Minęło już trochę czasu od operacji i coraz częściej dochodzę do wniosku, że paradoksalnie to właśnie choroba nauczyła mnie żyć.
Kiedy lekarze powiedzieli mi, że prawdopodobnie zostało mi kilka lat życia, świat po prostu się zatrzymał. Nagle przestały mieć znaczenie wszystkie głupoty, którymi wcześniej się przejmowałam. Nie myślałam już o pieniądzach, nowych rzeczach, o tym co ktoś o mnie pomyśli czy czyjeś głupie komentarze w internecie.
Liczyło się tylko jedno. Przeżyć kolejny dzień.
Pamiętam, że wtedy bardzo często budziłam się rano i przez kilka sekund było normalnie. Dopiero po chwili wracała świadomość, że jestem ciężko chora. To było okropne uczucie.
Najgorsza była chyba bezsilność.
Człowiek całe życie planuje przyszłość. Myśli o studiach, pracy, biznesie, podróżach, a nagle lekarz jednym zdaniem potrafi sprawić, że cała przyszłość przestaje istnieć.
Dopiero wtedy zrozumiałam, jak kruche jest życie.
Kiedy później okazało się, że jednak nie mam przerzutów, a drugi guz był osobnym nowotworem i wszystko udało się usunąć operacyjnie, miałam wrażenie, jakbym dostała drugie życie.
Od tamtej pory inaczej patrzę na wiele rzeczy.
Już nie odkładam wszystkiego na później.
Jeżeli chcę nauczyć się malować – to zaczynam.
Jeżeli chcę spróbować witarianizmu albo bardziej zadbać o zdrowie – to po prostu próbuję.
Jeżeli fascynuje mnie Japonia, minimalizm albo nauki św. Hildegardy – czytam o nich bez zastanawiania się, czy ktoś uzna to za dziwne.
Coraz mniej obchodzi mnie opinia ludzi.
Zaczęłam też bardziej rozumieć osoby przewlekle chore. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli ktoś wygląda dobrze, to pewnie jest zdrowy. Dzisiaj wiem, że można się uśmiechać, a jednocześnie przeżywać największy dramat swojego życia.
Mam też zupełnie inne podejście do zdrowia.
Kiedyś zdrowie było dla mnie czymś oczywistym. Dzisiaj wiem, że jest największym majątkiem, jaki można mieć.
Nie twierdzę, że już nigdy nie zachoruję. Wiem, że przede mną jeszcze badania kontrolne i pewnie jeszcze długo będę się stresowała przed każdą wizytą. Myślę, że każdy, kto usłyszał kiedyś słowo "nowotwór", już zawsze będzie miał z tyłu głowy pewien lęk.
Ale nie chcę, żeby ten lęk kierował moim życiem.
Paradoksalnie to właśnie choroba nauczyła mnie wdzięczności.
Za zwykły spacer.
Za możliwość zjedzenia śniadania.
Za spokojny sen.
Za rozmowę z córką.
Za to, że mogę planować przyszłość.
Kiedyś wydawało mi się, że szczęście to wielkie rzeczy.
Dzisiaj wiem, że szczęściem jest zwykły, spokojny dzień.
I chyba właśnie tego nauczył mnie rak.