To już prawie dwa miesiące jak wyprowadziłam męża z domu.
W sumie od 2 miesięcy nie wytrzeźwiałam.
Nie wiem co jest prawdą, a co nią nie jest.
Jestem juz tak strasznie zmęczona.
Złe sny budzą w mojej głowie demony.
Mam prawie 40 lat, 7 lat związku, 5 lat po ślubie. Nie mam dzieci, byłam raz w ciąży, ale poroniłam.
Jestem samodzielna, noszę spódnicę i spodnie, sama utrzymywałam dom i dawałam sobie radę ze wszystkimi problemami, swoimi i nie swoimi.
Czy byłam idealną żoną? Nie.. Daleką od ideału. Ale zawsze starałam się być szczera. W myśl zasady "lepsza najgorsza prawda, niż najpiękniejsze kłamstwo". Tego nauczyłam się już w dzieciństwie, nigdy nie wychodziło mi kłamanie.
Mój mąż pierwszy raz okłamał mnie jeszcze przed ślubem. Ale każdy z nas jest tylko człowiekiem i może popełniać błędy, można wybaczyć, jeśli wyciąga się wnioski ze swoich błędów. Potem jeszcze pare razy. Dodam, że chodzi mi o kłamstwa dotyczące innych kobiet, ale nigdy nie miałam fizycznych dowodów, no chyba, że sms o treści "kocham cię" wysłany do niego (podobno przez byłą partnerkę, która nie mogła o nim zapomnieć)
2 miesiące temu znalazłam zdjęcie kobiety w samej bieliźnie. Na początku próbował zmyślać, ale jak powiedziłam, że i tak wiem, przyznał się. Mówi, że nigdy mnie nie zdradził fizycznie, że jej tylko pomagał (meble, kotek do weterynarza itp.), a w biliźnie była, bo ona tak chodzi po domu, gdy jest jest gorąco (wiem jak to brzmi i to jest właśnie problem). Tylko dlaczego ja myślałam, że on wtedy jest w pracy albo realizuje swoje hobby.
Nie zrobiłam awantury, po prostu go spakowałam...
Od jakiś 2-3 lat zaczełam budować swój kokon. Tak jak teraz myślę, to chyba stało się wtedy jak powiedział, że mnie się wstydzi, bo kiedyś to robiłam tyle innych rzeczy, mógł się mną pochwalić... Tylko że wtedy byłam młodsza, wolna, próbowałam wielu rzeczy w życiu. Przyszła szara rzeczywistość, praca, dom, problemy z którymi i tak zawsze zostawałam sama.
Zawsze starałam się zaspokajać jego potrzeby, bo kochałam, był dla mnie ważniejszy niż ja sama. W zamian oczekiwałam tylko tego, by mnie kochał.
Nie wiem jak mam to Wam opisać, może tak:
Mój mąż:
1. jak sie wyprowadzał powiedział tylko "Przemyśl sobie co robisz"
2. jakiś tydzień poźniej "Ok, zrozumiałem, już mnie ukarałaś, czy mogę wrócić do domu"
3. później: "Tylko Ciebie kocham"
4. poźniej: "Daj mi drugą szansę"
5. poźniej: "Wiem, że nie rozumiałem czym jest małżeństwo. Zmieniłem sie, teraz będzie inaczej."
Ja:
1. "O Boże, dlaczego mi to znowu zrobiłeś"
2. "To nie kara, nie wyobrażam sobie żyć z kimś komu zupełnie nie ufam"
3. "Nie wierze, nie umiem już wierzyć"
4. "Jaką k*wa drugą szanse? Dlaczego to, że płakałam, cierpiałam, jak wychodziły poprzednie sprawy, nie były dla Ciebie szansą? Bo wybaczałam?"
5. "Nie wiem, nie wiem, nie wiem"
To tylko hasła, ale obrazują mniej więcej nasze długie rozmowy, "fazy" jakie przeszłam.
A teraz.. teraz to bym chciała uciec.. w nicość..
Wiem, że on nie jest złym człowiekiem. Ale boję się. Cokolwiek teraz nie zrobie, to będzie źle.. JAk go widzę to prawie mu wierze, ale jak go nie ma to zawstydza mnie moja głupota, że mogę w to wierzyć.
Jak zostanę sama, to nie wiem jak poradzę sobie z samotnością. Nie chodzi mi o materialne sprawy, tylko emocjonalnie.
Jak wróci, to zwariuję, dostanę paranoi, będę widziała wszędzie tą wypiętą d*pę. Stanę się osobą jaką nigdy bym nie chciała być, podejrzliwą, w ciągłym zagrożeniu.
Jakoś nie mogę uwierzyć, że można sie tak szybko zmienić..
Jakoś nie mogę uwierzyć już w nic...
Jestem już tak strasznie zmęczona...