No i witam ponownie w nowym roku
Co się u mnie działo przez ostatnie sześć miesięcy zapytacie (tak wiem, że macie to gdzieś, ale jakoś muszę zacząć)
No więc skoro wracam do tematu sprzed pół roku, to łatwo się domyślić, że Was wszystkich okłamałem. Was i siebie.
Po teatralnym rozstaniu, nie pamiętam już którym, jasne że się zeszliśmy, no bo teraz wszystko się zmieni, wszystko będzie inaczej...
Oczywiście nie zmieniło się zupełnie nic, a wręcz jest jeszcze gorzej niż było. Jej były nadal jest centralną postacią życia wszystkich dookoła
w tym mojego naturalnie, a żeby było weselej, to niedawno się dowiedziałem z Jej ust zresztą, że jeszcze rok temu rozważała powrót.
Do niego, no a jakże. Po chwili się chyba zreflektowała, że rok temu to już była ze mną, więc szybciutko dodała, że to jednak było dwa lata temu.
Kiedy by to nie było, to słyszałem chyba milion razy jak on ją traktował i jak bardzo go nienawidzi, no ale może się przesłyszałem, nie wiem.
Wiem za to, że ja Jej nie imponuję. Nie motywuję Jej do działania i w ogóle jestem słaby w sensie nienadający się na faceta do związku.
Najbardziej dokucza Jej fakt, że nie mam stałej pracy i leżę. To jest powód dla którego nie możemy ze sobą mieszkać, nie możemy ze sobą sypiać,
bo nie wiem czy wiecie, ale zaraz minie półtora roku jak jesteśmy razem, a ja jeszcze ani razu u Niej "oficjalnie" nie nocowałem.
Oficjalnie czyli w czasie, kiedy dzieci są w mieszkaniu i mogłyby zobaczyć, że wujek śpi z mamą. A propos śpi z mamą, to już nawet seksu nie ma.
Od jakiegoś czasu, kilku miesięcy, seks mógłby w ogóle dla Niej nie istnieć, ostatni raz kochaliśmy się chyba z miesiąc temu. Nie żartuję
Na początku naszej znajomości twierdziła, że jest seksualnym potworem, mogliśmy to robić bez przerwy, a teraz jak do mnie przychodzi, to o 22 już śpi.
Dodam że widujemy się jedynie w weekendy, bo w tygodniu ja pracuję za granicą i poza FB nie mamy ze sobą kontaktu, no i tak to wygląda.
A więc nasz uwaga ZWIĄZEK już nawet nie przypomina "chodzenia" nastolatków, tylko sam nie wiem jak to nazwać. Parodia? Żenada? Farsa? Jakieś inne propozycje?
Jak to ostatnio mi napisała, ja Jej nie motywuję w tym związku, bo nic nie robię, nie planuję i się nie angażuję. Nie pomagam Jej z niczym itp.
Od poniedziałku do piątku tyram jak wół na budowie, zarabiam miesięcznie 3-4 polskie średnie krajowe, stać mnie na to, żeby tydzień czy dwa sobie poleżeć,
tym bardziej że jak Jej od pół roku tłumaczę, moja praca nie polega na siedzeniu w biurze, tylko jak trzeba to jadę, a jak nie trzeba to siedzę w domu.
No to wtedy się dowiaduję, że no właśnie, siedzisz w domu, a nic mi nie pomagasz, mógłbyś coś dla mnie zrobić, dzieci przypilnować chociażby...
Oczywiście, że bym mógł, ale nie będę tego robił, bo nie zasłużyła. Niby czym na przykład? 1,2 roku w związku i co ja z niego mam?
Jedziemy na ferie w góry i jeszcze przed wyjazdem jest ustalone, że nasze dzieci, Jej i moje, śpią w jednym pokoju, a ja i Ona w drugim.
Już pierwszej nocy się okazuje, że jednak Ona będzie spała z dziećmi, a ja będę spał sam. W osobnym pokoju. Przysięgam, nie kłamię.
Pół roku później jedziemy na wakacje, rezerwuję największy domek w ośrodku, żeby dzieci miały swoje sypialnie, a my swoją,
oczywiście już na etapie rezerwacji informuję Ją o tym, że nie będzie tak jak w górach, oczywiście Ona mi obiecuje, że tak nie będzie.
Oczywiście po raz nie wiem już który robi ze mnie idiotę i jak tylko dzieci kładą się do swoich łóżek, Ona już jest na górze. Ja na dole. Sam.
Według Niej ja jęczę i ulewam, mając jakieś głupie pretensje o takie zachowanie, no bo co takiego mi się stało. No nic się nie stało, gdzie tam.
Tak samo nic się nie stało kiedy dwa miesiące później zbliżała się nasza pierwsza rocznica. Pół roku wcześniej na naszą półrocznicę
zarezerwowałem stolik w naszej ulubionej restauracji, nakupowałem świeczek z których ułożyłem napis na stole i umówiłem się z kelnerkami,
że o tej i o tej godzinie te świeczki zapalą, a sala ma być pusta. Tylko ja i Ona. Nie muszę chyba dodawać ile za to wszystko musiałem zabulić, ale to szczegół.
Jak wypadła nasza półrocznica? Moja ukochana umówiła się ze swoją koleżanką z pracy, że właśnie tego dnia (piątek, jedyny dzień tygodnia, gdy możemy być sami)
pójdą sobie na basen, bo są takie ćwiczenia, że stoi zanurzony w wodzie rower i się na nim pedałuje... No i poszła. Fajnie, co? Poczekajcie 
Nie powiedziałem ani słowa, Ona do dzisiaj nie wie, co wtedy przygotowałem, jak się czułem idąc to wszystko odwołać i później siedząc w domu sam jak palant.
Nauczony tym doświadczeniem poszedłem po rozum do głowy (ha ha, jak dzisiaj o tym pomyślę...) i w naszą rocznicę uprzedziłem Ją wcześniej o swoich zamiarach,
a zamiarem moim był romantyczny weekend dla dwojga w luksusowym apartamencie nad morzem, a co
Wszystko było umówione, ustalone, cieszyłem się jak cholera,
tylko jeszcze została rezerwacja miejsc, czym już Ona miała się zająć, a ja pojechałem do Niemiec na cały tydzień do roboty. Dzień w dzień, rano i wieczorem,
dopytywałem czy wszystko załatwiła i nie będzie żadnych niespodzianek, których ja nienawidzę, a Ona uwielbia mi je robić, najlepiej w ostatniej chwili.
- Tak tak kochanie, dzisiaj nie miałam kiedy się tym zająć, ale jutro wszystko załatwię, nic się nie martw. Pracuj sobie spokojnie i do zobaczenia w piątek.
W końcu nadchodzi długo wyczekiwany piątek, ostatni dzień roboty, za 15 godzin będę już w domu w Polsce, zabiorę moją ukochaną... no jednak nie zabiorę.
Przecież oczywiście że nie załatwiła tej rezerwacji. No ku*wa! Ale dlaczego? A bo tak jakoś... wiesz, to tyle pieniędzy trzeba zapłacić... i po co...
Czy ktoś jest w stanie chociaż sobie wyobrazić co wtedy czułem? Nie sądzę. A nawet jestem tego pewien. No to teraz się trzymajcie,
bo będzie wyjaśnienie zagadki, dlaczego z naszego rocznicowego weekendu nad morzem nic nie wyszło i co było tego prawdziwym powodem.
Otóż jak się jakiś czas później dowiedziałem, bo niestety nie jestem skończonym debilem i zwykle dość dobrze mi idzie kojarzenie faktów,
powodem dla którego nie pojechaliśmy do tego hotelu była wizyta w naszym mieście celebryty, niejakiego Michała Piróga i to wielkiej rangi wydarzenie
przyćmiło jakąś tam gównianą pierwszą rocznicę, bo moja ukochana uznała, że musi dopilnować, aby Pan Michał Piróg Celebryta zrobił sobie zdjęcie
z 12 letnią córką mojej partnerki, która to córka zwyczajowo w weekendy jest pod opieką taty, który bez problemu mógł się sam tym wszystkim zająć.
No i tak to właśnie po raz kolejny zostałem wystawiony do wiatru, naszczano mi w gębę mówiąc, że to tylko jesienny deszczyk pada i że coś chyba przesadzam
Minęły następne dwa miesiące i mamy grudzień. Choinka, Święta, wiadomo. Ponieważ ja akurat mam do świąt stosunek obojętny raczej,
to też Jej od razu powiedziałem, że nie musi się specjalnie wysilać pod moim kątem i może się wylajtować. Pełen luz i zero napinki.
Spotkamy się w Wigilię po kolacjach u naszych rodziców, posiedzimy wszyscy razem, dzieciaki wyciągną spod choinki prezenty, będzie fajnie, wesoło i miło.
Nie naciskałem na jakieś zaproszenia i chodzenie do rodziców, nawet nie poruszałem tego tematu, ale Wigilię chciałem spędzić z Nią i z naszymi dziećmi.
No i dobra, umówiliśmy się na ok. 20:00 Ja pojechałem do mojej mamy, Ona poszła do swojej i po kolacji mieliśmy się zdzwonić co i jak robimy.
O godzinie 19:45 mówię do mojej mamy, że idziemy jeszcze do (tu pada imię wiadomo kogo) a do mojego syna mówię, żeby się zbierał, bo już wychodzimy.
Mama pakuje mi w siatki pudełka z jedzeniem jak to mama, młody nie może nogą do buta trafić z podniecenia, że jedziemy teraz tam (wiadomo gdzie)
ja dzwonię w przedpokoju do mojej królewny, żeby Jej powiedzieć, że już się ubieramy i zaraz wychodzimy, a w słuchawce słyszę...
- Eeee, co? A nieeee, bo wiesz, bo my jeszcze posiedzimy. No. A co tam?
Nie wiem jaką miałem w tym momencie minę, ale musiałem mieć taką, że mój syn od razu spuścił głowę, a moja mama nawet się nie odezwała.
Cała reszta towarzystwa odwróciła od razu wzrok w stronę telewizora i nikt nawet nie drgnął. Pożegnałem się grzecznie i wyszedłem. Koniec.
Nie wiem czy jest sens w ogóle dodawać, że według Niej ja przesadzam i robię z niczego problemy, bo co się niby takiego stało wielkiego.
Byliśmy akurat na wycieczce moim samochodem. Gdyby nie to, że nie miała czym wrócić do domu, to bym Ją tam zostawił w cholerę.
Ona czasami jak coś palnie, to ja się zastanawiam czy to oznacza już kompletny brak szacunku czy może chorobę psychiczną, bo serio ciężko mi odróżnić.
O drobniejszych sprawach tutaj nie wspominam, bo bym musiał dodatkowe trzy strony drobnym maczkiem zapisać, a kto by to wytrzymał,
zrywamy ze sobą średnio co dwa tygodnie, bo co chwilę czymś mnie musi wyprowadzić z równowagi. Twierdzi że to ja bez powodu się obrażam.
I to moje obrażanie się jest strasznie ciężkie dla Niej. Oczywiście po dwóch dniach nieodzywania się godzimy, bo już nas do siebie ciągnie.
Ale minie tydzień i musi coś wymyślić, musi odstawić kolejny numer, po którym dostanę białej gorączki. Znaczy że się obrażę. A to nie jest obraza.
To jest nie wiem, bezradność. Jestem wielkim i silnym facetem, umiem w ryj dać i mam własne zdanie. Ale wobec Niej no jestem ku*wa po prostu bezradny.
Wiem że jestem frajerem. Wiem że Ona to wszystko wkrótce przeczyta. Bo znowu się rozstaliśmy. Bo znowu mam dość Jej i mam dość robienia za Jej podnóżek.
Nie potrzebuję uświadamiania, bo ja to wszystko wiem. I świadomie godzę się na takie traktowanie licząc na to, że z czasem może kiedyś...
Ale to kiedyś nie nadchodzi, a wręcz przeciwnie, tylko się oddala coraz bardziej. Już słyszę teksty o tym jak to ja Jej nie imponuję. To sprzed trzech dni.
Nie motywuję Jej do działania. Jakiego działania to do dzisiaj nie udało mi się ustalić. Ja Jej tylko tłumaczę, że dopóki Ona jest taka dla mnie,
to ja nie widzę ani jednego powodu, żeby się angażować przesadnie w taką relację, bo jak to ma działać tylko w jedną stronę, to mam na to wywalone.
Wczoraj Jej zaproponowałem mały eksperyment, który miał polegać na tym, że wieczorem nie pójdę do siebie, tylko zostanę już u Niej na noc (pierwszy raz)
a rano przy śniadaniu omówimy plan dnia, między innymi sprawy którymi mógłbym się zająć, bo ten tydzień też mam jeszcze wolny i nie ma sprawy, chętnie pomogę.
Cały dzień główkowała, aż w końcu wymyśliła, że no ale po co ja muszę u Niej spać, przecież w tym domu jest tak ciasno, a ja jeszcze chcę Jej siebie dokładać,
poza tym może powinienem przemyśleć opcję taką, że najpierw ja się wykażę, wszystkim zajmę, wszystko porobię, tu pomogę i tam załatwię co będzie trzeba,
a jak już Ona zobaczy, to wtedy Ona przemyśli czy już nadszedł czas na moje u Niej nocowanie. No przecież jak to usłyszałem plus wykuty na blachę zestaw tekstów
o tym jak to Ona nie czuje się bezpiecznie, bo ja nie pracuję na etacie za najniższą krajową, tylko Ona nie wie co ja robię, kiedy robię i czy w ogóle robię,
to wstałem i wyszedłem, bo już nawet mi się dyskutować na ten temat z Nią nie chce, bo jak tylko słyszę słowo "praca" to mi od razu ręce opadają.
Ciągłe wysłuchiwanie o tym, że nie ma we mnie oparcia i brakuje Jej poczucia bezpieczeństwa. WTF? I to jest na wszystko odpowiedź.
Jakiś czas temu, gdzieś na jesieni, ni z gruszki ni z pietruszki powrócił temat wspólnego zamieszkania. Co zdziwiło mnie szalenie,
gdyż ja ten temat zarzuciłem już dawno i w ogóle do niego nie nawiązywałem od ostatniego razu, kiedy to zostałem wyśmiany, no to teraz Ona zaczęła.
Myślę sobie no fajnie, może w końcu coś się ruszyło w tej mózgownicy. Na początek zaproponowałem jedyny rozsądny moim zdaniem układ,
że pierwsze wspólne mieszkanie wynajmiemy i powiedzmy przez rok spróbujemy się nie pozabijać, a po roku zdecydujemy co robimy dalej.
W takim układzie nikt nie ryzykuje, nikt nie musi inwestować, nikt nie zostanie wywalony na kasę, każdy może w każdej chwili wrócić do siebie.
Ku mojemu ciężkiemu zdziwieniu Ona się zgodziła, ale... ale w tak zwanym międzyczasie wynalazła gdzieś jakiś dom do kupienia,
pojechaliśmy zobaczyć, okazało się że ten dom to dziura w ziemi, gdzie nawet fundamentów jeszcze nie ma, no ale Ona już go chce, kupujemy.
- Czekaj czekaj, chwila moment, co kupujemy, jak kupujemy, to jest ponad ćwierć miliona w gotówce, a my nawet ze sobą nie śpimy, bo nie chcesz,
nie przemieszkaliśmy jednego tygodnia razem, nie mamy pojęcia jak to w ogóle będzie i co, jak Ty to sobie wyobrażasz, że jak kupujemy?
Może w tym miejscu nadmienię, że mam za sobą ośmioletnie małżeństwo w które lekko licząc zainwestowałem podobną sumę pieniędzy,
po czym jak już chałupę wyrychtowałem i firmę rozkręciłem (wszystko na żonę, ale za moją kasę) zostałem poproszony o opuszczenie mieszkania
a moje miejsce zajął jakiś bezrobotny przybłęda z wiochy zabitej dechami, bo żona właśnie uznała, że już nie chce ze mną być
i wystawiła mi za drzwi reklamówkę z ciuchami na zmianę. Teraz ja jestem wszędzie tym najgorszym co ją w życiu spotkało,
a nowy żigolak gołodupiec co na gotowe sobie przyszedł, to jest cytuję "bohater który uratował jej rodzinę" cokolwiek miało to znaczyć.
I tłumaczę tej mojej obecnej, że chyba bym musiał postradać wszystkie rozumy (albo mówiąc po mojemu z chu*em na łby się pozamieniać)
żeby teraz kolejnej dom kupić i z niego wylecieć, zostawiając wszystko drugiemu, co sobie przyjdzie rozwali się na fotelu i będzie mi rodzinę ratował.
Nie ma takiej opcji, wolę sobie jaja tępym nożem własnoręcznie uciąć niż ostatnie pieniądze jakie mam, wpakować w kolejny "biznes życia" i zostać na lodzie.
Problem polega na tym, że ja nie mam stacjonarnej pracy na umowę i tym samym nie posiadam obecnie żadnej zdolności kredytowej, gotówki takiej również nie posiadam,
co w praktyce oznacza kupno domu na kredyt, a umowa kredytowa musiałaby być na Nią, ja bym był tylko bankomatem z którego się wyciąga kasę na ratę
i w każdej dosłownie chwili mogę dostać kopa za drzwi, bo pracując na czarno za granicą, nie mam nawet potwierdzenia, że miałem w tym czasie jakikolwiek dochód.
I tłumaczę dorosłej kobiecie, że w życiu, zapomnij, kocham Cię ponad wszystko i zrobię dla Ciebie wszystko, ale nie dam się wyrolować jak kretyn.
No i wtedy się zaczęło... Znowu nie ma we mnie oparcia żadnego, poczucia bezpieczeństwa nie ma, Ona w tym związku zgasła...
Poczekałem aż się trochę uspokoi i wróciłem do tematu wynajęcia jakiegoś mieszkania, żeby się chociaż przekonać czy my w ogóle jesteśmy w stanie
razem mieszkać i prowadzić normalne życie, ale co bym tylko jakieś ciekawe ogłoszenie znalazł, to albo lokalizacja niedobra, albo kolor ścian nie taki,
albo to Ona sama nie wie co jest nie tak, aż w końcu jak już zbiłem każdy Jej argument, to się wtedy okazało... że ja Ją zmuszam. Zmuszam i dlaczego ja to robię,
że przecież ja nawet pracy normalnej nie mam, a chcę rodzinę zakładać, kiedy Ona nie ma poczucia bezpieczeństwa, a ja nic, tylko Ją zmuszam ciągle. Acha, no i leżę.
Przedstawiłem Wam tutaj tylko krótki wycinek, taki szkic i zarys sytuacji w naszym związku (tak wiem, mnie też rozśmiesza nazywanie tym tego)
i chciałbym spróbować przeprowadzić kolejny eksperyment, a mianowicie poprosić Was drodzy forumowicze o przedstawienie własnych opinii,
ale słowami, które skierowalibyście do Niej, nie do mnie. Ja wiem że to wszystko wygląda beznadziejnie i rozumiem, że nie tak to powinno wyglądać,
ale nie potrafię przebić się do Niej i Jej tego wytłumaczyć, że ludzie w związkach tak nie funkcjonują i że to nie ja przesadzam wyszukując problemy.
Możecie to dla mnie zrobić? To jest inteligentna dziewczyna i dorosła kobieta. W tym roku kończy 40 lat. Bardzo Ją kocham i pragnę z Nią być.
Ale być naprawdę, a nie robić z siebie błazna i żebrać o okruszki z pańskiego stołu. Jak Jej przemówić do rozumu? Ma ktoś jakiś pomysł?
Nie chcę robić Jej przykrości, stawiać Jej w niekorzystnym świetle czy w niezręcznej sytuacji. Chcę tylko tego, żeby ktoś dla nas całkowicie obcy
napisał kilka słów o tym jak on to widzi. Jak to wszystko wygląda z zewnątrz dla postronnego obserwatora. Może jeszcze się ocknie, nie wiem...
Dodam, że my praktycznie wcale się nie kłócimy. Oboje mamy świetny kontakt se swoimi dziećmi, ja z Jej dwójką, a Ona z moim chłopakiem.
Nie ma u nas klasycznej nudy. Że siedzimy jak kołki jedno u drugiego, gapimy się w sufit i ciężko wzdychamy, bo kiedy on pójdzie.
U nas czegoś takiego nie ma. Jedyne co nas różni, to to, że Ona się zablokowała i nie chce się ruszyć nawet pół kroku do przodu.
Przypomnę, że zaraz minie 1,5 roku naszej znajomości, a Ona cały czas się zachowuje jakby to było 1,5 miesiąca i ani drgnie.
Oczywiście coś tam sobie gada, że kiedyś w przyszłośći, ale to jest tylko gadanie, bo jak już przychodzi słowa w czyn zmienić,
to jest od razu blokada i zaczynają się gadki o tej mojej pracy. Nie mogę u niej przenocować, bo ta moja praca Ją martwi, co Ona dzieciom powie...
Podejrzewam, a nawet jestem niemal pewien, że za tym wszystkim stoi ten Jej były facet, ojciec dzieci, który cały czas siedzi Jej w głowie
i to nie moja praca jest powodem, dla którego musimy zachowywać się jak nastolatki, tylko to właśnie on jest tego powodem, a dokładnie Jej obawy o to
jak pewne fakty czy zdarzenia zostaną przez niego przyjęte, jaka będzie jego reakcja i jaki to będzie miało wpływ ... na ich ewentualny powrót do siebie?
Bo dzieci coś usłyszą albo zobaczą i tatusiowi powiedzą, a wtedy jemu zrobi się przykro i tak nie można? Może to być powodem takiego Jej stosunku do mnie?
Ja dopiero niedawno naszą córeczkę (tak nazywam Jej córkę, my nie mamy wspólnych dzieci) musiałem uświadomić, że jestem nowym facetem ich mamy,
a nie tylko bliżej nieokreślonym znajomym, wujkiem od jeżdżenia na wycieczki w niedzielę i na pizzę czy do kina. Po roku czasu 12 letnie dziecko nie wie kto ja jestem.
Serio ktoś tutaj podobnie uważa, że ja jęczę i ulewam, szukam problemów gdzie ich nie ma i się obrażam jak dziecko, kiedy wkurwiony do czerwoności wyłączam telefon?
Pomijając rzeczy drobne jak naprawienie łóżka albo drzwi w Jej domu czy podjechanie z Jej samochodem do mechanika, coś wnieść wynieść i takie tam normalne duperele,
to już przy grubszych tematach i prośbach odmawiam, tym bardziej kiedy są to pomysły pod tytułem zawieziesz moją mamę na lotnisko w sobotę. Łat?! Że co zrobię?
Po pierwsze niby dlaczego miałbym to robić, skoro nikt dla mnie nie robi nic, a wszystkie moje prośby są olewane sikiem prostym?
Po drugie niby dlaczego miałbym to robić, skoro nie jestem ani twoim mężem, ani narzeczonym, ani w sumie nawet nie wiem kim ja w ogóle jestem? Kolegą?
Po trzecie niby dlaczego miałbym to robić, skoro masz własny samochód i możesz sama mamę na lotnisko zawieźć, tym bardziej że sobota to jest mój jedyny wolny dzień,
kiedy mogę odpocząć po tygodniu ciężkiej pracy, a na lotnisko się jedzie 5 godzin w obie strony, plus do tego postoje i czekanie, to cała sobota w plecy,
a przecież od dawna wszystkim wiadomo, że w soboty zabieram dzieciaka do siebie na weekend i oczywiście że wolę ten czas spędzać z nim, a nie w samochodzie.
Po czwarte dzisiaj wszyscy na lotniska jeżdżą wygodnymi busami, które odbierają spod domu i wiozą pod same schody do samolotu, to co Ty mi znowu zajęcia wymyślasz?
A po piąte ja od roku czasu pytam i do dzisiaj w zasadzie nie wiem - co ja będę z tego miał, że coś dla Ciebie albo Twojej mamy zrobię? Nic? No to pa, czego nie rozumiesz.
Pewnie że gdybym chciał, to bym wsiadł w ten samochód i pojechał, ale tego nie zrobię specjalnie właśnie dlatego, żeby jej pokazać jak to działa.
Ty robisz coś dla mnie, ja coś robię dla Ciebie. Ty masz moje potrzeby w dupie, ja mam w dupie Twoje. To jest przecież takie proste, że już prościej się nie da.
No to teraz następuje foch oraz dąs i odwracanie kota ogonem, że ja nic dla Niej nie robię i już nigdy o nic mnie nie poprosi.
Po czym nie mijają nawet dwa dni jak już gdzieś tam znowu mam jechać, coś przywieźć, kogoś zawieźć, coś tam innego zrobić.
I robię...
P.S.
O co chodzi z ta moją pracą, której Ona ciągle się czepia, robiąc z niej arument ostateczny, kończący każdą rozmowę na dowolny temat.
Po tym jak mnie moja żona wyczyściła do suchej nitki z ostaniej złotówki i wypędziła ze swojego domu w ciemną noc, zostałem z reklamówką moich rzeczy
oraz potwornymi długami u rodziny i znajomych, które musiałem jakoś spłacić, a że jedynym sposobem była sprzedaż ostatniej rzeczy jaka mi została,
a więc mojego własnego mieszkania, to tak oto szybko stałem się jeszcze bezdomnym do kompletu. No nie w sensie dosłownym , bo mieszkam w wynajętym,
ale własnego nic nie mam i tutaj pojawia się rzecz następująca. Ja mogę robić wszystko, ja tam pracy się nie boję, ale jak ja słyszę "1.800 na początek"
to mi się nie chce nawet dalej gadać, bo ja nie mam o czym. 1.800 to mi ledwo wystarczy na opłacenie mieszkania i alimenty dla byłej żony. A dalej co?
Nie ma opcji, żebym poszedł do takiej pracy, bo albo bym musiał zamieszkać pod mostem, albo bym musiał przestać jeść, żeby jakoś dociągnąć do pierwszego.
Tłumaczę to temu mojemu skarbowi do upadłego, a Ona dalej swoje, no bo ale, no bo ale, no bo każdy facet ma jakąś pracę, tylko ty jeden...
- Co ja jeden? No proszę słucham, co ja jeden? Jak mam do wyboru pracować legalnie w Polsce za "1.800 na początek" i pracować nielegalnie w Niemczech za 5 razy tyle,
to podaj mi choć jeden powód, dla którego miałbym wybrać to pierwsze. Zwłaszcza że w tygodniu czasu dla mnie nia masz, bo jesteś bez przerwy czymś zajęta albo zmęczona,
a na hasło zamieszkajmy razem występuje Ci piana na ustach. To po co się pytam i w jakim celu ja mam tu siedzieć i tyrać przez miesiąc za tyle co tam w tydzień zarobię?
- Ale co to za praca. Dwa dni robisz, tydzień leżysz. Dwa tygodnie robisz, miesiąc leżysz. Wszyscy mogą mieć normalną pracę, tylko ten nie może, bo on leżeć musi.
Oczywiście że przesadza, bo proporcje robienia i leżenia są dokładnie odwrotne, a poza tym, jak już Jej tysiąc razy tłumaczyłem, to nie ode mnie zależy,
kiedy ja do pracy pojadę, a kiedy będę leżał. Te kwestie regulują zapisy w umowach, które podpisują ludzie, których nazwisk ja nawet nie znam.
Nikt do mnie nie dzwoni i się nie pyta czy w tym tygodniu leżę czy może miałbym ochotę trochę popracować. Dzwonią do mnie dopiero wtedy jak trzeba jechać i robić.
Ona nie rozumie, że jak jest nas dwóch i zewrzemy poślady, to potrafimy w dwa i pół tygodnia wykonać robotę czterech ludzi, którzy robią to samo przez cztery tygodnie,
więc logicznym jest chyba to, że jak wyprzedzamy założony w umowach plan niemal dwukrotnie, to będą powstawać przestoje w robocie, a ja zamiast w hotelu będę siedział w domu.
Do Niej to nie dociera, że ja leżę, bo zrobiłem co miałem do zrobienia i czekam teraz na kolejny telefon, a nie że leżę dlatego bo mi się wstać i jechać nie chce.
Na nic moje tłumaczenia, że co to Ciebie boli dziewczyno że ja leżę, skoro od Ciebie nic przecież nie chcę. Nie proszę o pieniądze, nie wyżeram Ci z lodówki.
Nie mam zamiaru przypominać ile razy płaciłem za nas w restauracji czy w sklepie, bo to nie jest w moim stylu, ale skoro na to wszystko wyciągam kasę z własnej kieszeni,
to po raz dwieście tysięczny osiemset trzydziesty zapytam - co to Ciebie boli? No i sobie leżę. Tak już od świąt leżę. A może zapytasz kiedyś dlaczego tyle leżę?
Bo może cały ostatni miesiąc flaki sobie pruliśmy, żeby do końca roku zamknąć trzy kontrakty, wziąć za nie kasę i właśnie sobie teraz leżeć? Mogło tak być? No pomyśl.
A że nikt się tego nie spodziewał i nowych zleceń póki co dla nas nie ma, to sobie leżę dalej. I co w tym złego? Komu jakaś krzywda z tego powodu się dzieje, że ja leżę?
Jak w deszczu wichurze i mrozie stoję na oblodzonym na dachu i wciągam na linie ponadludzkie ciężary, żeby tych euro do Polski przywieźć, to nikt tego nie widzi jakoś,
ale jak tylko się położę, żeby rozpieprzone kolano albo kręgosłup trochę podleczyć (nie mam już 25 lat, helloł?) to od razu gromy na mnie spadają, no bo jak tak można leżeć.
A weź sobie wnieś 120 kilogramową szybę na 3 piętro po schodach, zamontuj w dziurze na wysokości 2 metrów i idź po następną i tak przez cały tydzień po 10 godzin dziennie,
to się wtedy dowiesz jak można tak leżeć. Tym bardziej że leżącego, to Ty mnie widujesz tylko w nocy jak śpimy czasem u mnie, bo kiedyś Ty widziała, żebym ja w dzień leżał...
Przecież wiesz czym się zajmuję i na czym moja praca polega, widziałaś zdjęcia, że tam nie ma mientkiej gry i to nie jest robota dla małych dziewczynek.
Czy kiedykolwiek choć raz przez ten czas jak tam jeżdżę słyszałaś, żebym jęczał bo mi ciężko? Czy choć raz słyszałaś, żebym płakał bo nie chcę już tam jechać?