Na wstępie zaznaczę, że nie jestem osobą chorobliwie zazdrosną o znajome mojego narzeczonego — naprawdę. Bardziej chodzi mi o samą sytuację i moje odczucia, bo coś mi tu zwyczajnie nie gra.
Wczoraj byłam świadkiem jego rozmowy telefonicznej z koleżanką jeszcze z czasów szkolnych, z którą — jak sam mówił — od lat nie miał kontaktu. I żeby było jasne: nie podsłuchiwałam specjalnie. Po prostu byłam obok, robiłam swoje i siłą rzeczy słyszałam część tej rozmowy.
Rozmawiali głównie o dawnych czasach, wspominali szkołę, różne sytuacje. Później on sam jeszcze trochę mi o niej opowiadał — i właśnie to sprawiło, że zaczęłam się nad tym wszystkim zastanawiać.
Z jego opowieści wynika, że ta dziewczyna w czasach szkolnych była… delikatnie mówiąc bardzo problematyczna. Wagary, pyskówki do nauczycieli, bójki, wyzwiska, dokuczanie innym, niszczenie mienia, ucieczki z lekcji. Podobno nawet przyniosła kiedyś alkohol do szkoły i kombinowała z ocenami w dzienniku. Ogólnie typ osoby, o której wiedziała cała szkoła i z którą były ciągłe problemy.
Dodam jeszcze, że oni początkowo w ogóle nie chodzili razem do klasy — mój narzeczony był w klasie B, a ona w D. I tak naprawdę w szkole nie mieli większego kontaktu aż do momentu, kiedy w IV klasie, na początku drugiego semestru po feriach, przyszła do nich na lekcję dyrektorka razem z pedagogiem i oznajmiły, że od tego momentu ona będzie chodzić z nimi do klasy. Jak się można domyślić — nikt nie był zachwycony takim „prezentem”, bo każdy wiedział, z kim ma do czynienia.
Z ciekawości zapytałam go, jak to wyglądało w jego przypadku — czy też miał z nią jakieś nieprzyjemne sytuacje. I tu zrobiło się dla mnie trochę… dziwnie.
Powiedział, że wobec niego była raczej łagodna. Nie byli jakimiś bliskimi znajomymi, ale znali się trochę poza szkołą — chodzili razem na basen i angielski, więc miała do niego inne podejście niż do reszty. Później trafili razem do jednej klasy w gimnazjum. Twierdzi, że wtedy już trochę się uspokoiła, ale nadal była trudnym charakterem.
Po szkole ich drogi się rozeszły i kontakt się urwał — aż do teraz.
No i właśnie ta wczorajsza rozmowa… Z jednej strony zwykłe wspominki, ale momentami miałam wrażenie, że ton był dość swobodny, trochę zbyt „luźny”. On żartował do niej tekstami typu:
„ile ty razy byłaś na dywaniku u dyrektora?” albo „ile masz teraz ofiar na sumieniu?”, a ona się z tego śmiała i odpowiadała w podobnym stylu. Dopytywał ją czy nie miała po drodze żadnych konfliktów z prawem, jak tam mu odpowiedziała że nie, to tam powiedział do niej "niemożliwe, jakim cudem ?" No generalnie jak widać po latach żartowali sobie z tego, że ona sobie rozrabiała i sprawiała problemy.
Niby nic konkretnego, żadnego flirtu nie było — i chcę to jasno zaznaczyć: nie chodzi mi o zazdrość czy podejrzenia o jakieś romansowanie. Bardziej chodzi mi o coś innego.
Po prostu nie podobają mi się znajomości z osobami, które miały aż tak trudne charaktery i sprawiały poważne problemy. Dla mnie to są ludzie, którzy często wnoszą chaos, konflikty albo negatywne emocje do życia innych — i raczej takich relacji się unika, a nie do nich wraca po latach.
Tym bardziej, że ta rozmowa momentami wyglądała tak, jakby oni chcieli odbudować kontakt, może nawet jakąś bliższą relację. I szczerze mówiąc — trochę tego nie rozumiem. Jak można mieć aż tyle swobody i luzu w rozmowie z kimś, kto kiedyś był aż tak problematyczny?
Nie zrobiłam z tego awantury, ale temat gdzieś mi siedzi z tyłu głowy. Nie wiem, czy powinnam to po prostu olać jako niewinną rozmowę po latach, czy jednak zwrócić uwagę i dopytać głębiej.
Dodam jeszcze, że z tego co mówił, ona niby się ustatkowała — wyszła za mąż, ma pracę, normalne życie. Mimo to jakoś nie daje mi spokoju tego typu znajomość.
Co o tym myślicie? Przewrażliwienie z mojej strony, czy jednak coś, czemu warto się przyjrzeć?