje zdjęcia, pisze do mnie miłe smsy, powtarza, że mnie kocha. A jednocześnie kłamie, oszukuje - i wszystko właśnie "w dobrej wierze, żebym się nie martwiła i nie denerwowała"... Nie wiem co robić!!! Teraz jesteśmy na rozstaju dróg, On mówi, że zrobi wszystko, żeby ratować związek, bo mnie kocha i chce ze mną być, że chce pójść na terapię. A ja nie wiem, czy mogę Mu wierzyć, czy dać kolejną szansę...

246

Odp: Seksoholizm

Mój mąż od jakiegoś czasu ogląda się za innymi kobietami,jak gdzies idziemy i przechodzi ładna dziewczyna,to mało sobie karku nie skręci,tak się patrzy,poza tym od paru miesięcy mój mąż przynosi filmy porno(jest zbieraczem złomu)i ogląda je jak mu się wydaje że śpię,wczoraj przy sprzątaniu znalazłam za fotelem kilka jego skarpet ubrudzonych białawą wydzieliną.Czy to już jest u niego początek seksoholizmu?

247

Odp: Seksoholizm

Witam,
mam na imię Ewa, byłam przez kilka miesięcy kobietą - kochanką seksoholika.
Facet był żonaty, miałam romans z żonatym facetem.
Na początku było cudownie, był czuły, troskliwy, cudowny kochanek.
Później seks był coraz bardziej nachalny, czasem miałam wrażenie, że był brutalny. 
Po czasie dowiedziałam się, że nie jestem jedyną kochanką.
Wtedy też facet zafundował mi ostry seks -  twarzą do poduszki, o mało mnie nie udusił ... poza tym zrobił jeszcze coś, czego nie uzgadnialiśmy wcześniej. To było obrzydliwe.
Rozstałam się z nim. Po krótkim czasie chciał, żebyśmy wrócili do siebie.
Unikam go, bo po prostu się go brzydzę. 
Manipulował mną. Umawiał się tylko wtedy gdy mu pasowało. Przychodził do pracy i nachalnie całował.
Często też w pracy próbował " czegoś więcej" niż całowanie.
Gdy o tym wspominam, mam odruchy wymiotne.

Nadzieja jest matką głupich, co nie przeszkadza jej być uroczą kochanką odważnych.

248

Odp: Seksoholizm

wątek umarł...?

tylko mnie kochaj...

249

Odp: Seksoholizm

cześć. nie wiem czy jestem typowa zona seksoholika. Jestesmy malzenstwem od ponad 4 lat. Spał ze mna tyle razy ze wszystkie moge policzyc na palcach obu rąk. Gdy czytam o Waszym zyciu zwykle sa tam informacje o dzieciach. Ja pomimo tego, że zawsze myślalam o tym, że kiedys bede je miala - nie mam. Mam trzydziesci kilka lat. Od około 3 lat zastanawiam się co z nim jest nie tak. Wydawało mi się, że to impotencja. Duzo na ten temat czytałam. Bardzo, bardzo wiele zrobiłam.

Dbałam o romantyczne chwile, o to by na różne sposoby go do mnie zbliżyć. Bez szczegółow. W jego szufladzie były prezerwatywy. Były. Nie wiedziałam po co. Były, bo ze mna ich nie zużywał, bo nie sypiał ze mną. Akurat kilka dni przed jego wyjazdem z pracy zajrzałam do pudełka było ich dwie. Gdy wyjechal znow sprawdziłam, zostala jedna. Doznalam szoku. Bo cały czas uważałam, ze to ze nie sypia ze mna to jest nasz wspólny problem i razem sobie z tym poradzimy. Ale zastanowiło mnie to po co on na wyjazd z pracy zabiera prezerwatywy. Po powrocie zapytałam go o to.
Powiedział - a wiesz czasem sie onanizuje. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. I niby do tego były mu potrzebne Nie wiem, nie znam sie.

Kilka miesięcy później po oddaniu komputera do informatyka, zupełnie przypadkiem zajrzałam do historii odwiedzanych stron. Przypadkiem bo nie miałam zielonego pojęcia co zobacze. Strony pornograficzne. Nie odzywalam sie przez kilka dni. potem wytłumacznie z jego strony - bo wiesz jakos z toba nie moge. Dziwne bo jestem zwykła fajna kobietka.ale zero zainteresowania z jego strony. Smutne. Przepłakałam wiele wieczorow, nocy. Ciagle byl zdziwiony czemu wstaje wkurzona. Do tego co jakis czas telefony dziwnych kobiet z przeszłosci.
A ja juz chyba nie czuje sie kobieta, opisałam to wszystko w bardzo skroconej wersji.bardzo. Wstydze sie powiedziec o tym komukolwiek. Zal mi siebie.
Mam kolezanki, one wyszly za maz. maja dzieci. Ja jestem postrzegana jako karierowiczka. Niektorzy mowia a bo ty to musisz jeszcze to i tamto, a potem Ci czasu zabraknie, bo twoj maz to tak chciałby miec dziecko na pewno a ty, tylko praca.
A ja ? co ja mam im odpowiedziec, kiedy to jest kompletna niepawda. Nie dosc,ze musze sobie radzic z tym ze on ze mna nie sypia, z tym, ze kobiety dookola mnie sa w ciazy, maja dzieci, to jeszcze przyjmowac krytyke ludzi za to ze ja dzieci nie mam...
To jest niesprawiedliwe.Nie mam siły.
Około rok temu przeczytałam artykuł na wp, o żonach, mężowie nie sypiają, sie masturbuja, ogladaja strony pornograficzne. seksoholizm. To pasowało do mojego meza.
Piszecie ze oni sa swietnymi manipulatorami - zgadzam sie z tym w 100%, manipulował mna i nadal probuje to robic. Nie mam siły. O kobiecosci nie mam co marzyc. W łózku sie po prostu ode mnie odwracał. Nie zycze nikomu.
a wszyscy mysla - ideał, jesli kogos skytykować to oczywiscie mnie. Bo nie jego . Moim zdaniem manipuluje moja rodzina i moimi znajomymi.
Czasem czuje sie jak wrak. Liczyłam na to ze wszystkie fajne rzeczy  ktore robi kobieta z mezczyzna bede robic tylko z nim, do konca zycia, okazuje sie ze on pozbawił mnie kobiecosci w ogole.
Ech dlugo moznaby pisac....

250

Odp: Seksoholizm

ja nie wierzę w seksoholizm - to dla mnie proste wytłumaczenie dla rozwiązłych ludzi, oj jestem bidny chory, to moge po ru chać :D

251 Ostatnio edytowany przez iruda (2013-02-10 11:04:53)

Odp: Seksoholizm

Dla mnie to było światło, które pomogło podjąć decyzję: jak to choroba, to choroby sie leczy, a nie tłumaczy.
Człowiek za chorobę nic nie moze, ale za podejmowanie wzorców - juz tak; choroba nie jest wytłumaczeniem dla zwykłego sk...

252 Ostatnio edytowany przez oko (2013-03-25 09:52:07)

Odp: Seksoholizm
Tegan napisał/a:

ja nie wierzę w seksoholizm - to dla mnie proste wytłumaczenie dla rozwiązłych ludzi, oj jestem bidny chory, to moge po ru chać :D

W istocie, niema czegoś takiego jak seksoholizm.
Jeszcze tak infantylnie wpleciony wątek moralności (rozwiązłość).
Wyobraź sobie Tegan, że nie czujesz bólu. Zamiast tego nieustannie się dziwisz. "O moja ręka płonie!!, albo "o kurcze, wszyscy w futrach, a ja jedyna na nartach w bikini!.
Większość pomyśli idiotka. Ale nie seksoholik, alkoholik, zakupoholik itp
Bo my wiemy co to kalectwo uczuciowe. Niektórych uczuć nie potrafimy przeżywać. Są nie do zniesienia. Kiedy powinniśmy przeżywać  lęk, miłość , bliskość, strach, żal, ............. (tu sobie wpisz dowolne uczucia) my mamy przymus znieczulenia.
W zależności od przypadku wybieramy sex, alkohol, zakupy, żarcie....
Co pomagało znieść problemy w dzieciństwie, skuteczne jest teraz. Tylko dawkę trzeba zwiększać.
Leczyć się można.
Trzeba się tylko nauczyć przeżywać uczucia. Potem idzie gładko
Co do moralności niema się czym martwić. "Gwiaździste niebo nade mną....."
Pozdrawiam.
OKO

253 Ostatnio edytowany przez kashya (2013-04-04 08:55:50)

Odp: Seksoholizm

Żabko 13, od chwili kiedy ja przeżyłam taki szok minął niecały rok (jestesmy ze sobą osiem lat, plus drugie osiem czekania na siebie- takie love story). mój mąż poszedł na terapie. zmiana jest DIAMETRALNA. zabrzmi to moze dziwnie, ale czasem nawet (w chwilach kiedy przestaje sie skupiac na własnym bólu, upokorzeniu itp) myslę, ze gdybym nie dokonała tego szokującego odkrycia to nigdy nie mielibysmy szansy na prawdziwą bliskość. dopiero teraz czuję ze mam męża i przyjaciela, kogoś takiego do konca zycia. nie mowie ze nie ma dołków- zwłaszcza ja mam skłonność do rozmyślania o tym co było i pytania po raz trzy tysiace szescset czterdziesty ósmy : jak mogłes mi to robic tyle lat...???
on odkreslił tamten okres gruba kreska. wzial za to pelna odpowiedzialnosc i ciezko pracuje na to zeby byc nowym człowiekiem.
nie wiem skad jestes, ale my jestesmy z warszawy a i tu było ciezko znalezc sensownego terapeute- przerobił jedenastu zanim trafil na własciwego. ze wzgledów logistycznych nie mogl do tej pory chodzic na grupe (ale od poniedzialku zaczyna :). od marca zeszlego roku nfz refunduje leczenie seksoholizmu w 24 osrodkach na terenie polski. ale leczenie jest dobrowolne- wszsytko zalezy od tego jak Twoj mąż to ocenia, czy widzi problem i czy chce cos z tym zrobic. jesli tak to wszsytko przed wami :) nie martw sie i nie czytaj tych przesiakniętych jadem komentarzy w necie bo i mnie one na poczatku podcinały nie skrzydła ale gardło. najwiecej maja do powiedzenia ci, którym sie nie udało, albo ci którzy niegdy tego nie pzezyli i mądrzą sie na temat o którym nie maja pojęcia.

254

Odp: Seksoholizm
Marek_40 napisał/a:

Malino

Jedyną podpuchą (jedynym kłamstwem - staram się nazywać rzeczy takimi jakimi są) jest ... moje imię i wiek. W rzeczywistości noszę inne imię i jestem o kilka lat starszy. Poza tym :

... nie, to nie podpucha
... cóż więcej mogę powiedzieć - stwierdziłem fakt ... i dziękuję za te słowa
... pytaj więc, jednak uprzedzam - musisz wziąć pod uwagę że moja uzależniona osobowość może wpływać na to co piszę/mówię

Ad.1 - Kto i kiedy Cię zdiagnozował ?
trochę ja sam (zatrzymałem się ok. stycznia br. przerażony tym dokąd zmierzam), jednak to moja Żona (mająca doświadczenie z racji wieloletniej praktyki zawodowej) nazwała to "po imieniu" (w sierpniu br. kiedy wszystko wyszło).

Ad.2 - Czy w Twoim przypadku to masturbacja, porno, dziewczyny z czatów czy prostytutki ?
potrafię dziś nazywać rzeczy takimi jakimi są :
- masturbacja (kompulsywne zachowania autoseksualne) - TAK
- porno (w każdej możliwej postaci i nadmiarze, wydawnictwa, filmy, internetowe czaty video) - TAK
- dziewczyny z czatów (samotne, w związkach, czyjeś żony) - TAK
- prostytutki - NIE
- na początku jednak, czyli ponad 6 lat temu, nawiązałem za sprawą GG znajomość, która zaowocowała moją ZDRADĄ.

Ad.3 - Jesteś w związku?
Tak. Jestem żonaty od 21 lat

Ad.4 - Jeżeli tak, czy Twoja lepsza połowa o tym wie ?
Tak. Moja Żona wie o wszystkim.

Ad.5 - Jakie kroki poczyniłeś, żeby z tym skończyć i dlaczego chcesz z tym skończyć?
Zatrzymałem się i trwam w stanie trzeźwości od stycznia br. Po drodze zaliczyłem wpadkę (której nie pamiętam, byłem pod wpływem alkoholu) którą uświadomiła mi moja Żona - masturbowałem się pod prysznicem
Dlaczego ? Uświadomiłem sobie że to co robię prowadzi wprost na dno. Spotkania z przypadkowymi kobietami skończyły się we wrześniu 2009 - doszedłem do wniosku że nie muszę się spotykać z kobietami żeby sobie zrobić dobrze (innymi słowy - rozładować nagromadzone emocje). Znalazłem inne źródło podniet - internet. I wziąłem WSZYSTKO co oferował. Od czatów i videoczatów, poprzez opowiadania erotyczne, zdjęcia, filmy aż po komiksy. W Internecie jest WSZYSTKO - i to dosłownie na wyciągnięcie ręki : komiksy wszelkich możliwych wariancji, od tych "normalnych" pornograficznych" przez wszelkie "zboczone" (z zoofilią włącznie) do tych, gdzie jako uczestnicy występowały dzieci (dopiero na tym etapie doznałem prawdziwego SZOKU - właśnie w styczniu 2010 - uświadomiłem sobie jak niebezpiecznie blisko jest pedofilia). I nie byłem w stanie tego zaakceptować. Odrzuciło mnie. Czułem się potwornie. Nie akceptowałem nigdy i nigdy też nie zaakceptuję żadnej formy pedofilii. Byłem na skraju a myśli samobójcze były codziennością.

Kolejnym krokiem, po zatrzymaniu się, było uświadomienie sobie z czym walczę (co stało się wyłącznie dzięki mojej Żonie) i jak bardzo jestem bezsilny. To Ona, w sierpniu br. - kiedy wszystko wyszło - nazwała rzeczy po imieniu, zadbała o literaturę (której w całości nie przeczytałem do dziś), znalazła psychologa. Po wizycie u psychologa (to też zawdzięczam Żonie) nastąpiła kolejna wizyta - tym razem u psychiatry - na dziś mam potwierdzone przez lekarza uzależnienie i podejmuję terapię którą poprowadzi psycholog.

Nawiązałem też kontakt z Grupą S-Anon

Krótko. Jestem na początku wieloletniego procesu leczenia (wychodzenia) z uzależnienia. Trwam w zatrzymaniu i trzeźwości, analizuję (wspólnie z Żoną) swoje postępowanie. Moja Żona jest CUDOWNĄ ISTOTĄ, potocznie zwaną ANIOŁEM, którego zesłał mi sam Bóg. Bez Niej nic dla mnie nie ma znaczenia. Bez Niej nie ma dla mnie przyszłości. Wyłącznie dzięki Niej mogę myśleć o ... TERAZ. Bo przeszłości już nie ma, a przyszłość jest w naszych myślach. Niestety, przeszłości nie da się już zmienić. Przyszłość zależy od TERAZ. A teraz pracuję nad sobą, po to aby nie być potworem. I nie jestem sam, co jest niezwykle istotne. Mimo iż jestem kawałem skur*na, ch*em bez godności, gno*m najgorszego sortu i nie zasługuję na nic, otrzymałem nieprawdopodobnie silne wsparcie ze strony mojej Żony. Wiem że gdyby nie jej postawa, nie byłoby mnie ani tu ani w ogóle nigdzie. Wiem że pracując nad sobą mam niewielką szansę odzyskać Ją i Jej zaufanie. Wiem że Ją kocham i wiem że Ona mnie kocha. Wiem też że bez tego uczucia nic nie ma sensu. Żonie, Jej miłości i wsparciu jakiego mi udzieliła - zawdzięczam WSZYSTKO.

Ad.6 - Jak silne jest Twoje postanowienie?
Moje postanowienie jest bardzo silne. JEST OSTATECZNE ! Wiem że będę się starał NIGDY już nie wrócić do swoich "praktyk". Zatrzymałem się. Jestem trzeźwy (przez trzeźwość rozumie się CAŁKOWITE POWSTRZYMANIE od wszelkich form zachowań autoseksualnych oraz zachowań seksualnych z osobami spoza związku). Dlaczego więc piszę że będę się "starał" ? albowiem ... MAM NA IMIĘ MAREK I JESTEM SEKSOHOLIKIEM. Uświadomienie sobie znaczenia tych kilku słów jest kluczowe.

Ad. Ad. Ad.
Długo musiałbym pisać aby opisać wszystko. Pytaj więc. Cieszę się że ktoś zainteresował się tym wątkiem. Wiem że usłyszę rzeczy, których usłyszeć się boję. Jednak wiem z czym walczę i jak bardzo jestem wobec tego BEZSILNY. Alkoholicy czy hazardziści (czy wszyscy inni uzależnieni) muszą coś zrobić aby dotrzeć do środka uzależniającego. JA MAM GO STALE PRZY SOBIE. To moja uzależniona osobowość, moje chore myślenie które każe zaprzeczać, wypierać i bronić się z całych sił.

Chciałbym aby ten wątek stał się nie tylko platformą kontaktu z Wami, współmałżonkami seksoholików, ale również z samymi seksoholikami. Dziś już wiem że tylko leczenie, terapia, grupa S-Anon, każde możliwe wsparcie w walce z tym uzależnieniem da mi szansę na podjęcie normalnego życia - życia którego pragnę, którego smak znam a które sam swoim postępowaniem zniszczyłem.

A propos internetu. Uważam że znakomita większość użytkowników randkowych serwisów erotycznych to tacy sami chorzy (uzależnieni) ludzie jak ja. I tylko można się dziwić że grupy S-Anon są tak nieliczne. A powinny pękać w szwach ! Dziesiątki postów kobiet opisujących zachowania swoich partnerów sugerują wprost, że to ludzie uzależnieni ! Inna rzecz że nie są, niestety, świadomi swego uzależnienia.

Pozdrawiam. Marek

PS. Widzę że moderator usunął zamieszczone linki. Aczkolwiek nietrudno odnaleźć w sieci strony S-Anon, podam je via e-mail każdemu kto się do mnie zwróci.

Zanim mnie wyśmiejesz i zrównasz z powierzchnią ziemi posłuchaj tego.
Jakieś dwa lata temu poznałam męża pewnej znajomej: przystojny, bardzo uśmiechnięty. Wszyscy go zachwalali, że jest taki dobry.

Co się okazało? Kilka lat wcześniej borykał się z tym samym problemem, seks traktował jak sport. Doszło do tego, że nabawił się nawet jakiegoś obrzydliwego choróbska.

Każdy kto go zna dzisiaj, nie może uwierzyć, że to ten sam człowiek. Ma żonę i synka i kochają się bardzo.

Ten człowiek przeszedł jednak długa i żmudną drogę. Opowiedział mi o cudzie jakiego doznał w Medjugorie. Modliła się tam za niego duża grupa ludzi, bo on się przyznał przed innymi do tego problemu.


Tam stał się cud, on chciał z tym skończyć i mało tego udało mu się to!

Kiedyś jak słuchałam tej historii, to nie dowierzałam, dziś nie wątpię w ani jeden aspekt tej historii.

Czy korzystałeś z Sakramentu Pokuty?

Nie wiem czy jesteś osobą wierzącą,  ale ja znam przypadek cudownego uzdrowienia z seksoholizmu.

Przypadek ten opisałam powyżej.

Sam Bóg dokonał uzdrowienia.

Pewnie zaraz posypie się lawina sarkastycznych uwag, ale chciałeś usłyszeć porady i nigdzie nie było wzmianki, ze nie mogą to być porady duchowe.

Jezeli masz jakies dodatkowe pytania, to pisz.

255

Odp: Seksoholizm

tak bardzo się cieszę ze znalazlam ten temat i wiem ze nie jestem z tym problemem odosobniona :) z tego, ze moj mezczyzna jest uzalezniony od pornografii i masturbacji zdalam sobie sprawe dopiero wczoraj.. Chciala bym opisac w skrocie jak to sie zaczelo u nas. Poczatkowo nasz sex byl bardzo udany, codziennie, nieraz kilka razy na dzien :) jednak kiedy zaszlam w ciaze bylo coraz rzadziej, myslalam ze to z powodu mojego wygladu, ze w ciazy nie dzialam tak na mojego chlopaka, ze jak urodze to dalej bedzie jak kiedys... Jednak bardzo sie mylilam, doszlo do tego ze do zblizen dochodzilo raz na miesiac raz na dwa miesiace. Doszlo do tego ze spalam w osobnym lozku bo ilez to sie mozna prosic faceta o sex czulam sie okropnie myslalam ze jestem jakas obrzydliwa, odpychajaca.Czytalam troche na tym forum wpadlam na watek o mezczyznach aseksualnych. I doszlam do wniosku ze moj taki poprostu jest... Ale dalej cos mi nie pasowalo, szczegolnie kiedy zaczelam coraz czesciej wpadac na to ze kiedy wychodze z domu on za kazdym razem oglada filmy porno! Rozmawialam z nim o tym w koncu zaczelam robic mu wyrzuty, stopniowo stalo sie to u mnie obsesja, caly czas o tym myslalam dlaczego on od kobiety ktora kocha go calym sercem, zrobila by dla niego wszystko woli te wulgaryzm z internetu. Byly obietnice z jego strony ze juz nigdy wiecej i co, dalej to robil doslownie kilka minut mijalo od mojego wyjscia z domu a on juz w pornosach siedzial. Az w koncu przez przypadek odkrylam ze on sie masturbuje, robil to niemal codziennie!! zawsze kiedy szedl pod prysznic to robil, poczulam jak by serce mi peklo, kiedy ja probowalam cos zainicjowac mowil ze jest zmeczony ze mu sie chce spac, ze nie ma sily a to tylko dlatego ze wczesniej sobie zwalil i nie mial juz ochoty. W chwili obecnej nawet kiedy juz do czegos dochodzi to nie potrafi sie inaczej pobudzic niz za pomoca reki i rowqniez nie potrafi dojsc w inny sposob. Co ja mam dalej robic pomozcie mi bo czuje ze juz wariuje caly czas mysle  tylko o tym rozmawialam z nim mowilam ze jesli to sie nie zmieni to odejde bo nie mam juz dluzej sil na to ale czy jest mozliwezeby on przestal to robic?

256

Odp: Seksoholizm

Kasta, odezwij się! Napisz jak sobie radzisz. Twoje posty były tu najważniejsze( przynajmniej dla mnie). Jestem jedną z Was? Nas? Kim. Pomocy!

257

Odp: Seksoholizm

bajabopngo- mozliwe. ale musi sie leczyc. innej drogi nie ma. albo wspołnoty typu anonimowi erotomani, albo terapia uzaleznien. wiem co przezywasz - ja to przechodzilam dwa lata temu. moj m. postawil wszytko na jedna karte i zgodzil sie na wzsytkie moje warunki. leczy sie i jakos dajemy rade. wpadnij na forum samozycie24 na watek moj mąż seksoholik albo seksoholizm. tam sporo konkretniejszych rzecyz niz tu - znajdziesz literature do poczytania, namiary na terapie itp.

258

Odp: Seksoholizm

Czy bywa tu jeszcze Autor wątku?
Marku, mam do Ciebie pytanie. KIM dla seksoholika jest jego obiekt seksualny? Nie mam na myśli prostytutki czy kobiety na raz. Chodzi o układ ciągnący się  od 5 lat w różnej formie i różnym natężeniu, na ogół noszący znamiona romansu, z nieustanną huśtawką rozstań i powrotów.
Chciałabym wiedzieć, czy on w ogóle widzi we mnie CZŁOWIEKA, przynajmniej czasami??? A może seks wyklucza jakiekolwiek ludzkie uczucia w stosunku do drugiej osoby?

259

Odp: Seksoholizm
j46 napisał/a:

Czy bywa tu jeszcze Autor wątku?
Marku, mam do Ciebie pytanie. KIM dla seksoholika jest jego obiekt seksualny? Nie mam na myśli prostytutki czy kobiety na raz. Chodzi o układ ciągnący się  od 5 lat w różnej formie i różnym natężeniu, na ogół noszący znamiona romansu, z nieustanną huśtawką rozstań i powrotów.
Chciałabym wiedzieć, czy on w ogóle widzi we mnie CZŁOWIEKA, przynajmniej czasami??? A może seks wyklucza jakiekolwiek ludzkie uczucia w stosunku do drugiej osoby?

Ten mezczyzna posiada zone, nazeczona, stala partnerke? jesli tak jestes tylko jedna z wielu do ktorych powraca co jakis czas. To nie sa uczcia. Jezeli nie ma nikogo na stale poza Toba, kto to wie, moga w tym byc czucia. Tak sexoholik umie kochac, ale zazwyczaj jest dla tej swojej drugiej polowki straszny w zyciu. Dopuki nie uswiadomi sobie, ze jest chory, do momentu kiedy nie zechce sie zmienic. Ale to musi on sam. Musi sie ocknac i cos z tym zrobic. Ty go nie zmusisz, musi on chciec. Ty wtedy mozesz mu pomoc, ale to droga cierniowa
Zreszta dlugo bym mogla pisac, ale tu sie sklada zbyt wiele czynnikow, ktore maja wplyw i kazdy przypadek jest inny... Jesli chcsz porozmawiac napisz na priv. Pozdrawiam

260

Odp: Seksoholizm

Nie chodziło mi o to czy on może mnie kochać. Już chyba nie jestem na tym etapie. Pytam o jakiekolwiek ludzkie uczucia - przyjaźń, sympatia, COKOLWIEK. Czy słucha tego co do niego mówię. Czy to co czuję, robi na nim jakiekolwiek wrażenie. Czy w ogóle jest sens z nim rozmawiać i w jaki sposób to robić.
Ogólnie temat jego seksoholizmu nie jest między nami tabu, jednak to zawsze tylko takie ślizganie się po powierzchni. Zdarzało mu się przyznać wprost: tak, jestem seksoholikiem; bywały też teksty typu: jestem popaprany, jestem bydlakiem bez kręgosłupa, nie powinienem się w ogóle urodzić. Jednak ZAWSZE kiedy pojawia się konkretny problem i usiłuję ten problem zasygnalizować, mówię o jakichś jego konkretnych zachowaniach i co czuję w związku z tym - zawsze, ale to zawsze ucieka, uznaje to za atak, zaprzecza, bagatelizuje, próbuje mną manipulować i wzbudzić poczucie winy. On w ogóle nie rozumie o co mi chodzi, przecież nic takiego się nie stało, nic złego nie zrobił, nikogo nie krzywdzi, wmawiam sobie, mam jakieś urojenia, jestem przewrażliwiona, przesadzam, czepiam się, nie da się ze mną wytrzymać, bo nic tylko atakuję bez powodu. Dla jasności, nigdy nie oceniam jego zachowań seksualnych i tak naprawdę przecież nie wiem, co i z kim robił wczoraj czy przed tygodniem. Nie o tym z nim rozmawiam, tylko o różnych koszmarnych rzeczach, jakie wyczuwam wtedy w jego stosunku do mnie i które mnie wyniszczają emocjonalnie. A więc - czy w ogóle jest sens rozmawiać? Jak reagować na jego system zaprzeczeń? Czy jest choćby cień szansy, żeby dotarło do niego o czym mówię???
Nie, nie jestem jedyna. Jest żonaty od 25 lat, i to małżeństwo jest dla mnie naprawdę zagadką. Wiem oczywiście tylko to, co on mi o tym mówi, no i oczywiście to, co wyczytałam między wierszami. Seks w tym małżeństwie nie istnieje, chociaż jeszcze kilka lat temu zdarzał się sporadycznie, traktowany przez niego jak obowiązek. Oczywiście on dorobił sobie to tego teorię, zwalniającą go z odpowiedzialności za zdrady: bo są seksualnie niedopasowani, bo mają inny temperament i inne potrzeby, bo ona ma bardzo pruderyjne podejście do seksu. Jest też mnóstwo nagromadzonych przez lata pretensji, urazy, złości. O wszystko. O metody wychowawcze, o sposób wydawania pieniędzy czy spędzania wolnego czasu, o podział obowiązków domowych. Wiele, wiele razy próbowałam się wczuć w sytuację tej żony - czy wie, co w związku z tym czuje, co robi - i poddaję się. Po prostu NIE WIEM. Z jednej strony wydaje mi się absolutnie niemożliwe, żeby kobieta nie wiedziała, nie przeczuwała, nie podejrzewała nawet jeśli nie ma dowodów. W końcu ja odkryłam to jego drugie oblicze zaledwie po miesiącu znajomości, nie całkiem przypadkiem, tylko dlatego że miałam właśnie jakieś niedobre przeczucia, na niczym konkretnym nie oparte. Z drugiej strony, ze wszystkich informacji i strzępków informacji wynika, że ona zachowuje się i żyje jakby autentycznie nie wiedziała... Najprawdopodobniej jest osobą, która po prostu nie dopuszcza do świadomości prawdy. Po prostu nie chce wiedzieć. Ale oczywiście mogę się mylić.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że gdyby kiedyś klapki spadły mu z oczu, to mogłoby się okazać, że właśnie żona jest dla niego jedyną kobietą na świecie i mógłby zapragnąć ratowania małżeństwa za wszelką cenę. To byłaby dla mnie spora niespodzianka, ale nie totalne zaskoczenie.
Jestem na 99,9% pewna, że kiedyś próbował się leczyć, ma bardzo niedobre doświadczenia i dlatego teraz twierdzi z całym przekonaniem, że jest niereformowalny, już taki porąbany się urodził i nie da się tego zmienić.
Rozpisałam się trochę. Chyba wystarczy...? :)
Zapomniałam dodać że tak, jest dla mnie straszny, przez większość czasu.

261 Ostatnio edytowany przez kachna66 (2014-05-20 11:22:00)

Odp: Seksoholizm

k

262

Odp: Seksoholizm
kms33 napisał/a:

Smutna kołysanka

Witam. Nick oznacza kłamca-manipulant-seksoholik (później wyjaśnię). 33 - wiek (później też wyjaśnię). Na wstępie radzę "zapiąć pasy". To nie będzie miła historia. W zasadzie miałem to napisać na jakimś forum katolickim, ale uznałem że mam pewną "misję" ewangelizacyjną, bo przekonanego nie trzeba przekonywać, a tu może ktoś się dzięki mojej historii mocniej zwiąże z Bogiem i nauką Pisma Świętego.

W naszej rodzinie od pokoleń istniał jakiś niewytłumaczalny dramat, ból i grzech. Pamiętam jak matka, ciotka czy wcześniej prababka często budziły się po nocach i mówiły że były "duszone", "dręczone". Zawsze się z tego śmiałem.

W rodzinie od strony matki były samobójstwa (dziadek umarł jak ja jeszcze w planach nie byłem), podobnie w rodzinie ojca. Z tego co mi opowiadała ciotka, wujkowie mieli też coś koło 33-35 jak "wybrali" sznurek itp. "rozwiązania".

No i najgorsze to to, że każde kolejne pokolenie przenosiło na kolejne te pokaleczenia emocjonalne. Moja babka zostawiła dziadka z gromadką dzieci, w tym moim ojcem, wybrała bowiem życie z kochankami (podobno mawiała "chłopa muszę" tyle wiem z opowieści zaufanej osoby w rodzinie). Ze strony matki tam też pradziad zostawił prababkę z 5 dzieci, wyjeżdżając za granicę, a jak przysyłał raz na rok list, to pisał "miłość to ja mam tu na ulicy". Skończył źle, przez kolejną młodą "siksę" z "kolekcji".

No niestety, rodziców się nie wybiera. Mój ojciec to erotoman i babiarz.

Jestem "typowym" dzieckiem z "wpadki", tzn. matka zaufała mu, w końcu 20 lat miała, młoda i naiwna była, on nie bardzo się spieszył do ślubu, wolał "zaliczanie", w końcu jednak rodzina matki nalegała na ślub że wszystko się ułoży. Prababka, która wycierpiała się na wojnie cudem unikając śmierci nie raz, a potem cierpiąc przez pradziadka, mówiła wówczas jednak: on mi nie pasuje, krętacz i tyle, i "postulowała" żeby matka wychowywała mnie samotnie.

Jednak był ślub, i praktycznie zaraz musiały się tam zacząć jakieś problemy - matka miała iść na studia (wzorowa uczennica) i z tego tytułu nie poszła, ojca chyba od początku nie było w domu, pamiętam że bywał raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie, potem raz na miesiąc. Jak przyjechał to tylko bił, często przyjeżdżał pijany.

Jednak od czasu do czasu odwiedzała nas babka i ciotka, wtedy "tatuś" robił się kochający. Prezenty, itp.

Miałem jakieś 5-6 lat kiedy nastąpił dramat. Zaczęli się kłócić i wyzywać, nie rozumiałem tego. Pamiętam że matka grzebała ojcu po spodniach, ciągle kontrolowała, ten ciągle przyjeżdżał w "zapachach" perfum, słyszałem tylko wynoś się straszne bójki i rękoczyny, czasem jedno z nich brało mnie jako tzw. żywą tarczę i przykładało nóż albo jakiś kij "połamię mu giry" itp. odzywki.

Ogólnie jak byłem sam w domu to najlepiej się czułem. Albo z babcią. Miałem 4 czy 5 lat, jak już czytałem, mając 3 lata nauczyłem się będąc samemu robić "kanapki", mając 6 lat znałem już dziesiątki haseł z encyklopedii. Miałem np. zabawkę grę z państwami świata i stolicami, i kiedy szedłem do rodziców (akurat sensacja się nie kłócili jak się kłócili drżałem w obawie o życie ich, bo wpadali w coraz większe furie latające talerze wybijane szyby w drzwiach, ale i swoje życie) pobawcie się ze mną, to było tak: ja wiedziałem wszystkie hasła, oni niewiele, ja wtedy "prowadziłem w meczu", a oni zamiast pochwalić, to a baw się sam.

W zasadzie pochwały słyszałem tylko od babci, ciotki, pań w przedszkolu, no i miałem nawet "przyjaciółkę". Z rodziną ojca nie utrzymywaliśmy kontaktów.

Pewnego razu matka która coraz bardziej "wariowała" przez ojca i nadal "spała" ze mną, a miałem już ok. 6 lat, wciągnęła mnie do siebie i chyba doszło do tzw. nieświadomego kazirodztwa, pokazała mi "za dużo" zresztą nie mam całego "slajdu" i wolałbym go nie widzieć. Kilka tygodni temu pokazał mi się jeszcze straszniejszy "slajd" jak leżę na brukowanej ulicy (drodze?) a obok wywrócony bokiem wózek. Sam chyba bym nie wypadł, mam nadzieję że to nie matka mnie wyrzuciła, a kto wie może tak było bo wpadła np. w złość po coś się urodził.

Tak więc idąc do zerówki, lub podstawówki praktycznie już przestałem mówić mamo. Pojawiło się wreszcie "życie", czyli szkoła.

A że bieda była straszna, nędza PRL, czyli salceson, ale i ojciec co rusz "szalał", tzn. zarabiał nie najgorzej (na dzisiejsze jakieś 3000 matka rzadko kiedy tam pracowała) ale przywoził "grosze", można się domyślać na co i kogo wydawał, tak więc psychika się powykrzywiała bardziej. Nic tak nie niszczy psychiki w sensie kompleksu niższości jak bycie biednym czyli gorszym. Wtedy to jeszcze nie było widoczne - bo większość żyła na mniej więcej podobnym poziomie, ale ja to odczuwałem.

Kolejne klasy w szkole, świadectwa z "paskiem", obiady z "opieki" w szkole, naprawdę było miło. Lekcje na następny dzień robiłem w szkole, lubiłem przesiadywać w świetlicy, potem były kółka komputerowe, matematyczne, sportowe, jakieś zajęcia plastyczne i gazetki ścienne, uwielbiałem szkołę, w której mogłem spędzać 24 h na 24. Wracałem do domu, mało co się uczyłem, jak już to tylko jakieś czasem zadanka na jedynym w domu stole w kuchni. Ciągle jednak słyszałem wynoś się, po co mi tu przeszkadzasz, po co to piszesz co ci to da, a jak nie robiłem lekcji to po żeś się k***o urodził, trzeba było cię potopić po urodzeniu.

W tym momencie ojciec przywiózł jakąś kolejną chlamydiozę, czy inną opryszczkę, znów przepraszał, błagał, zapewniał, za tydzień wracał, potem potrafił twierdzić że jedzie w delegację (miał gotowe "papiery"), a jak się okazało dzięki życzliwym, siedział u kochanicy na osiedlu.

Zaczął naprawdę dobrze zarabiać, jakieś 7000 na dzisiejsze. Wreszcie nie musiałem się wstydzić w szkole z ubrań. Wreszcie kompleksy przestały mi dokuczać, do tego średnia w szkole 4.7 do 5.2, kolejne zainteresowania, ogniska, wyjazdy w góry, krótkofalarstwo, modelarstwo, PTTK, klocki Lego o czym kiedyś mogłem tylko marzyć, stałem się domowym "ekspertem" od VHS, miałem Commodore 64, Amigę 500, normalnie żyć nie umierać.

W tzw. międzyczasie dojrzewałem "normalnie", tzn. na Andrzejkach poznałem dziewczynę o imieniu Ania, pamiętam jak koleżanka na osiedlu się śmiała że ty się chyba zakochałeś, były małe "przytulanki", no i w końcu masturbacja chyba 13 r.ż. jakoś tak to było.

No a ojcu zaczęło świetnie iść, zaczął otwierać stoisko (tzw. "szczęki"), kupiliśmy parę sprzętów, remont w chacie. "Niestety" urodził się brat. Chwilę potem ojciec "ulotnił się", tzn. znów zaczął jeździć w tzw. delegacje. Wymyślił kretyn takie oto wytłumaczenie: haruję na ten dom, i muszę jeździć po hurtowniach. Jak się okazało, miał "kumpli" którzy za grosze odwalali "czarną robotę" (zresztą czasem ja stałem na stoisku za
"kieszonkowe": "tylko nie mów matce"). Ja jako "solidarny" nie mówiłem.

Okazało się później że jeździł po baletach, i do Renatek, Marzenek, Irenek, i agencji, bo te zaczęły chyba koło 90-92 roku powstawać. W końcu się wydało, że ojciec zarabiał nie tyle co przynosił do domu (2-3 "średnie" pensje) ale około 8-10 "średnich". Znów chwila odpoczynku od nałogu panienkowego, kupił samochód, zaczął przynosić prezenty, mi zabawki, bratu zabawki, matce wspólne wypady do restauracji (!), kwiatki, ciuszki. Kupił sobie pan i władca domu "święty spokój". Podobnie zresztą zrobił ze swojego domu i ze swoją żoną jego brat wojskowy, typowy tzw. "trep".

No i w końcu miałem już 18 lat, świetnie mi szło w szkole i poza nią
(żadnych tam używek, "panienek", dużo przyjaciół, kolegów, świetna "forma" sportowa, naukowa że tak powiem) Wszystko było pod kontrolą. Masturbacja to chyba nawet rzadziej niż raz na miesiąc, filmik czasem się obejrzało po 23:00 na niemieckim kanale, zresztą wtedy jeszcze leciało sporo tzw. "softu" także na Polsacie chyba. Za to codziennie rower, bieganie, wysiłek fizyczny, siatkówka, albo piłka, do 23 na dworze, do tego praktycznie byłem już "małym inżynierem". Wymiana koła zajmowała w rowerze mi jakieś 10 minut, montowałem całkiem ciekawe układy, w zasadzie posiadałem już dużo wiedzy z teoretyczną wiedzą z I roku studiów włącznie.

Planowałem ogólnie jakąś szkołę chorążych (radiotechniczna albo przeciwlotnicza) bo wiedziałem że na "cywilne" studia jestem "za tępy" i "nie będzie mnie stać", gdyż ojciec ostatecznie uciekł "w swój świat", przysłał list do matki, że chce zacząć "wszystko od nowa".

Zostałem na parę miesięcy przed maturą z matką bez pracy, bez dochodów, z małymi oszczędnościami, no i z długami.

Na szczęście "zawczasu" udawało mi się jak ojciec był pijany albo spał
"wyciągnąć" mu z kieszeni kilkadziesiąt lub sto tysięcy zł i tak uzbierałem
sobie na parę miesięcy "na przód" na skromne funkcjonowanie. Zresztą człowiek wychowany w biedzie umie tak zorganizować sobie życie za 200, 300, 400 zł, w tym i jedzenie, wszelkie przedmioty potrzebne do życia, nic się u mnie nie marnowało. Niektórzy nazywali to dziwactwem, znosi i znosi tylko do piwnicy.

To później mnie troszkę uratowało. Dodatkowo wpadła jakaś kasa, typu
malowanie, praca wakacyjna, troszkę załatwiano przez szkołę różne możliwości dorobienia. Po maturze matematyka 6, polski 4 (a spodziewałem się ja i moja polonistka 2 i to "przy dobrych wiatrach"), angielski 4 wahałem się, ale jednak postanowiłem zaryzykować. Wychowawczyni chciała żebym szedł na najlepszą polibudę na jaką się da, wojskowe szkoły odpadały (polikwidowali), poszedłem na najbliższą możliwą polibudę (taką "średnią") ale na dość ciężki kierunek.

Bo nigdy nie lubiałem łatwizny, taki ze mnie masochista. Nigdy nie ściągałem w szkole, zawsze mój wewnętrzny rygorysta mówił mi masz tak napisać na ile umiesz. I nawet ta trójka wtedy cieszyła. Zresztą podzieliłem sobie świat szkoły na "cele". Z matematyki musiała być 5 lub 6, fizyka 4 lub 5, z chemii 5, z informatyki min. 4, z geografii, biologii musiała być 5, tak samo przysp. obronne, i WF, no i ZPT. Ulgowo traktowałem sobie j. polski (nie miałem warunków czytać lektur), historię, wos, muzyki, plastyki i tym podobne. Tam z reguły "zwisało" mi to ile miałem. A miałem a to 2, słabe 3, a to 5, czy nawet 6.

Zacząłem być coraz bardziej wymagający wobec siebie, i zaczęło mnie drażnić wszystko. Matka była już wrakiem psychicznym. Dostała alimenty na siebie, na mnie i brata. Później ojciec stwierdził że nie stać go płacić ("załatwił" sobie krętacz jakieś papiery że schorowany a dorabiał zapewne żeby mieć na "dupy" na czarno albo nawet za granicą), sąd okazał się bezradny. Zostaliśmy z alimentami z funduszu. Miałem jakieś 150 zł na miesiąc. Z tym że oddawałem to matce. Ja "żyłem" ze stypendium to było 200-300 zł, zdarzało się że miałem
też naukowe rzędu 90-100 zł. Na początku wystarczało, potem musiałem rezygnować z obiadów, na imprezę jak szedłem to tylko na jedno piwo i "dla relaksu", posiedzieć, pogadać. Zresztą zajęć bywało i 8-10 godzin dziennie, a sesje i zaliczenia odbywały się nawet po nocach.

No akademik jak to akademik, kumple, koleżanki, jakoś specjalnie żyjąc w tym dole psychicznym i finansowym niespecjalnie mnie to zajmowało, owszem oglądało się czasem na necie z kolegami "gołe baby" i "wyścielało się rozkładówkami" pokój, w końcu akademik to w 80% zamieszkały przez niewyżytych panów w wieku 19 do nawet ... 30 lat. Niestety także studentek, koleżanek studentek.

Poszedłem na jedną imprezę, nic nie robię, a tu "panienka" (Kasia) podeszła usiedliśmy pogadaliśmy. Dałem się omotać, może gdyby koledzy byli to bym się nie dał, ale oni gdzieś się ulotnili (z reguły oni się upijali do nieprzytomności, a ja 1-2 piwa, a potem "grzecznie lulu", bo generalnie brzydziłem się tą swobodą studenckiego życia). W zasadzie nie wiem jak to się stało, uległem wdziękom. Nigdy jej już nie spotkałem.

Była impreza na chacie, przyszły znów jakieś koleżanki koleżanek istny
babiniec, dziewczyny były naprawdę fajne, humor, oczytane itd. popiły
troszkę, no i wyszło tańce zabawa i potem w tajemnicy przed światem "ciało rzucone na łoże traci na oporze".

Czułem się podle następnego dnia, dodatkowo zaraz był kolejny ciężki egzamin. W tym czasie była kolejna dziewczyna, zaczęło się od zapukania do drzwi i poproszenia o "męską" pomoc w pokoju. Przyszła w dość mocno prześwitującej "halce".

Kumple oczywiście nie wszyscy (ci co mieli narzeczone a niektórzy nawet żony) szaleli, w zasadzie tryb studiów był tak stresujący ("rycie łba"), że niektórym naprawdę odbijało. Jeden kręcił z pięcioma pannami naraz - zresztą z tego co wiem, to dość szybko "wkopał się" w alimenty, jeden "chodził" z "małolatami" koło 17 lat. Jeden rwał na auto, dosłownie jeden krył drugiego. Taka "solidarność zawodowa" psia mać.

Szczytem wszystkiego było krycie kumpla, który umilał sobie życie z poznanymi w piątek a później w sobotę w barze koleżankami, kiedy w odwiedziny przyjechała z daleka jego przyszła żona.

Moja sytuacja w sumie i tak była już beznadziejna. Nauka mi szła, ale coraz ciężej, coraz większy stres, ciągłe zapalenia oskrzeli i płuc z
niedożywienia, nie było kasy, matka dostała kolejne prezenty od ojca czyli kupę długów do zapłaty (bodaj 8000 zł wszystkiego przy 600 dochodu jej i 500 mojego) trochę dorabiałem handlując niestety kompleksy z lat szczeniackich powróciły. Załamanie kolejne, poszedłem do wojska. Czułem że to ostatnia i jedyna nadzieja.

Nie wiem co dodają tam czy to rzeczywiście brom, ale ustanowiłem tam jeden z "rekordów" czyli ponad 50 dni bez masturbacji, po tych przygodach z dziewczynami było to raz na 2-3 dni a nie jak kiedyś raz na 7-30 dni.

Odzyskałem spokój, "dokarmili mnie". Nauczyłem się ciekawych rzeczy, niestety niektóre z nich wykorzystałem później w złym celu.

Powrót na studia próba walki, ale nie dość że nie miałem kasy, komputer był złomem, i w zasadzie byłem sam jak palec, nikogo nie miałem.

Dotrwałem do piątego roku, ale już na początku wiedziałem że ciężko będzie mi się utrzymać finansowo. Miałem za sobą jeden nie zdany egzamin, odebrali mi na pół roku stypendium tak socjalne jak i naukowe. Żyłem za 5 zł na dzień, bywały "weekendy" spędzone z wodą mineralną za 50 gr i chlebem jako zapychaczem żołądka.

Zrobiłem kolejną złą rzecz, zacząłem handlować alkoholem. Wpadłem na pomysł że przecież można kupować piwa tzw. sikacze, trzymać je w lodówce u kumpla, i potem sprzedawać w akademiku (oficjalnie nie wolno tam spożywać przechowywać i handlować alkoholem ale życie swoje). Kupowałem po 1.80 sprzedawałem za 2.50 potem 3.00 (taryfa nocna). Wielu studentów nie miało lodówki, a sporo było korytarzówek i innych imprez, i niejeden i co gorsza niejedna studentka przyłazili z lenistwa. Ja targałem po 40 kg na sobie w torbach i plecakach z dość odległych sklepów typu dyskont, a że nikomu się nie chciało latać, to sprzedawałem i jakieś grosze wpadały. Na bar mleczny miałem już.

Zresztą w wojsku też znalazłem swoją "niszę". Kupowałem na przepustce np. zupki chińskie po 49 groszy w ilości np. 50, a w jednostce realizowałem "zamówienia" tzw. kotom którzy nie mogli wyjść przez 50-80 dni nie tylko do domu po 1.70 za sztukę, ale nawet na tzw. miasto i już się robiło 60 zł w kieszeni a przy 100 zł żołdu to jakby nie patrzeć spory zastrzyk gotówki.

Niestety, zakochałem się na zabój w dziewczynie która pracowała w kiosku. Co ja mogłem jej zaoferować. Ani auta, ani kasy, co najwyżej umiejętności typu udzielanie korepetycji z rysunku technicznego. Odpuściłem, "i tak mnie nie zechce", "a nawet gdyby to jej rodzice nie będą chcieli takiego wyrzutka".

Załamałem się, w końcu nie dałem rady ze studiami. Psychika siadła, zabrakło mi dosłownie 1300-1500 zł na opłaty za akademik, plus na życie na koniec plus wydruki pracy dyplomowej kwiaty dla promotora marynarka etc. Nie wiedziałem co ze sobą począć. Szczerze mówiąc, zamknąłem się w łazience wziąłem miskę wody, żyletkę i postanowiłem zakończyć tą rozpacz z powodu ciągłej biedy z nędzą i nędzy z biedą podlanej pechem.

Pojechałem do kolegów, którzy kulali się w nędznej robocie, wsiadam do windy w bloku, patrzę jakieś dziewczyny wsiadają. Bez żadnego tam "napalania się". Okazało się że koledzy organizują mini imprezę ja dostałem 4 piwa w zamian za "transport" ... 40 z monopolowego. Niestety, na "baletach" dziewczyna z windy niejaka Dorotka poprosiła mnie do tańca. Często potrafiłem jeszcze w zaprzyjaźnionym klubie jak już pijane towarzystwo się ulatniało oddawać po 20 butelek pozostawionych na zalanych piwem stołach i kasować kaucję za zwrot po 50gr i wpadała kasa na ... obiad. Miałem jak zwykle "się pilnować" tzn. nie upić, trzymać "fason". Niestety strzał tzw. impuls. Taniec, szum, zapach perfum, no i ten czerwony sweterek. Kolejna na koncie.

Potem "kampania wrześniowa" czyli Sylwia, i Ewelina. Krycie się żeby nikt się nie dowiedział. Czułem się coraz bardziej podle, depresja zaczęła się nasilać coraz bardziej. Kolejne miesiące na bezrobociu i bez ubezpieczenia zdrowotnego (!), ale radziłem sobie, kulając się to tu to tam, waletowałem po różnych naprawdę miejscach.

Któregoś dnia poszedłem do Kościoła, tak po prostu odwiedzić to miejsce po "paru" latach, wychodzę, idę na ryneczek, gdzie różni żule sprzedawali klamoty, ale i książki czy płyty winylowe. Płyty po 50 groszy, po złotówkę (widać że handlowali mydłem i powidłem by mieć na nalewkę), Pan Tadeusz za złotówkę, encyklopedie, słowniki, różne całkiem unikalne książki.

Jako urodzony bibliofil (jedyne normalne uzależnienie jakie posiadam) wiedziałem co może przedstawiać wartość. A więc szybko załatwiłem karton i skupowałem książki po 1-5 zł, rzadkie winyle z lat 80-tych głównie, i potem sprzedawałem na allegro. Nie miałem komputera ani internetu, nie stanowiło to dla mnie problemu, dostęp miałem w bibliotece, urzędzie pracy (!), tam załatwiałem transakcje. Np. książka kupiona za 2 zł dała mi 48 zł zarobku, płyta po 2 zł - 18 zł, itd. Sprzedałem nawet kalkulator inżynierski za 350 zł.

Jakoś się skromnie "kulałem". Wpadła mi raz myśl, pójdę sobie na piwo. Kupiłem kebaba, piwo, potem jeszcze dwa, wyskoczyłem na imprezę. "Postanowiłem" że muszę iść w jakieś nowe miejsce, gdzieś z dala od znajomych mi miejsc. Trafiłem do ciekawego klubiku, fajna impreza, usiadłem przy barze, potem poszedłem na taras, znów przy barze, piję trzecie piwko, nagle przysiada się Aga. Była gdzieś ok. 22-23, bliżej 23 pewnie. Konsumpcja nastąpiła o 3 w nocy w toalecie. Szok.

Przez kolejne dni "wyłem psychicznie", co się dzieje na tym świecie. Nic nie robię, nie latam za dziewczynami, nie jestem jak te "dranie" co skaczą z tekstami cześć mała. A na palcach dwóch rąk mogłem policzyć imprezy na których "nie czekała na mnie niespodzianka". I zawsze to samo, jesteś fajny, oczytany, inteligentny, poczucie humoru, itd. Po prostu "byłem sobą". Niczego specjalnego nie robiłem.

Prawdziwe bagno dopiero się zaczynało. Nagle "odkryłem" że daje mi to "bombę" porównywalną chyba z jakąś morfiną, albo amfetaminą co najmniej (zawsze brzydziłem się ćpunami, narkomanią, dopalaczami i całą tą białą śmiercią, a nawet papierosami). Tytuł tej bomby brzmiał "ktoś mnie zechciał".

Poznałem dziewczynę "na parę razy", paliła papierosy. Też zacząłem palić. Jak szybko ją poznałem, tak szybko przeskoczyła na "innego kwiatka", ja zostałem wielbicielem fajek. Na szczęście nie zdążyłem się chyba uzależnić, bo po pół roku rzuciłem.

Postanowiłem się "zemścić". Poznałem Kaśkę, która ... paliła papierosy. 6 rano, trafiona zaliczona. Tak po prawdzie to dałem się znów "złapać" łatwo. Siedziała na ławce pod lokalem z założoną nogą na nodze. Niestety, dla słabego człowieka widok ud, oraz czarnej mini (miałem słabość do brunetek) działa jak "wyzwalacz". W lokalu skłamałem, twierdząc że pracuję w firmie budowlanej, poza tym studiuję zaocznie. Zacząłem dostosowywać teksty do "oczekiwań". To że bujda na resorach to nic, ja muszę. "Najpierw dowód, potem miłość", jak był dowód, to "wszystkie one są takie same".

Wymyśliłem kolejną "metodę". Zrywałem plakat czy afisz który wisiał w lokalu, i zaczynałem "zabawę" znaną z lat szkoły podstawowej, czyli przy okazji poznawania nowych osób (w zasadzie tylko dziewczyn) w nowych lokalach i krótkiej pogawędce szedłem na tzw. spontan czyli "wpiszesz mi się" z tyłu?

Działało w 100 procentach. Atmosfera robiła się coraz "fajniejsza",
dziewczyny zaraz mnie wyciągały, i teraz "najlepsze". Cel główny, czyli ta na której mi zależało, zostawała na koniec, albo w ogóle udawałem że mnie nie interesuje. W końcu kończyło się tak samo. Tak w ciągu 33 dni od 6 grudnia do 9 stycznia doszły do "łupów wojennych" Kaśka, Emilia i Wioletta. Dramat.

Impulsem pt. Emilia była fajna kurteczka, a pt. Wioletta kręcone włoski.

Oczywiście to nie tak, że leciałem na wszystko co się rusza. Miałem raczej dość "sztywne" zasady dotyczące "wymagań", spełniało je jakieś 10 procent dziewczyn, problem w tym, że jak obok buzi, był jeszcze duży dekolt i właśnie taki "dodateczek" typu "odzieżowego", typ chodu, uśmiech, to byłem załatwiony.

Któregoś razu dostałem od jednej z koleżanek maila, że jest impreza. Miałem w ten dzień urodziny, więc "muszę sobie sprawić prezent". Pojechałem kilkadziesiąt km, wracając pociągiem wysiadłem niewyspany, mało co nie wpadłem pod auto. Żeby dopełnić obrazu tego bagna (nie byłem wtedy akurat przy kasie), dodam że wydałem ostatnie 30 zł z portfela, żeby mieć na pociąg i piwo.

Jak byłem przy kasie, to brałem np. 20-30 zł do jednej kieszeni do tzw. puli dla siebie na piwo, a do drugiej np. 50-100 zł do tzw. puli inwestycyjnej na drinki, taxi, kwiatka, zamówienie piosenki.

Poszedłem do normalnej pracy, a że zajmowała mi mnóstwo czasu, nie miałem sił i głowy do imprezowania. Zająłem się znów przesiadywaniem z bibliotece, a nawet nauką angielskiego (!). Potem miałem małe problemy ze zdrowiem, zacząłem się udzielać jako wolontariusz. Nagle zdrowie zaczęło się normować, odłożyłem kasę, kupiłem sobie w końcu po latach oczekiwań prawdziwy komputer (wcześniejszy który złożyłem niemal "ze złomu" sam, służył mi do ... samouctwa komputerowego). Teraz założyłem sobie internet.

Znów bezrobocie, znalazłem pracę ale dość stresującą (tzw. mobbing) a przede wszystkim męczącą głównie nocki wychodziło po 200 h w mies. Po 3-5 nocek z rzędu.

Internet zaczął służyć jako źródło rozrywki. Do tej pory na kompie trzymałem tylko trochę rozkładówek soft typu CKM, Playboy. Teraz zaczęła się pornografia.

Znalazłem sobie - najstraszniejsze jest to, jak łatwo tam trafić, wystarczy tylko kliknąć "Enter" zamiast "Exit" - dwie ulubione "laseczki", z "mojego typu". Ściągnąłem kilkaset filmów, w zasadzie rzadko kiedy się oglądało je całe, czasem wystarczył nawet tylko sam początek, jak laska robi mini-striptiz.

W pracy robiłem zamiany harując nawet 22 h bez przerwy lub 18 na dobę tylko po to, by mieć wolne w sobotę (zdarzało się że musiałem w niedzielę być na 14 w pracy i musiałem oczywiście być trzeźwy).

Potem był schemat, planowanie operacji np. Pustynna Burza, Overlord, kryptonim Magda, przygotowywanie, "ostatnie poprawki", trochę gołych bab "co by sobie podładować się", i "na łowy".

I znów szok. Przychodzę na imprezę a było to po 8 piwach wypitych w domu co by taniej wyszło, siadam sobie koło damskiej torebki, wraca właścicielka na imię miała na pewno na A ale nie zapamiętałem w tym stanie jakie to imię (!) i po półtorej minuty rozmowy dotyczącej ... modeli telefonów komórkowych rzuca się niemal na mnie i "gdzie pójdziemy to zrobić". Ja po prostu nie wierzę że to tylko alkohol, co te "dziewczyny" (chyba ok. 40 lat bo nosiła "okulary do czytania") teraz biorą. A ja oczywiście szybko do kieszeni do puli "na wydatki wojenne" po kasę na piwo. Barmanka nie mogła się powstrzymać chyba ze śmiechu, jak widziała błagalne teksty zdziecinniałej bardziej niż ja panny "no chodź".

W inną sobotę kiedy impreza się kończyła, poszedłem oddać bodaj piąte czy szóste piwo, odwracam się, idę jeszcze zajrzeć może jakaś piosenka poleci, to zatańczę, a tu dziewczyna siedząca samotnie przy stoliku łapie mnie za rękę i mówi do mnie: siadaj. A u mnie znów zamiast obrócić to w żart, to "zasady" się odezwały. "Lepiej być erotomanem niż pedałem". "Panienka podpita panienka zdobyta, dlatego alkohol jest twoim sprzymierzeńcem".

Miałem serię dość bolesnych zabiegów, lekarka powiedziała przed rozpoczęciem w żartach niech pan skoczy sobie na jakąś dyskotekę. Nie wiedziała że skaczę prawie co tydzień. Poszedłem ewidentnie z zamiarem wyrwania panienki i żeby mieć odlotowy bombowy "filmik" o działaniu przeciwbólowym.

Ponadto na gg zacząłem korespondować z Olą, Renatą, Kaśką, Monisią, a przygotowywałem się już do "pogawędek" z kilkoma dziewczynami o różnych nickach, które zaczepiły mnie na maila, były też koleżanki z pracy. Na szczęście umówiłem się tylko z jedną. Po tym jak przyznała się że dwa dni wcześniej miała faceta "z netu" zastanowiłem się nad sobą. Oczywiście były też kilkugodzinne cyber"sesje" wykańczające fizycznie i psychicznie. Wychodziło po 35-40, a nawet raz chyba było 53 h bez snu, licząc 24 h w pracy, plus impreza, i przed komputerem.

W końcu impreza, znów impuls (blondyna z wylewającym się biustem). Krótka rozmowa, wszystko gra (sygnałki kobiece czyli jak ja to nazywałem tzw. "klasyka z poradnika"), no i skończyło się ... na przystanku autobusowym. Potem była jeszcze m.in. Grażyna i Baśka. Były też "operacje" przynoszące straty, jak zgubienie telefonu, zgubienie 50 zł ...

W końcu zrobiłem test na HIV, miałem humorystyczną sytuację, bowiem odmówiłem dziewczynie, powiedziałem zadzwonię jutro, a ta na mnie z łapami że ona chce teraz (!) tak była chyba napalona. Inna sprawa że sam sobie jestem winien, bo postawiłem jej dwa drinki. Numer telefonu wyrzuciłem, tzn. kupiłem nowy z kiosku.

Poznałem emerytowanego wojskowego, zobaczyłem na czym polega ten nałóg. Jaki to kamuflaż, a ja jako absolwent szkoły podoficerskiej rezerwy (sporo było zajęć z kodowania, szyfrowania i różnych "tajników") się też potrafiłem kryć. Facet w swoim telefonie tak ukrywał przed żoną kochanki: Renata była zapisana w kontraktach jako Rysiek, a Halina jako Heniek. Hotel do którego z nimi jeździł zaznaczył jako praca kadry. Mówię to żeby pokazać jacy potrafią być faceci, ku przestrodze. Która z żon nawet przeszukując telefon, kontakty wpadnie na pomysł by dzwonić "do kolegi Heńka", albo do "kadrowej do pracy"?

Skończyłem 33 lata, tzw. wiek Chrystusowy. Coś mnie tknęło, żeby zrobić porządki przedświąteczne. Za szafą znalazłem zakurzony totalnie przez 10-15 lat (?) obraz komunijny w ramce. Wytarłem szmatką, ukazała mi się czysta "szybka", i poczułem chęć spowiedzi. Pierwszej od dwóch lat, ale pierwszej uczciwej. Idąc na spowiedź czułem straszne lęki, jakby naokoło latało mnóstwo czarnych "ptaków", "stworzeń". Bałem się jak małe dziecko, że coś mi się stanie, i nie dotrę na spowiedź. W końcu udało się, wyszedłem z Kościoła, i okazało się, że lęki minęły.

Poszedłem do sklepu po zakupy, akurat wyszedł tego dnia CKM (datę wyjścia znałem oczywiście z poprzedniego numeru). I co się stało? Po raz pierwszy od długiego czasu nie kupiłem.

Włączyłem sobie w domu spokojną muzykę, sprzątnąłem pokój. Jeszcze miałem parę upadków pornograficznych (ściągnąłem jeden film), ale wkrótce wyrzuciłem całe to bagno z komputera.

Dwa tygodnie bez masturbacji, i coraz lepszy nastrój. Zacząłem chodzić na mszę co niedzielę. W Wielkanoc znów się wyspowiadałem z ostatniej "dawki" nałogu, i wkrótce przystąpiłem do Komunii po raz pierwszy od ponad dwóch lat. Najgorsze zawsze było na spowiedzi krycie grzechów szóstego przykazania. A tak po prawdzie to dopiero czytając na nowo Pismo Święte i modlitewnik komunijny zobaczyłem ogrom zniszczeń, jak posiadanie Bożka przyjemności, kłamstwo, "małe kłamstewka", wyzywanie podczas kłótni po co żeś mnie urodziła, złorzeczenie ojcu (akurat za "słaby" jestem żeby się za niego modlić), myśli samobójcze, planowanie samobójstwa, niezdrowy tryb życia, przeszkadzanie w modlitwie, gniew, nerwy (jak nie było "bomby") itd.

A tyle razy udało mi się ocalić od śmierci (cztery traumatyczne sytuacje wypadkowe podczas podróży i w wojsku). W ogóle jak doczytałem i z doświadczenia widzę że ludzie z PTSD kończą jako alkoholicy, erotomani, lekomani, hazardziści itp.

Wiem że wszystkie te moje "cudowne" ocalenia to fakt tego, że Bóg był zawsze przy mnie. Tylko ja od Niego odeszłem kiedyś, zresztą moi rodzice od 25 albo i więcej lat nie odwiedzili Kościoła, i chyba już nie odwiedzą. Bóg miał dość bagna, jakie się działo w tej rodzinie, i dał mi szansę, pokazując że jest silniejszy niż szatan. Że nawet kogoś, kto idzie coraz bardziej i coraz szybciej w bardzo złym kierunku, cały czas kocha, i czeka by się nawrócił.

Niestety ogrom bagna jest straszny, i nie ma tak dobrze, że już wszystko "będzie fajnie". Walka trwa, nikt nie mówił że życie Chrześcijanina jest łatwe. Mam teraz swojego kierownika duchowego, bardzo fajnego księdza. Poznałem w ogóle ciekawe towarzystwo, trochę inteligentnych ludzi, i mam grupę z którą mogę porozmawiać na każde tematy. Nagle się okazało, że "są jednak porządne kobiety". Inna sprawa, że ja teraz powinienem zamiast dostawać tą swoją nędzną wypłatę, harować za chleb i suchą wodę, a resztę przeznaczać na dom dla samotnych matek.

Modlitwa codzienna, msza co niedzielę, no i Różaniec. To najlepsza broń. A byłem taki słaby, zresztą znamienne jest to, że jedna z panien po imprezie rzuciła mi się niemal przy samym kościele całując i szepcząc "kocham cię". A ja uwierzyłem, potem oczywiście łapiąc doła na kolejne tygodnie. To kocham cię mówił po prostu szatan do swojego "poddanego".

"Szatan stara się usidlić kobietę, by przez nią dotrzeć do mężczyzny, tak jak Ewa skłoniła Adama, by popełnił grzech. Kobieta jest tutaj postrzegana jako narzędzie, poprzez które można uwodzić mężczyznę i doprowadzić go do grzechu, by odsunął się od Boga, by stał się ateistą. Wbrew pozorom, najważniejszą rzeczą dla szatana nie jest opętanie człowieka, lecz działanie mające na celu doprowadzenie człowieka do upadku, do grzechu. Kolejnym powodem częstszego opętania kobiet jest to, że szatan chce się zemścić na Maryi, jego wielkiej przeciwniczce".

A ja już od lipca bez kobiet, imprez, dyskotek, od lutego bez syfu z internetu, coraz rzadsze (raz na kilkanaście dni) masturbacja i piwo. I coraz mniej nerwowy.

Przeczytałam, wszystko... szok i jeszcze raz szok. Nie potrafię nawet znaleźć odpowiednich słów by skomentować Twoje życie,które opisałeś.Twoja historia wywołała u mnie morze emocji,a mój mały mózg z ledwością to ogarnia. Jedyne co na koniec mogę napisać to Szczerze Gratuluję Ci miejsca w którym teraz się znajdujesz i tego że żyjesz.

263

Odp: Seksoholizm

Drogi Marku,

sporo minelo czasu od zamieszczenia przez Ciebie wpisu i przyznaniu sie do tak ciezkiego uzaleznienia. Jestem kobieta, zraniona i strasznie skrzywdzona przez faceta takiego jak Ty.
Powiedz mi prosze, czy po tylu latach zmienilo sie Twoje zycie, czy skonczyles z tym raz na zawsze.
Jeszcze jedna kwestia, ktora tak strasznie mnie dreczy. Moj facet za nic w swiecie nie potrafi sie do tego przyznac, zarzuca mi, ze to moje wymysly. Czemu tak ciezko przyznac Wam sie do prawdy? Jaka przyczyna lezy w Was, ze tak bardzo krzywdzicie nas kobiety? Na jakich portalach najczesciej siedzicie, jakiego typu kobiet szukacie?

Posty [ 229 do 263 z 263 ]

Strony Poprzednia 1 5 6 7

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018