Miłosne upadki młodej damy (długa historia :)) - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 11 ]

1 Ostatnio edytowany przez zuzeh (2018-04-07 19:22:23)

Temat: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Oto przed wami moja historia na dzień dobry na tym forum, żebyście mogli lepiej mnie poznać, a i jednocześnie może doradzić, co więcej mogę w sobie zmienić?

Jestem młoda, mam 21 lat. Mimo to przeszłam przez wiele zawirowań w swoim życiu.

Moja pierwsza najpoważniejsza miłostka rozpoczęła się w gimnazjum (jest ważna, muszę o niej wspomnieć). Chłopak starszy o pięć lat, intrygujący. Zauroczyłam się dosyć nieświadomie, nie rozumiałam wtedy swoich uczuć. Przed liceum miałam okazję poznać go nieco lepiej, ale nadal niewiele o nim wiedziałam. Jednak każda opowieść o nim sprawiała, że coraz lepiej pojmowałam, że tak naprawdę, to jesteśmy do siebie bardzo podobni. Te same nawyki, dziwactwa, zwyczaje. Podobna nieporadność w kontaktach międzyludzkich, ta sama chęć ucieczki od aktualnego życia. No i właśnie, on uciekł, wyjechał, zostawiając młodziutką mnie z niedosytem i właściwie żalem, że nie będzie mi dane wiedzieć o nim więcej. A obydwoje czuliśmy, że doskonale się rozumiemy, choć nie znamy się w pełni.

Na początku liceum byłam bardzo pewna siebie i tego, że to mój dobry czas i powinnam z niego korzystać. Niestety mam pecha, bo licealna przygoda skończyła się zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażałam. Dojeżdżałam do szkoły dosyć daleko, kosztowało mnie to sporo wyrzeczeń, porzuciłam swoje artystyczne zapędy, by się uczyć. Wychudłam, zmarniałam, żyłam w stresie i zauroczyłam się w koledze z klasy.
Chłopak nieśmiały (nazwijmy go P), ja również, ale nie na tyle, by go nie "podrywać". Podobał mi się pod początku, ale zew podrywu poczułam w trzeciej liceum. Byliśmy razem na studniówce, co jeszcze bardziej mnie nakręciło... no i chyba wiecie, jak to zazwyczaj wygląda. Dziewczyna działa w wariactwie, a chłopaczek się zniechęca. Odrzucił mnie. Nie od razu; zrobiłam pierwszy krok i zaprosiłam go na niezobowiązujący spacer, on zgodził się i wydawało mi się, że naprawdę miał ochotę przypomnieć mi o tym spacerze. Czaił się, czaił i nigdy nie podszedł, kontakt się urwał.

W międzyczasie kolega z gimnazjum bardzo mnie skrzywdził. Ponoć się we mnie zakochał, ja postrzegałam go jako znajomego, dałam mu do zrozumienia, że jesteśmy tylko kolegami i nie może liczyć na nic więcej. Doszło do bardzo nieprzyjemnego aktu, o którym nie mam ochoty wspominać w tej chwili.

Te dwa wydarzenia połączyły się ze sobą sprawiając, że się załamałam. Właściwie jeśli chodzi o męską część świata, ufałam tylko P, był delikatny i sprawiał wrażenie, jakby nie mógł zrobić mi krzywdy, a tego właśnie potrzebowałam w tamtym czasie. Spokoju i zaufania. Niestety tego nie dostałam.
Byłam w złym stanie, planowałam się zabić. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, rodzina nie zauważyła, że jest źle, ja nie miałam ochoty o tym mówić. Miałam konkretną wizję swojej śmierci.
Życie uratował mi chłopak z ulicy (W), robiąc niewiele - po prostu się do mnie uśmiechnął.

Musiałam wyglądać bardzo źle, wierzcie mi. Zaniedbana, sucha i zapłakana, byłam gotowa się zabić. Miałam dosyć ludzi, a on przez krótką zabawę na ulicy sprawił, że zapomniałam o wszystkim, co do tamtej pory mnie spotkało. Roznosiliśmy ulotki w tej samej części uliczki. Zaczepiał mnie, wchodził mi w drogę, uśmiechał się nonszalancko i rozbawiał.
Z perspektywy czasu rozumiem, że nie chciałam swojej śmierci. Odciągnął mnie od niej tak błahy powód, uwaga drugiego człowieka - ale wierzcie, po czasie, kiedy nie liczyłam się dla nikogo, tylko to mogło sprawić, bym znów poczuła się potrzebna.
Zaczęłam żyć z myślą o moim prywatnym Aniele. Szukałam go, chciałam lepiej poznać. Chodziłam po tych uliczkach, prowadziłam śledztwo w internecie, wypytywałam wszystkich możliwych ludzi. Nawet modliłam się i odprawiałam czary na znalezienie go big_smile Nic nie pomogło, W zaginął.
Jednak bardzo mi pomógł. Pomógł mi podnieść się; nieświadomie żył obok mnie przez nieco ponad rok. Chyba musiałam znaleźć sobie takie mentalne wsparcie. Dzięki temu sama poradziłam sobie z ciężkim dołkiem, być może nawet i depresją, uwierzyłam w siebie i zaczęłam życie na nowo, ciesząc się każdą jego chwilą.
Niby nic takiego, ale spotkanie z myślami samobójczymi sprawiło, że naprawdę staram się doceniać wszystko, co mam.

No i tak, żyłam sobie sama do pewnego momentu. Do momentu powrotu myśli o mojej pierwszej miłostce.
Nie wiem dlaczego, ale myśl o nim przychodziła do mnie niespodziewanie, jakby on sam wrzucał mi ją do głowy. Wspominałam wspólnie przeżyte (nieliczne) chwile, czekałam, aż przyjedzie do Polski z nadzieją, że być może się zobaczymy. Chciałam poczuć spokój, stąd pragnienie choćby przelotnego spotkania.
Dowiedziałam się, że jest w kraju w dzień jego wyjazdu. Nawet żartowałam, że nic się nie zmienił, bo tak samo, jak dawniej był w pobliżu cichutko. I to nie tak, że go usprawiedliwiam, ja go naprawdę rozumiem i wiem, że taki jest. Nie wychyla się, zawsze czeka na przyzwolenie lub najprostszą okazję. (Spodziewam się, że będziecie uważać mnie za naiwną i głupią, no i że uznacie, że jednak go usprawiedliwiam XD tak nie jest)
Postanowiłam wtedy się z nim skontaktować, napisałam. Ucieszył się z wznowionego kontaktu, obiecał, że się odezwie, kiedy następnym razem będzie w Polsce. No i nasz wznowiony kontakt raczej się nie kleił, ani ja ani on nie mamy na tyle czasu, by stale do siebie pisać, wydzwaniać. Jednak liczyłam, że rzeczywiście się odezwie.

Dowiedziałam się ostatnio, że jest w Polsce. No i tak sobie nadal czekam, ale nie liczę na cud - raczej się nie odezwie.
A co ja czuję? Czuję, że miło byłoby jednak wrócić do dawnego stanu kontaktu, kiedy mieliśmy się ku sobie. Czuję, że moje wczesnomłodzieńcze przywiązanie nie przeminęło, choć wolałabym, by nie istniało, tak byłoby mi łatwiej. Chciałabym sama podjąć kontakt, ale z drugiej strony moja nowo wykształcona, lwia duma nie pozwala mi na takie uniżenie, nie wiem, czy błędnie, czy może słusznie. Jestem zawiedziona, bo miałam nadzieję na inny tok wydarzeń, na choć jedno spotkanie, wymianę zdań. Chciałam się przekonać, jakby to było, gdybyśmy znów porozmawiali na żywo...
On przyjaźni się z chłopakiem koleżanki, stąd też wiem, że "nadal nikogo nie ma", "na razie jest sam". Wydaje mi się, że wiem co to znaczy, używam dokładnie tych samych wymówek, ale oczywiście mogę się mylić. Mimo wszystko nie siedzę w jego głowie. Mam wrażenie, że mnie unika, od czasu jego przyjazdu (no, już jakiś czas jest w kraju i niestety nie wiem na jak długo tym razem) nie widzieliśmy się ani razu. Gdyby chciał, przyszedłby do mnie do pracy (pracuję w lokalnym, dostępnym dla ludzi miejscu smile), napisałby. Mógłby nawet wpaść do mnie do domu, ale tego nie robi. Rozumiem, że jednak nie chce, więc... znów zostałam odrzucona.

I w tym miejscu jestem teraz. Pełna głupiej nadziei, zamotana we własnych myślach, przybita kolejnym upadkiem, jednocześnie ciesząca się odzyskanym życiem. Chcę skupić się na sobie, zamierzam nareszcie pójść na studia (bo w końcu jestem na to gotowa i psychicznie zdrowa, yay!). Działam sama, nikogo nie zmuszam do towarzyszenia mi.

Oto moje miłosne upadki. Jeśli macie jakieś spostrzeżenia, pytania, nie wahajcie się pisać, chętnie poznam wasze myśli.
Pozdrawiam, wiecznie samotna zuzeh smile

Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez balin (2018-04-07 20:27:28)

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Spodziewałem się większych sensacji. smile No cóż młoda jesteś. Jeszcze nie takie numery życie Ci spłata. Pójdziesz na studia, będą miłości studenckie. Całe życie przed Tobą. smile

3

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Opisywałam tylko najważniejsze wątki, a i one były dosyć sensacyjne jak dla spokojnej mnie big_smile A ile w międzyczasie było historii z zajętymi kolegami? Tego wolę nie podliczać, bo się załamię.
Nie lubię takich wymówek. To samo mówiłam sobie przed liceum; "pójdę do liceum, będą miłości licealne". "Skończę liceum, oderwę się od tej rzeczywistości, nadejdzie nowy etap".
"Nie w tym, to w przyszłym roku" big_smile Dla mnie to już nie ma znaczenia, realnie i z uśmiechem przestaję czekać na cuda. Żyję z nastawieniem na samotną przyszłość, zaprojektowaną przez samą siebie w sposób, jaki mi odpowiada. Nieuzależniony od planów drugiego człowieka.

4

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Łał, niesamowite. Zdecydowanie jesteś wyjątkową osobą, nieświadomą tego jak bardzo odbiegasz od innych. Pozwolę sobie w skrócie ocenić Ciebie, a Ty najwyżej się niezgodzisz i uznasz mnie za chama. Kochasz życie, znasz jego wartość i potrafisz docenić najdrobniejszą chwilę, chociaż ta miłość bywała dychotomiczna i zabijała Cię od środka. Masz wiele do zaoferowania światu, potrafisz dotrzeć głębiej, tam gdzie ciemniej i to robisz wszak tam uśmiech jest intensywniejszy. Szukasz odpowiedzi na pytania, puste "dlaczego" Cię nie usatysfakcjonuje. Dostrzegam parę drobnych zadrapań w Twojej osobowości lecz myślę, że sama doskonale jesteś ich świdoma, a wyliczanie ich publicznie byłoby bezczelne. Wiele moglibyśmy się od siebie nauczyć, myślę że ja więcej od Ciebie. Ktoś o takiej osobowości jak Twoja to skarb więc samotność nie powinna Ci grozić, wystarczy że wygrasz tylko kolejną bitwę w swojej głowie. Dasz radę, ja w Ciebie wierzę.

5

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Dziękuję Ci, web, za tak miłe słowa. Bo odbieram je za jak najbardziej miłe! smile
Wiesz, nikt nie jest doskonały, wszyscy mamy takie zadrapania. Ważne jest je po prostu zaakceptować i nauczyć się żyć ze sobą jako gotowym produktem do życia, przynajmniej ja tak sądzę. I szczerze: wolę się nastawić na samotność i później ewentualnie zmienić plany, niż w nieskończoność czekać na kogoś bliskiego i tylko czuć się zawiedziona, że mi nie idzie big_smile
Jeszcze raz dzięki wink

6

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Miło przeczytać o rozsądku od osoby która pozornie wydaje się żyć marzeniami. Nie uważasz, że są one istotną częscią naszej osobowości? Nie tylko należy zaakceptować swoje niedociągnięcia lecz także z nich cieszyć bo to one czynią nas ludźmi i to tymi wyjątkowymi. Dzięki nim pracujemy nad sobą - przyjamniej mamy taką możliowść, a nasze życie nabiera wyjątkowego smaku oraz posiada swój wektor. Subiektywnie uważam, że nie powinnaś samotności traktować jako planu A lecz jako ten C, D lub nawet E. Czyli zakładać taką opcję lecz nie traktować jej priorytetowo. bo tak samo przysługuje Ci prawo do szczęścia jak innym. Co o tym sądzisz?

7

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Tak już mam, moje życie to właściwie jedno wielkie marzenie, a jednak staram się podchodzić do wszystkiego z dystansem, no i oczywiście - rozsądkiem. Przynajmniej w miarę moich możliwości. Bardzo ładne słowa, te o ludzkich niedoskonałościach. Aż mam wrażenie, że jesteś skarbnicą mądrych i przemyślanych zdań, co to je wystarczy oprawić w cudzysłów, zazdroszczę tej mądrości! A samotność... mnie tak dobrze, naprawdę. Oczywiście, że gdzieś tam w środku tli się we mnie wiara w przyszłość z towarzystwem, ale teraz już wcale się na tym nie skupiam. Zanim znajdę kogokolwiek dla siebie, powinnam najpierw dobrze poznać swoje wnętrze, tym się właśnie zajmuję. Cieszę się z aktualnego stanu.
W ogóle zauważyłam u siebie specyficzny optymizm, jakbym już teraz dojrzała mentalnie do dalszego życia. To taki dodatek do mojego głównego posta,

8

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Najlepsze jest to, że jedziemy praktycznie na tym samym wózku wraz z naszą wyrocznią - samotnością, to jednak moja świadomość przeczy takiej kolei rzeczy.
Twoje życie to marzenie. Podoba mi się to zdanie, chociaż interpetuję je trochę inaczej, w bardziej kolorowym t-shirt'cie.
Marzenia są piękne o ile nie zapomnisz, że trzeba je spełniać bo same są zbyt leniwe. Nie tylko samotność lecz także każdy związek nie jest wyjątkowy jeśli jest oprawiony w przyzwyczajenie, rutynę. Każdy dzień powinien być świerzym oddechem, a każdy świerzy oddech powinien smakować intensywniej. Dzięki za ciepłe słowa o mądrości, wiedz że oddałbym tę niby mądrość w zastaw za Twój uśmiech młoda damo oraz szczery wpis, że po prostu jesteś szczęśliwa i koniec kropka.

9

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))
zuzeh napisał/a:

[...] nikt nie jest doskonały, wszyscy mamy takie zadrapania. Ważne jest je po prostu zaakceptować i nauczyć się żyć ze sobą jako gotowym produktem do życia, przynajmniej ja tak sądzę. I szczerze: wolę się nastawić na samotność i później ewentualnie zmienić plany, niż w nieskończoność czekać na kogoś bliskiego i tylko czuć się zawiedziona, że mi nie idzie[...]

Masz zdolność pisania ze swadą, nieco egzaltowanie, ale dobrze się to czyta i rozumie. Bez zbędnych dopowiedzeń kładzionych łopatą.
Pisać zamierzasz? Bo wspomniałaś o artystycznej duszy, która w Tobie siedzi?
Rzeczywiście, bardzo młoda jeszcze jesteś i Web ma rację. Wszystko przed Tobą. O ile historia nie jest wytworem Twojej wyobraźni, musisz coś wziąć pod uwagę.
Ten ktoś, który "zaczarował Twój świat", parafrazując fragment tekstu piosenki "odskulowego" zespołu "2+1", po raz pierwszy, zapewne nie wystarczy Ci na resztę życia.
Jego (nieświadomym zresztą) zadaniem było obudzić w dziewczynce kobietę. Nie sądzę jednak, by Wasze drogi budowane były pod okiem tego samego "projektanta".
Skup się na sobie, bo masz jeszcze czas i rozwijaj się. Jako człowiek. Wszechstronnie i we własnym rozumieniu przede wszystkim, cokolwiek miałoby to znaczyć, poszerzaj horyzonty. smile

facet po przejściach

10

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

@Excop, moja historia miała miejsce w prawdziwym, wtedy szarym świecie. Zmyślam mocniejsze, skomplikowane historie (nawiązuję do pytania o pisanie; wręcz mnie zdziwiło, bo i owszem, piszę).
Nie jestem pewna, czy chodzi ci o tego, który właściwie uratował mi życie, czy aktualnego amanta, jednak wiedz, że ja nie skupiam się na nich, a właśnie... na sobie wink
Myślałam, że ukazałam to w swojej samotniczej myśli. Jestem sama i dobrze mi z tym, bo dorosłam do bycia samotną i szczęśliwą.
Dziękuję za inspirujące słowa. Akurat tkwię w cięższym momencie, zmagam się z kilkoma problemami i mam wiele spraw do przemyślenia względem przyszłości, a to zawarte w Twojej wypowiedzi "poszerzanie horyzontów", choć banalne i dobrze znane, popchnęło mnie do przodu w decyzyjności. Niespodziewana pomoc, aż się uśmiecham smile

11

Odp: Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))
zuzeh napisał/a:

@Excop, moja historia miała miejsce w prawdziwym, wtedy szarym świecie. Zmyślam mocniejsze, skomplikowane historie (nawiązuję do pytania o pisanie; wręcz mnie zdziwiło, bo i owszem, piszę).
Nie jestem pewna, czy chodzi ci o tego, który właściwie uratował mi życie, czy aktualnego amanta, jednak wiedz, że ja nie skupiam się na nich, a właśnie... na sobie wink
Myślałam, że ukazałam to w swojej samotniczej myśli. Jestem sama i dobrze mi z tym, bo dorosłam do bycia samotną i szczęśliwą.
Dziękuję za inspirujące słowa. Akurat tkwię w cięższym momencie, zmagam się z kilkoma problemami i mam wiele spraw do przemyślenia względem przyszłości, a to zawarte w Twojej wypowiedzi "poszerzanie horyzontów", choć banalne i dobrze znane, popchnęło mnie do przodu w decyzyjności. Niespodziewana pomoc, aż się uśmiecham smile

Masz racje, że to banalne i oklepane, co napisałem na rzecz Twojej ewentualnej przyszłości.
Ale to jednocześnie, święta prawda, pomijając górnolotność przesłania.
Masz dar. I tyle. smile

facet po przejściach

Posty [ 11 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » Miłosne upadki młodej damy (długa historia :))

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018