Jak sobie poradzić... - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Jak sobie poradzić...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 9 ]

1 Ostatnio edytowany przez IsaBella77 (2019-02-14 22:04:27)

Temat: Jak sobie poradzić...

Może od początku, jestem z moim alkoholikiem od 1,5 roku, półtorej roku walki która wydaje mi się w tym momencie przegrywam, on przez pierwsz 10 msc nie ruszał wódki, zdarzało mu się sięgnąć po piwo, wino ale tak w kontrolowanych ilościach, wydawało mi się wszystko idzie w dobra strona aż tu nagle bach, wszystko ładnie pięknie l, ogarniamy dom przed przyjazdem jego rodziny nagle on wychodzi i się zaczęło... 2 dni picia przychodzenia do domu spania, awantur o nic, i wyrzutów ze to moja wina bo nie pozwalam mu iść do ludzi (czytaj kolegów od flaszki) bo o wyjściu gdziekolwiek czysto moich znajomych czy do knajpy na obiad nie ma mowy, wrócił było jak dawniej ja najważniejsza, wszystko super cacy... po 2,5 msc-3msc bach kolejny zgrzyt o byle co znowu picie przez dwa dni, wrócił do domu przepraszał obiecywał ze to się więcej nie powtórzy a ja zaślepiona wierzyłam, gdzie już nawet jego matka mnie ostrzegała ( a sama miała ojca i męża alkoholika) ze to się prędzej czy później powtórzy bo skoro już raz sięgnął po wódkę tak będzie w kółko, znowu wyrzuty ze jest mną zmęczony, ze ludzie się z niego śmieją, ze to wszystko to moja wina i mam wulgaryzm z jego życia, po dwóch dniach znowu powrót przebaczyłam, ale już wtedy chyba zauważył ze zawsze może iść do matki bo ona mu nie będzie truła ze pije, zreszta sama mu to powiedziała, a co mnie bardzo zabolało bo poczułam ze tracę grunt pod nogami, ze byłam tylko potrzebna żeby go wyciągnąć z problemów i długów za grzywny groziło mu wiezienie, grzywny oczywiście za eskapady po alkoholu, minęły dwa tygodnie od wtedy on siedzi u matki i pije z ojcem i z kumplami, pierwszy raz nie wrócił na noc a ja nie wiem czy jest sens żeby to dalej ciągnąć, bardzo go kocham i staram się go chronić może faktycznie za bardzo i przez to on pije dalej, ale już nie mam siły, mam wrażenie ze ja chce dla niego normalności bardziej niż on sam, a przy tym cholernie się boje ze sama sobie nie poradzę, nie wiem co mam robić z jednej strony cholernie chce mu pomoc i chce żeby on wrócił a z drugiej czuje ze to mnie niszczy od środka l, ten strach kiedy wychodzę do pracy czy znowu jak wrócę z byle powodu nie będzie afery i pretekstu żeby iść pic...nie wiem co mam robić

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Jak sobie poradzić...

Jak nie wiesz co masz robić, jak świadomie się w taki związek wplatalas to czego chcesz ?

Sama to sobie wybrałaś, sama to sobie dalej wybierasz

Nie nikt ci.nie poda złotego przepisu na to jak zmienić faceta bo to niemożliwe. Inaczej każdy związek byłby idealny.

3

Odp: Jak sobie poradzić...
ja86 napisał/a:

Jak nie wiesz co masz robić, jak świadomie się w taki związek wplatalas to czego chcesz ?

Sama to sobie wybrałaś, sama to sobie dalej wybierasz

Nie nikt ci.nie poda złotego przepisu na to jak zmienić faceta bo to niemożliwe. Inaczej każdy związek byłby idealny.

Może i świadomie ale tak to jest jak ma się syndrom matki Teresy, jak ja to mówię, człowiek dalej się udzi ze da się za kogoś naprawić jego sytuacje a najgorsze ze ta mądrzejsza strona mózgu podpowiada ze to nie możliwe...

4 Ostatnio edytowany przez prudencja (2019-02-14 22:19:52)

Odp: Jak sobie poradzić...
paula2411 napisał/a:

Może od początku, jestem z moim alkoholikiem od 1,5 roku, półtorej roku walki która wydaje mi się w tym momencie przegrywam, on przez pierwsz 10 msc nie ruszał wódki, zdarzało mu się sięgnąć po piwo, wino ale tak w kontrolowanych ilościach, wydawało mi się wszystko idzie w dobra strona aż tu nagle bach, wszystko ładnie pięknie l, ogarniamy dom przed przyjazdem jego rodziny nagle on wychodzi i się zaczęło... 2 dni picia przychodzenia do domu spania, awantur o nic, i wyrzutów ze to moja wina bo nie pozwalam mu iść do ludzi (czytaj kolegów od flaszki) bo o wyjściu gdziekolwiek czysto moich znajomych czy do knajpy na obiad nie ma mowy, wrócił było jak dawniej ja najważniejsza, wszystko super cacy... po 2,5 msc-3msc bach kolejny zgrzyt o byle co znowu picie przez dwa dni, wrócił do domu przepraszał obiecywał ze to się więcej nie powtórzy a ja zaślepiona wierzyłam, gdzie już nawet jego matka mnie ostrzegała ( a sama miała ojca i męża alkoholika) ze to się prędzej czy później powtórzy bo skoro już raz sięgnął po wódkę tak będzie w kółko, znowu wyrzuty ze jest mną zmęczony, ze ludzie się z niego śmieją, ze to wszystko to moja wina i mam wulgaryzm z jego życia, po dwóch dniach znowu powrót przebaczyłam, ale już wtedy chyba zauważył ze zawsze może iść do matki bo ona mu nie będzie truła ze pije, zreszta sama mu to powiedziała, a co mnie bardzo zabolało bo poczułam ze tracę grunt pod nogami, ze byłam tylko potrzebna żeby go wyciągnąć z problemów i długów za grzywny groziło mu wiezienie, grzywny oczywiście za eskapady po alkoholu, minęły dwa tygodnie od wtedy on siedzi u matki i pije z ojcem i z kumplami, pierwszy raz nie wrócił na noc a ja nie wiem czy jest sens żeby to dalej ciągnąć, bardzo go kocham i staram się go chronić może faktycznie za bardzo i przez to on pije dalej, ale już nie mam siły, mam wrażenie ze ja chce dla niego normalności bardziej niż on sam, a przy tym cholernie się boje ze sama sobie nie poradzę, nie wiem co mam robić z jednej strony cholernie chce mu pomoc i chce żeby on wrócił a z drugiej czuje ze to mnie niszczy od środka l, ten strach kiedy wychodzę do pracy czy znowu jak wrócę z byle powodu nie będzie afery i pretekstu żeby iść pic...nie wiem co mam robić

trąci mi to jakimś "kochaniem za bardzo".
on nie chce Twojej pomocy i jej nie potrzebuje. alkoholik musi chcieć się wyleczyć sam.
póki co 1,5 roku związku = 1,5 roku walki. odpowiedz sobie sama na pytanie, czy chcesz tak przez kolejne lata. no chyba, że masz jakąś chorą misję. to wtedy terapia. dla Ciebie.

5

Odp: Jak sobie poradzić...

Autorko, przeczytaj swój post, potem drugi raz i zastanów się, co byś poradziła osobie która go napisała ?
Jeżeli jesteś masochistką, walcz i męcz się dalej, jeśli masz instynkt samozachowawczy, zerwij póki Twoje zdrowie psychiczne jest jeszcze dobre. Za kolejne 1.5 roku będziesz sama współuzależniona i wymagająca leczenia.

6

Odp: Jak sobie poradzić...

Wiec czego chcesz od tego forum ? Gdyby dało się zmienić człowieka w sposób prosty to by to forum nie istniało. 99% problemów kobiet w związku polega na tym, ze myslały, ze uda im/wam się jego zmienić.

Jedyna pomoc jaka tu dostaniesz poza próbą wbicia do łba, ze takie a nawet z biegiem czasu jeszcze gorsze życie ciebie czeka to "dobre rady" innych wierzących w "blogoslawiona przemianę wielkiej miłości od kwiatka i czułych slowek" które nic nie zmienią

7

Odp: Jak sobie poradzić...

Idź na terapię dla współuzależnionych. Zrozumieć co Tobą naprawdę kieruje. Kolejne wybaczanie i nie pozwalanie aby pijak odczuł boleśnie skutki picia w najlepszym przypadku nie zmienia jego sytuacji. Czemu tak zareagowałaś na  zachowanie jego matki że ona mu nie będzie truła o picie? Uważasz że suszeniem mu głowy mu pomagasz ? Pomagasz tym tylko sobie bo wyładujesz emocje. Lubisz się stawiać w roli tej co daje szansę ? Może to nie wyższe uczucia sprawiają że tak postępujesz ale zwyczajny strach ? Strach przed byciem samą / byciem postrzeganą jako ta co odeszła?

8

Odp: Jak sobie poradzić...

Czemu pomagam... dobre pytanie ja chyba tez mam niezle naj...bane w głowie, z jednej strony wiem ze on mnie radzi kocha, zreszta ja jego tez i chyba dlatego mi tak ciężko postawić na swoim, z drugiej dokładnie wiem ze na sile go nie zmienię i za niego nie przestane pic, ja nie pije prawie w ogóle i może tez dlatego mi jest ciężko zrozumieć dlaczego człowiek ma z tym problem, dwa jakos sobie nie wyobrażam zostawić człowieka którego się kocha samemu sobie chociaż wiem ze czasem tak trZeba żeby sam zrozumiał co stracił, mimo iż on ma 33 lata jestem jego pierwsza kobieta, i alurat wcale nie dla tego ze wcześniej nie miał okazji..., a czemu tak zareagowałam na słowa jego matki... nic sobie nie wyobrażam jak można patrzeć biernie jak ktoś się zapija, aczykolwiel wasze słowa sały mi trochę do myślenia i chyba pora poukładać sobie pewne sprawy samemu w głowie, i nieco spuścić z tonu i dać człowiekowi samemu szanse zrozumieć co jest dla niego priorytetem

9

Odp: Jak sobie poradzić...

no to masz problem. ze sobą


Dlaczego niektóre kobiety kochają za bardzo?

Piekło w raju

Czy miłość między dwojgiem ludzi, najpiękniejsze uczucie na świecie, może być czymś negatywnym? Kochać za bardzo oznacza w istocie uzależnienie od drugiej osoby; taki stan nazywany jest też miłością nałogową lub obsesyjną.

Według Pii Mellody, to relacja między dwiema osobami, polegająca na wywoływaniu intensywnych obsesyjno-przymusowych przeżyć. Bliższe są one omotaniu niż zdrowej poufałości („Toksyczna miłość”, 2005 r.).

Według Elżbiety Święcickiej-Macavoy, obsesyjna miłość jest zaburzeniem emocjonalnym, polegającym na poszukiwaniu w swoich związkach elementów odrzucenia. Obłęd na punkcie wybranego polega na tym, że staje się on zbawieniem, a odrzucając partnerkę – powoduje jeszcze większe przywiązanie z jej strony („Miłosna obsesja”, 1994 r.).

Według Robin Norwood, gdy partner okazuje się obojętny lub nieprzystępny, druga strona nie umie się z nim pożegnać, a potrzeba miłości, tęsknota za nią, wreszcie – sama miłość, staje się nałogiem. Osoba kochająca za bardzo jest przyzwyczajona do cech i zachowań negatywnych partnera i czuje się z nimi lepiej („Kobiety, które kochają za bardzo”, 1992 r.).
Skąd się to bierze

Susan Forward twierdzi, że obsesyjna miłość jest jednym ze sposobów, za pomocą których próbujemy zaspokoić naturalną potrzebę kochania i bycia kochanym, tym się jednak wyróżnia, że gdy w grę zaczyna wchodzić odrzucenie, w miejsce zdrowego bólu pojawia się panika; sprawia ona, iż potrzeba przywrócenia stanu poprzedniego staje się nie do zaspokojenia („Toksyczne namiętności”, 1997 r.).

Zatem – jak widać choćby z liczby publikacji – syndrom kochania za bardzo musi być powszechnym zjawiskiem. Jego ofiary nie potrafią tworzyć szczęśliwych związków, choć niczego bardziej nie pragną.

Wszyscy badacze miłości obsesyjnej – mimo inaczej rozłożonych akcentów w definicji tego zjawiska – zgadzają się, że głównym jego motorem jest nieumiejętność nawiązania satysfakcjonującej relacji emocjonalnej z samym sobą.

Zaobserwowano, że kobiety kochające za bardzo jako dzieci były albo bardzo samotne i odizolowane od innych, albo odrzucone. W atmosferze pozbawionej poczucia bezpieczeństwa rozwinął się w nich przemożny instynkt kierowania ludźmi i sytuacjami. Im więcej doznały kiedyś cierpień, tym bardziej pragną je odtworzyć w nadziei, że wreszcie nad nimi zapanują i spełnią niezaspokojone potrzeby z dzieciństwa. Kochają za bardzo, ponieważ chcą przezwyciężyć swoje dawne lęki, zawody, cierpienia i napady bezsilnej złości, które noszą w sobie przez całe dorosłe życie.

Powodem, dla którego taka kobieta tworzy związek z mężczyzną, jest pozbycie się paraliżującego lęku przed samotnością. W dzieciństwie nie czuła się wystarczająco kochana, a zabiegając o miłość rodziców przyjmowała na siebie obowiązki nieadekwatne do jej wieku. Jej rodzice prawdopodobnie nie byli szczęśliwi i przenieśli na nią swój egzystencjalny ból. Czasem bywa jeszcze gorzej – trauma z dzieciństwa jest bardzo poważna, gdy dziewczynka była bita, molestowana seksualnie, doświadczała upokorzeń. Olbrzymi głód miłości – jak jej się wydaje – może zaspokoić jedynie związek z mężczyzną, ale tylko taki, w którym odczuje całkowite zespolenie z partnerem. Tylko wtedy ma ona pewność, że nie zostanie opuszczona. Całkowite zespolenie z partnerem oznacza rezygnację z samodzielności. Kobieta kochająca za bardzo składa tę ofiarę na ołtarzu miłości. Wymaga jej także od partnera. Ale im bardziej osoby pozostające w związku potrzebują siebie nawzajem, tym bardziej rośnie ich wzajemne uzależnienie. Uzależniona od mężczyzny kobieta staje się coraz słabsza, coraz mniej zdolna do samodzielnego życia, a przez to jej lęk przed samotnością się pogłębia.
Jak to postępuje

Partner, na którym kobiecie zależy, zazwyczaj nie zachowuje się i nie czuje się tak, jak by ona sobie tego życzyła. Więc ona zaczyna się miotać w poszukiwaniu sposobów na zmianę jego zachowania lub nastroju. Liczy, że jeżeli uda jej się zapanować nad partnerem, zdoła także zapanować nad własnymi uczuciami. Próbując przeobrażać – knuje, manipuluje, a gdy ponosi klęskę – ogarnia ją złość, zniechęcenie i depresja. Próby odmienienia innego człowieka zawsze powodują frustrację i przygnębienie, bo zwykle nie mamy wpływu na uczucia i myśli drugiej osoby; walka z góry jest przegrana.

Marzenia kobiety o tym, jak powinno być, i jej wysiłki, by do tego doprowadzić, wypaczają jej ogląd rzeczywistości. Każde rozczarowanie, klęska, zdrada są albo lekceważone, albo rozumowo odsuwane: on nie miał złych intencji.

W czasie kiedy mężczyzna zawodzi i rozczarowuje, ona coraz bardziej uzależnia się od niego, ponieważ jest coraz bardziej skupiona na nim, na jego problemach, pomyślności, a przede wszystkim na jego stosunku do niej. Powoli mężczyzna staje się jedynym źródłem wszelkiego dobra, jakie może jej dać życie. Ona starając się mu przypodobać, staje się równocześnie czujnym strażnikiem jego dobrego samopoczucia. Popadłszy w rozpacz, wywołaną – według jej opinii – zwykłymi przeciwnościami i drobnymi nieporozumieniami, zaczyna odczuwać gorącą potrzebę omówienia tego wszystkiego z partnerem. Następują długie dyskusje prowadzące donikąd. Sytuacja pogarsza się z każdym dniem. On staje się barometrem, radarem, probierzem jej uczuć. Ona dokłada starań, żeby jako para robili wrażenie szczęśliwszych, niż są w rzeczywistości. Ukrywając prawdę przed światem, ukrywa ją zarazem sama przed sobą. Niezdolna do zaakceptowania faktu, że jest on taki, jaki jest, stwierdza, że straciła kontrolę nie tylko nad nim, ale i nad sobą. Nie może przestać walczyć, robić wymówek, przypochlebiać się, błagać. Traci do siebie szacunek. Jest w końcu niezdolna do oceny swoich decyzji i oceny życia, które prowadzi.

Negacja (nie dostrzegam jego wad, mam do niego pozytywny stosunek) i panowanie (zmieniam go, pracuję nad nim) nie ulepszają związku z drugim człowiekiem. Przeciwieństwem tej postawy jest akceptacja, czyli gotowość przyjęcia rzeczywistości taką, jaka ona jest. Szczęście człowieka płynie nie z manipulowania zewnętrznymi warunkami czy ludźmi, lecz z wewnętrznego spokoju, nawet w obliczu zagrożeń i trudności. Im bardziej uzależniamy się od czegoś/kogoś, tym większe mamy poczucie winy, tym mocniej się wstydzimy, boimy i nienawidzimy siebie. Czujemy się okropnie, chcemy więc dzięki czemuś/komuś poczuć się lepiej. Nie potrafimy kochać same siebie, potrzebujemy więc mężczyzny, by nas przekonał, iż warte jesteśmy miłości. Wykorzystujemy związek tak samo, jak wykorzystujemy narkotyk: żeby uciec przed bólem.
Jak się z tego wychodzi

Kobieta, która uświadomiła sobie uzależnienie od mężczyzny, zrobiła już pierwszy krok. Potem czeka ją praca – trudna, ponieważ raz po raz dopadać ją będą wątpliwości. To, co kobieta, która kocha za bardzo, przeżywa po rozstaniu z mężczyzną, to typowe cierpienia alkoholika po odstawieniu alkoholu. Cierpi, bo spotkał się sam ze sobą, wszelkimi nieprzepracowanymi traumami, bezskutecznym poszukiwaniem sensu życia, ze swoimi smutkami i niezaspokojonymi potrzebami. I jeśli wszedł już na drogę wyzdrowienia, wie, że musi sobie z tym poradzić, bo lekarstwo, którego dotychczas używał, jest trucizną. W chwilach słabości jednak, gdy ból bywa nie do zniesienia, przypomina sobie, jak mu było dobrze, gdy alkohol krążył w żyłach, i zadaje sobie pytanie – co zyskałem odstawiając go? Przedtem miewałem przynajmniej chwile szczęścia, teraz nie mam nawet tego. I wielu znów wpada w nałóg. Tak bywa z kochającą za bardzo.

Jeśli kobieta jest wystarczająco silna, zapala jej się lampka ostrzegawcza: przypomina sobie, jaką cenę płaciła za chwile szczęścia i z jakiego powodu podjęła decyzję o rozstaniu. Aby z tej drogi do wyzdrowienia nie zejść, wraca do swojej pustki i próbuje ją zapełnić. Często wtedy pojawia się w jej życiu alkohol, bujne życie towarzyskie, a także egzotyczne podróże, przelotne romanse. I choć nie czuje się w takim stanie szczęśliwa, wierzy, że kluczem do szczęścia jest zapełnianie pustki.

Gdy widzi osoby, które sprawiają wrażenie, że beztrosko cieszą się życiem, ogarniają ją wątpliwości, czy będzie jeszcze kiedyś tak potrafiła? Jej się wydaje, że wegetuje. Ogarnia ją wtedy złość na siebie, na swoją słabość. I ta złość jest motorem. Brnie dalej.

Przy wychodzeniu z każdego nałogu, także z nałogu kochania za bardzo, najczęściej potrzebna jest pomoc. Mało która kobieta daje sobie z tym radę sama. Tej pomocy trzeba poszukać – u psychoterapeuty, w grupach wsparcia, w lekturze książek. Całą swoją energię, którą do tej pory kobieta wkładała w związek i w swojego mężczyznę, powinna skoncentrować na wyzdrowieniu. Zdrowiejąc, odzyskuje do siebie szacunek, zaczyna cieszyć się życiem. Uczy się też miłości do mężczyzny, ale takiej, która nie uzależnia, a daje satysfakcję i stymuluje do osobistego rozwoju każdego z partnerów. Wyzbywając się marzeń o wielkiej, romantycznej miłości, znajduje tę prawdziwą i dojrzałą. Ona nie zapewnia niebiańskich rozkoszy, ale za to uwalnia od piekielnych męczarni.

Artykuł pochodzi z Tomu 4. Poradnika Psychologicznego Ja My Oni: „Jak sobie radzie z emocjami”. Został opublikowany 24 lutego 2010 r.


Opętani przez kochanka-nalogowca
Na najpotężniejsze demony wybawcy natrafiają wówczas, gdy starają się uratować partnera-alkoholika lub narkomana. Nie da się przezwyciężyć fizycznego nałogu samą miłością, bez względu na to, jak bardzo kochanka czy kochanek troszczy o partnera, rozumie go, łaja czy błaga. Bez silnego zaangażowania osobistego samego nałogowca wszelkie starania o jego uratowanie są skazane na niepowodzenie. Natomiast często przyczyniają się do pogłębienia problemu, gdyż łagodzą konsekwencje zachowań wynikających z nałogu. Obsesorzy, którzy kochają osoby pozostające we władzy jakiegoś nałogu, mają tendencję do popadania w szczególnie pogmatwane związki. Dramatyczną tego ilustracją jest opowieść Kirka.
Kirk, programista w dużej firmie komputerowej, jest trzydzie-stoośmioletnim alkoholikiem wychodzącym z nałogu. Skierował go do mnie jego sponsor AA,1 podzielając obawy Kirka, że jego kochanka, Loretta, wciągnie go z powrotem w poprzedni styl życia. Kirk był zaangażowany w obsesyjny, burzliwy związek z owładniętą przez nałóg alkoholowy i narkotykowy Lorettą, która nie miała ochoty niczego zmieniać w swym autodestrukcyjnym postępowaniu.
Loretta żyła z Kirkiem lub odchodziła od niego na przemian przez ostatnie dwa lata. Na miesiąc lub dwa wprowadzała się do niego, a polem znowu bez uprzedzenia wyprowadzała. Nieraz przez parę miesięcy nie miał od niej żadnych wiadomości, aż nagle pojawiała się w jego drzwiach, zazwyczaj mając jakieś kłopoty. Gdy Kirk do mnie przyszedł, Loretta właśnie groziła, że odejdzie, choć zaledwie kilka tygodni wcześniej wprowadziła się do niego po raz kolejny.
KIRK: Piekielnie mnie to teraz boli. Ostatniej niedzieli powiedziała mi, że się wyprowadza, a tymczasem w pięć dni później wciąż nie wiem, czy odchodzi, czy zostaje. Naprawdę chciałbym to wiedzieć. Naprawdę chcę, żeby została. Naprawdę chcę, żeby się z tego wyrwała. Ta kobieta sprawia, że tracę zmysły. Szaleję na jej punkcie.

Zanim Kirk spotkał Lorettę, przez cztery lata miał romans za romansem. Głęboko przeżywał odejście żony, która po dziesięciu latach małżeństwa z powodu jego pijaństwa przeniosła się wraz z czwórką dzieci na drugi koniec kraju, na Florydę. Zawsze gdy zwrócił uwagę na jakąś kobietę, ból powracał i powstrzymywał go przed zaangażowaniem się w nowy związek.
Wszystko to się zmieniło, gdy spotkał Lorettę. Była urzędniczką z biura po drugiej stronie korytarza.
KIRK: Któregoś dnia samochód nie chciał mi zapalić, a ponieważ wiedziałem, że ona mieszka niedaleko mnie, więc zapytałem, czy nie mogłaby mnie podwieźć do domu. Kiedy dojechaliśmy, zaprosiłem ją na drinka i przyjęła zaproszenie. Czułem się trochę nieświeżo, więc powiedziałem, że muszę wziąć prysznic, ale kiedy tylko te słowa wyszły z moich ust, ogarnęło mnie to uczucie... Zapytałem, czy nie miałaby ochoty się przyłączyć. Jasne, powiedziała, i skończyło się na kochaniu się pod prysznicem. Potem nabraliśmy rozpędu i mieliśmy jeszcze więcej zwariowanego i namiętnego seksu, i zakochałem się. Wszystko zdawało się piękne. Następne dziesięć dni, nie licząc czasu na jedzenie, pracę, picie i narkotyki, spędziliśmy w łóżku.
Związek Kirka z Lorettą powstał w aurze rzeczywistości zniekształconej alkoholem, narkotykami i pożądaniem. Podwyższona w ten sposób temperatura emocjonalna była idealnym podłożem dla obsesji.
Inny rodzaj idealizacji
Idealizując swoich kochanków, większość obsesorów stosuje system nie-przyjmowania do wiadomości ich wad i braków. Tym niemniej wybawcy często są świadomi niedomagań lub destrukcyjnego stylu życia swych kochanków.
KIRK: Pewnie że była bezwartościową pijaczką, ale kiedy zaczynaliśmy, również ja byłem taki. To znaczy, niby jakie miałem prawo, żeby ją oceniać? Wiedziałem, że wewnątrz jest dobra, czuła. Pamiętam, że kiedyś rozgniotłem pająka i bardzo się tym przejęła. W głębi duszy wiedziałem, że jest dla mnie idealną dziewczyną, absolutnie wspaniałą. Cudownie wyglądała, sprawiała, że sam czułem się wspaniale, naprawdę wiedziała, jak mnie podniecić. Byliśmy całkowicie sobą opętani. A potem, po upływie owych dziesięciu dni — najwspanialszych, jakie kiedykolwiek przeżyłem — ona zniknęła. Po prostu zabrała wszystkie swoje rzeczy i tyle ją widziałem. Byłem jak odrętwiały.

Kirk patrzył na Lorettę tak, jakby mógł ją emocjonalnie prześwietlać. Wydawało mu się, że poprzez zewnętrzną, pełną problemów skorupę dostrzega jądro dobroci i piękna.
Mógł się nie przejmować nadużywaniem przez Lorettę alkoholu i narkotyków, ale sposób, w jaki zniknęła, powinien był go ostrzec przed jej niestałością. Opuściła go bez uprzedzenia, nie wykazując żadnego zainteresowania jego uczuciami. Ponadto przestała pokazywać się w pracy. Jej rażąca nieodpowiedzialność w najmniejszym stopniu nie umniejszyła przekonania Kirka, że Loretta jest właśnie tą jedyną, cudowną osobą.
„Przestań mi mówić, co mam robić"
Kirk kochał Lorettę nie taką, jaką była, tylko taką, jaką mogłaby być. To wzmacniało jego postanowienie, żeby gonić za nią i ją odzyskać.
KIRK: W dziale personalnym zdobyłem adresy obojga jej rodziców, następnie pojechałem do domu jej matki w Hollywood, potem do domu ojca w Huntington Beach... Jedyne, co od nich usłyszałem, to: „Nie ma jej tu. Nie ma jej tu. Nie ma". Kręciłem się koło Winchell's Donuts, bo myślałem, że może się tam pojawić. Nie mogłem jej znaleźć. Doprowadzało mnie to do szaleństwa. Ciągle płakałem, brałem narkotyki i tankowałem whisky. Zacząłem się spóźniać do pracy lub zawiadamiać, że jestem chory i nie przyjdę. Mój szef szybko zorientował się, co się dzieje, i powiedział, że albo zgłoszę się do przychodni AA, albo mam sobie szukać innej pracy. Wtedy wszedłem w program.
Kirk rzeczywiście skontaktował się z Anonimowymi Alkoholikami. Zaczął chodzić do klubu cztery razy tygodniowo i wyglądało na to, że nie ma trudności z utrzymywaniem trzeźwości. Ale kilka miesięcy później Loretta znów pojawiła się w jego życiu.
KIRK: Kompletnie urżnięta stanęła w moich drzwiach i powiedziała: „Muszę gdzieś zamieszkać". Zapytałem, gdzie była, a ona na to, że jeśli zamierzam bawić się w gliniarza, to sobie pójdzie i będzie sypiała w samochodzie, więc ja na to: „Dobra. Mieszkaj ze mną, ale żadnych narkotyków ani alkoholu". Zgodziła się.
Tego samego dnia Loretta wprowadziła się i już wieczorem zaczęła pić. Utrzymując Lorettę przez następne kilka miesięcy, Kirk starał się namówić ją, żeby chodziła z nim na zebrania AA. Odmawiała, wyraźnie niezadowolona z tego, że mówił jej, co ma robić.
KIRK: Wiedziałem od AA, że nie będę mógł jej pomóc, jeśli sama nie będzie chciała sobie pomóc, ale to nie powstrzymywało mnie przed próbami. Loretta nie miała żadnych ambicji, nie miała pracy i zmierzała donikąd. Starałem się ją namówić, żeby znalazła sobie zajęcie, ale nie zrobiła nic w tym kierunku. Zacząłem zaznaczać ogłoszenia o pracy w gazecie i zostawiać ją na łóżku, ale to tylko rozwścieczało Lorettę. Wydzierała się, jaki to ja jestem sukinsyn, że chcę kierować jej życiem. Robiłem dla niej wszystko, a ona krzyczała na mnie, jakbym był jakimś potworem.
Kirkowi wydawało się, że jeśli się zaopiekuje Loretta, wówczas będzie musiała go pokochać. Stałby się dla niej tak niezastąpiony, że nigdy nie chciałaby od niego odejść, jak to uczyniła jego żona. Loretta jednak odbierała jego pomoc jako naruszenie wolności. Tak, zależała od niego, ale nienawidziła tej zależności i walczyła z nią, bo starania Kirka podkreślały, jak wielkim jest nieudacznikiem.
W związkach z kochankami, którzy mają różne problemy, wybawcy często znajdują się w takiej sytuacji, że jednocześnie kochają i nienawidzą. Im więcej partnerzy będący w kłopotach biorą od swych wybawców, tym bardziej czują się uzależnieni, a im większa zależność, tym większa ich wściekłość z powodu utraty zdolności do kierowania własnym życiem.
Jeśli jednak wybawca zawaha się z ratunkiem — jak to uczyniła Natalie, gdy Rick potrzebował więcej pieniędzy, niż miała oszczędności — wówczas będący w tarapatach kochanek jest równie wściekły, tym razem z tej przyczyny, że został opuszczony. Wybawcy są przeklinani zarówno wtedy, gdy pomagają, jak i wtedy, gdy tego nic robią.
„Jej powolny taniec śmierci"
Pomimo wściekłości Loretty Kirk był przekonany, że kochając ją, troszcząc się i łagodząc jej opór, będzie w stanie nakłonić ją do ułożenia sobie życia.
KJRK: Zupełnie nie wiem, co więcej mógłbym zrobić poza wyrzuceniem jej, a tego nie potrafiłbym uczynić nawet za milion lat. Byłem jej jedyną szansą. Od czasu do czasu gotowała dla mnie, była wspaniała w łóżku, ale ja płaciłem za wszystko, ja kupowałem papierosy, paliwo, żywność, płaciłem za pomoc lekarską... Nawet dawałem jej pieniądze na własne wydatki. Bałem się, że jeśli ich nie dam, to mnie opuści. Byłem szaleńczo zakochany, ale ja się zaharowywałem, a ona jedynie wykonywała powolny taniec śmierci, pijąc coraz więcej whisky i biorąc coraz więcej narkotyków.
Loretta była primabaleriną tego „powolnego tańca śmierci", ale scenografię i muzykę przygotowywał sam Kirk. Swym dążeniem do pomocy za wszelką cenę zwyczajnie pogarszał sprawę. Zamiast próbować ograniczyć używanie przez Lorettę narkotyków, w istocie za nie płacił. Zamiast nalegać, by wzięła za siebie odpowiedzialność, dawał do zrozumienia, że jeśli czegoś sama dla siebie nie zrobi, on to zrobi dla niej. Pozwolił Loretcie przetrwać bez potrzeby troszczenia się o siebie, a czyniąc tak, umożliwiał jej prowadzenie autodestrukcyjnego trybu życia.
Kirk miał dwóch potężnych rywali w zmaganiach o uczucie Lo-retty: narkotyki i alkohol. Na Loretcie koncentrowało się jego życie, jej życie zaś koncentrowało się na osiągnięciu ekstazy narkotycznej. Kirk zrozumiał, że nie stanowi głównego ośrodka zainteresowań Loretty, naiwnie wierzył jednak, że jest w stanie wyeliminować swych rywali. Większość wybawców działa łudząc się, że sama siła ich miłości doprowadzi w końcu partnera do zaniechania picia lub narkotyzowania się. Nałóg jest jednak zjawiskiem nader skomplikowanym i nieustępliwym. Dążenie do wyrwania się z niego wymaga odważnego, aktywnego zaangażowania ze strony samego narkomana czy alkoholika. Bez tego zaangażowania nic się nie zmieni.

„Moja miłość się wypaliła"
Życie zarówno Loretty, jak i Kirka było zrujnowane przez jej nałóg. Wcześniej czy później nawet zdolni do największych poświęceń wybawcy osiągają granice swych możliwości. Kirk także w końcu się wypalił.

KIRK: Miałem w końcu dość płacenia rachunków. Miałem już dość jej narzekań. Zabrakło mi pieniędzy. Zabrakło mi miłości. Zabrakło współczucia. Ciągle tylko na siebie warczeliśmy i łajaliśmy się, i miałem tego powyżej uszu. Postanowiłem zatem przywołać złotą zasadę, która mówi, że kto posiada złoto, ten ustala prawa. Powiedziałem jej: „Słuchaj. Płaciłem za wszystko. Nie stać mnie dłużej na płacenie takiej ceny. Czas, żebyś odeszła". Nazajutrz spakowała wszystkie swoje rzeczy, zjawiło się kilkoro jej przyjaciół narkomanów, wrzucili bagaż na ciężarówkę i odjechali. Miałem nadzieję, że wreszcie odczuję ulgę, tymczasem zaś czułem się chory.
Kirk nie czuł się nawet w połowie tak silny, jak to okazał. Oparty na współuzależnieniu związek z Loretta przytłaczał go. Wykorzystanie wybawców przez kochanków i doprowadzenie ich do skrajnego wyczerpania jest zjawiskiem typowym, toteż nic dziwnego, że wielu w końcu rezygnuje. Niestety, rzadko mają dość siły, by wytrwać w zdrowym postanowieniu o rozstaniu.

Cena wybawienia
Być może w Kirku wypaliła się miłość, ale z całą pewnością nie obsesja.
KIRK: Pierwsza noc bez niej była straszna. Nie mogłem spać. Co pięć minut musiałem chodzić do łazienki. Bolał mnie żołądek, pociły mi się dłonie, głowa mi pękała od rozmyślań, co może się stać Loretcie beze mnie. Plułem sobie w brodę za to, że pozwoliłem jej odejść. Parę dni później zacząłem jej szukać, ale bez rezultatu. Sponsor siedział mi na karku, nalegając, żebym sobie ją odpuścił, więc w końcu powiedziałem mu, żeby się odchrzanił i że pieprzę AA. Kiedy mnie odnalazł, byłem już po kilku butelkach whisky. Obudziłem się na oddziale detoksykacji.
Kirk znalazł się na samym dnie. W swym własnym mniemaniu rzucił Lorettę wilkom na pożarcie. Opuścił swą jedyną, cudowną osobę. Był samolubny, nieczuły i okrutny. Znalazł w sobie siłę i rozsądek, by odciąć się od swej kochanki, ale zapłacił za to wysoką cenę. Było nią poczucie winy i wyrzuty sumienia. Oto dylemat wybawcy:
Im więcej robisz w swoim własnym interesie, tym gorzej się czujesz.
Kirk czynił to, co było najlepsze dla niego samego (i być może dla Loretty), starając się usunąć ją ze swego życia, ale narastało w nim poczucie, że robi coś wręcz przeciwnego.

„Sądziłem, że między nami już koniec"
Kiedy Kirk stanął znowu na własnych nogach, zaczął organizować sobie życie bez Loretty.
KIRK: W ciągu następnych kilku miesięcy naprawdę oczyściłem swoje życie. Z całym zaangażowaniem wróciłem do AA, spotykałem się z kilkoma kobietami z programu i wyglądało na to, że dobrze' nam się układa, nadrobiłem zaległości w pracy, które powstały, kiedy byłem z Loretta... Nie mogłem przestać o niej myśleć, ale postanowiłem zapomnieć. Sądziłem, że wreszcie koniec między nami. I wtedy znowu się pojawiła. Powiedziała mi, że potrzebuje stu pięćdziesięciu dolców dla jakiegoś dealera narkotyków, który zagroził, że ją zniszczy, jeśli mu nie przyniesie forsy. Dałem jej te pieniądze, ale powiedziałem, że moim zdaniem postępuje jak oszustka. Bardzo się z tego powodu zmartwiła. Przyznała, że trochę czasu spędziła na Hollywood Boulevard, ale udało jej się przyciągnąć jedynie uwagę gliniarzy. Była naprawdę w złym stanie. Brała sporo narkotyków i wyglądała beznadziejnie. Bała się powrotu na ulicę, więc jak zwykle zaoferowałem jej pomoc. Zanim się obejrzałem, ponownie się wprowadziła. Teraz żywię ją, żywię jej nędznych przyjaciół, daję jej pieniądze... Jesteśmy dokładnie w punkcie startu, z tą jedynie różnicą, że ja zachowuję trzeźwość.
Kirk nie zauważył, że pomimo starań, by oczyścić swe życie z toksycznego wpływu Loretty, wciąż jest niezwykle podatny zarówno na obsesyjną miłość do niej, jak i na potrzebę bycia potrzebnym. Niesłusznie wierzył, że czas i odległość wystarczą, by wymazać jego uczucie do niej. Jak można się było spodziewać, kiedy Loretta wróciła, prośba
o pomoc wystarczyła, by postanowienie Kirka o życiu bez niej legło w gruzach.

Wiele obsesyjnych związków, szczególnie tych między wybawcami
i kochankami w tarapatach, kończy się nie raz, lecz wielokrotnie. Związki te łatwo popadają we frustrujący, powtarzany schemat zerwań i powrotów.
Jeśli jesteś wybawcą i znalazłaś w sobie dość siły i zdolności przewidywania, by w pewnej mierze ograniczyć świadczenia na rzecz partnera lub nawet wywikłać się ze związku, ważne jest, abyś nie popełniła błędu przypuszczając, że sprawa jest zamknięta. Większości wybawców ogromną trudność sprawia powstrzymanie się przed przyjęciem po raz kolejny kochanków, gdy ci są w tarapatach, choć zdrowy rozsądek niezmiennie doradza im coś przeciwnego.

Susan Forward - Toksyczne namiętności

Posty [ 9 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Jak sobie poradzić...

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018