moja zona zakochala sie w innym - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » moja zona zakochala sie w innym

Strony Poprzednia 1 2 3 4 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 39 do 76 z 131 ]

39

Odp: moja zona zakochala sie w innym
starr napisał/a:

Było o co walczyć? Sam sobie odpowiedz...


Bylo, wiem czego pragnalem i wiem co kochalem, gdybym o to nie walczyl sam sobie pozniej bym wyrzucal ze nie zrobilem wystarczajaco duzo aby wygrac.
Nazwijcie mnie jak chcecie ale... ciagle walcze, ciagle rozmawiam i staram sie byc blisko.

Jestesmy po 2 sesjach z psychologiem i coz... na pytanie o miejsce w ktorym zaczelo sie psuc odpowiedziala ze juz na poczatku. bez wnikania w szczegoly wypomniala rzeczy ktore wydarzyly sie  8-9 lat temu a ktore powtarzalem co jakis czas. nie chodzi tu o cos ogromnego(w moim mniemaniu) a tylko lub az o moje niewystarczajace" postawienie sie rodzinie. Boli mnie ze nasze malzenstwo przetrwalo to jeszcze kilka lat a teraz okazuje sie ze jednak nie.
Moze ona tylko tak usprawiedliwia swoje postepowanie zeby bylo ze to ja jestem winien?

WIem ze spieprzylem wiele razy ale do jasnej cholery.... to ze np. mi bylo malo seksu nie popchnelo mnie do zdrady.

Odnosze wrazenie ze kobiety maja bardzo podla ceche.... zapamietywania oraz rozpamietywania starych przewinien. Moj kolega ladnie to opisal kiedys... ze kobiety jesli juz schowaja przeszlosc do pudelka to lubia tam zagladac i rozwlekac stare bolaczki, faceci natomiast chowaja wszystko co zle i juz do pudelka nie zagladaja. Zgodzicie sie ze mna?

Ktos spytal jak sie czuje? chmm..... czasem rozmowa z zona wlewa nadzieje w moje serce a czasem rozgniata jes na miazge. Mam tak ogromna hustawke nastroju ze sam boje sie ze bede mial przez to klopoty np w pracy.

Dzieci? tu sie dogadujemy tzn... nie macie pelnego obrazu.... z zona pisze i widuje sie prawie codziennie, wymieniamy sie opieka nad dziecmi, czasem sie spotykamy, robimy razem zakupy. Czasami zostaje na noc np obejrzec film... moznaby powiedziec ze jestesmy przyjaciolmi. Obecnie nasze malzenstwo jest w zawieszeniu.
Z  tamtym zona utrzymuje tez kolezenskie kontakty. nie widuje sie z nim jakos super czesto bo dzieci, bo praca itd...

W skrocie: sa spotkania z psychologiem, ja ja namawiam i przekonuje ze wartoby powalczyc jeszcze, ona... ciezko powiedziec niby jest na nie ale widze ze tez chce byc blisko mnie, jako przyjaciele oczywiscie.

Zastanawia mnie jak to jest ze tak bardzo chcialaby zebysmy zostali przyjaciolmi jakby co... kurcze no nie wyobrazam sobie zeby oczekiwac od drugiej strony przyjazni w podonej sytuacji.

Moja teoria jest taka... gdyby nie fagas to znacznie latwiej byloby dotrzec do jej glowy (znow rozowe okulary), ja znow kusi cos nowego, ktos inny, ktos kto w jej mniemaniu wiele by poswiecil. Gdyby nie on, ja mialbym szanse jej pokazac z pomoca (wreszcie) psychologa ogarnelibysmy nasz zwiazek.

Reklama
Zobacz podobne tematy :

40

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Przemo, dopóki ona utrzymuje kontakt z tamtym, nie ma szans na uratowanie tego małżeństwa. Psycholog nic nie da.
Są terapię małżeńskie i niektórzy ludzie czasem jakoś sklejają to, co się rozbiło.

Jednak aby tak się stało, zerwanie kontaktu z kochankiem/kochanką to warunek konieczny.

Na 100 % żona przerzuca winę na Ciebie szukając w Tobie problemu. Sobie nie ma nic do zarzucenia. Jest taki typ bezrefleksyjnych zdradzaczy. I ludzi z taką przypadłością ogólnie też nie brakuje.

Wiesz o co chodzi z tą przyjaźnią z Tobą? To zwykłe wyrachowanie i kalkulacja. Można mieć ciastko i zjeść ciastko, przemo.


Jest mi przykro, jak czytam takie historie. Ty się starasz, a ona ma to głęboko w doopie. To widać jak na dłoni, ale Ty nie dopuszczasz do siebie tej myśli.

Nie buntuj się tak jak na początku na komentarze ludzi, którzy Cię nie znają osobiście. Nie muszą. Z boku taki chłodny rzut oka może dać impuls do popchnięcia spraw we właściwym kierunku.

Szarpaniny w takim razie przed Tobą co nie miara. Współczuję.

41

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Doskonale sobie zdaje sprawe ze dopoki jest tamten ktory jest teraz idealem ja sie nie przebije. Ja jestem tez zly a tam jest ten idealny.

Zapytalem jej ostatnio.... co bedzie jesli bedzie z nim i on popelni jakis blad, jakos ja zrani albo popelni taki sam blad jak ja? Spytalem czy nie  zaplacze nad tym co zniszczyla po to by zmienic sobie na kolejny zwiazek ktory tez nie jest idealny?
Nie potrafila mi odpowiedziec na to pytanie.
I to jest tylko dowod ze ludzie w podobnej syt nie mysla trzezwo a patrza przez pryzmat wyidealizowania tej nowej osoby. Absolutnie nie mam pojecia jak odciagnac ja od niego...

Reklama

42 Ostatnio edytowany przez I_see_beyond (2016-10-31 11:06:41)

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Jak ją odciągnąć od tamtego? Kobieta65 już Ci dała w zeszłym roku odpowiedź. Przeczytaj ją uważnie.

To jedyny sposób, żeby żonie spadły różowe okulary. Trudny sposób, bardzo, ale skuteczny. Jednak jeśli nadal uważasz, że chcesz walczyć o tę kobietę...

43

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Przemo, znowu jesteś w tym samym miejscu w którym byles rok temu.

Pomimo tego, ze upłynła już rok, tego że odtąbułeś sukces, znowu jesteś w tym samym miejscu.
Analiza, dlaczego tak jest przyda Ci się, o ile zona zechce wrocic do Ciebie.
Na pewno zabrakło rzetelnego przepracowania tematu po zdradzie.

Rok temu żona mentalnie odeszła od Ciebie.
Ty łudziłeś się, że jest inaczej, bo mówiła ze kocha Was obydwu.
A co miała mówic, skoro ten drugi nie dawal jej pewności na związek ?

Teraz masz deja vu.
Znowu ulokowała uczucia w kimś innym niż Ty.
Tak naprawdę, od czasu kiedy przeniosła swoje uczucia na innego faceta,
to nie Ty byłeś obiektem jej uczucia, dlatego tym łatwiej, tym szybciej poszukała kogoś innego,
ba przypuszczam, że z wiekszym przyzwoleniem danym sobie to zrobiła.

Kiedy wróci ?
Kiedy jej nowy związek okaże się klapą.
O ile jej nowy związek okaże się klapą...
O ile bedzie miała gdzie wrocić...

Daj jej przestrzeń na sprawdzenie, czy jej nowy związek da jej szczęście, nie buduj nienawiści między Wami.
Ale zadbaj o siebie, o swoje prawa, o prawa dzieci, o swoje granice.

Ty nie wybudzisz żony z amoku.
Może to nastąpi po brutalnym zderzeniu z rzeczywistościa, teraz albo za kilka lat, albo w ogóle.
Twoja szansa w tym, ze żona pozbawiona wsparcia w Tobie, bedzie musiała sobie urzadzić życie z kochankiem,
co może nastąpi a może i nie.
Teraz, starając się "na miękko" przekonywać żone do powrotu, tak naprawdę dajesz jej komfort urządzania sobie życia z kimś innym.
Albo z tym kimś, albo z innym.
Akceptując ten stan "trójkąta" nie odcinając się od niego, stajesz sie po częsci jej wspólnikiem w zdradzie...

Stanowczość nie musi oznaczać wrogości, nienawiści, walki.
Stawiasz swoj mur obronny, w celu bronienia siebie i dzieci.
Masz do tego prawo, nie atakujesz w ten sposób zony.

Nie wyprowadzaj się z domu, to żona nie chce w nim mieszkac nie Ty.
To kochanek jest jej rycerzem, nie Ty.
Jako jej wybranek, to on powinien teraz zapewnić żonie to czego potrzebuje, łacznie z lokum.

Oczywiście, jest takie ryzyko, że jej wybranek stanie na wysokości zadania i da jej to czego od niego oczekuje.
Nie od Ciebie to zależy.

Od Ciebie zalezy przyszłośc Twoja i Twoich dzieci.
Na tym sie skup.

Reklama

44

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Rozumiem... ja sie z tym zgadzam ale wlasnie chodzi mi o to ze jesli ja pozwole jej na "sprawdzenie" innego zwiazku to wiem ze nawet jesli sie przejedzie nie bedziemy razem chocby bardzo chciala. To jest dla mnie granica sprzed ktorej chce ja wyciagnac na swoja strone.

45 Ostatnio edytowany przez dżdżownick (2016-10-31 19:30:51)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
Piotr74 napisał/a:

Sorki, a Ty w jakies hymny wierzysz jeszcze? Ile masz lat? Co do kwestii wiernosci ma religia?
Ludzie sie zdradzaja bez wzglefu na to w kogo wierza.
Nie o religie tu chodzi, a o wlasne wartosci, ktore sa uniwersalne dla wiekszosci ludzi. Czyli nie robie czegos, co krzywdzi innych, nie robie nic co jest wbrew kous trzeciemu.

Co ma wspólnego religia z kwestią wierności? Bardzo dużo. To religia w znacznym stopniu wpływała na kulturę, w jakiej ludzie wychowują swoje dzieci przez tak wiele pokoleń. To religia podsuwała też wzorce zachowań, wartości. Te swobodne cytaty z Ewangelii nie padły tu jednak z tego powodu, że tak ma być wg religii, ale wyłącznie dlatego, że idealnie opisują związki. Mąż ma być przyporządkowany żonie, żona ma być przyporządkowana mężowi. Czyżbyś nie podzielał takiego przekonania?  Nie ma tu miejsca na odstępstwa od reguły. I nie zostawia się tego zaufaniu i woli związanych ze sobą ludzi. Nie polega się na przekonaniu, że jeśli kocha to będzie chciał(a) trwać w takim związku. Wymagane są śluby, zobowiązania. A upiększa się to wszystko poezją miłości, szlachetnością tego uczucia. Jakby ta szlachetność miała uzasadniać taki stan rzeczy.
Nie jest prawdą, że układ 1+1 jest uniwersalny dla większości. Są niemałe społeczności, w których dopuszcza się wielożeństwo (zatem człowiek jest w stanie kochać kilka osób, jeśli małżeństwo skojarzymy z miłością) lub modyfikuje się ustalone odgórnie (wielka w tym rola religii) zasady monogamii dostosowując je do potrzeb (jak choćby nieoficjalne przyzwolenie społeczne w krajach zlaicyzowanych dla praktyki w rodzaju: "małżeństwo zawiera się z rozsądku, z miłości bierze się kochanka/kochankę").
Ludzie zakochują się bez względu na to, w co wierzą. Lecz konsekwencje ponoszą już wg kulturowego(religijnego) klucza. Gdyby wychowywano Ciebie w kulturze, w której można mieć kilku partnerów, nie cierpiałbyś z tego powodu, że Twoja żona zakochała się w innym. Być może zaproponowałbyś jej, by również jego poślubiła. Zaznaczam - warunek jest taki, by to była inna kultura i inne możliwości prawne. Żona Przema ślubowała  miłość. I zdaje się, że nie złamała tej obietnicy, jak wynika z opisu. Nie ślubowała, że nie pokocha również innego. Oczywiście, jeśli ślub był standardowy a nie według zdefiniowanych przez nich samych warunków związku.
Dlatego też zapytałem autora wątku: "jaką krzywdę wyrządziła Ci żona?" Na czym ta krzywda polega?
Chyba mogę przypuszczać, sądząc po ironii, z jaką się wypowiedziałeś, że miłość wg Ciebie to nie jest ta z hymnów. Za to zasada "niech mąż dysponuje ciałem żony a żona niech dysponuje ciałem męża" jak najbardziej Ci odpowiada. Ją czujesz. Czy to coś zmienia, że jest to chrześcijański model małżeństwa? Może zmienia na gorsze, bo w tym modelu niejako rekompensatą za poddanie się partnerowi (dysponowanie ciałem) była miłość z hymnu. Ty takiej rekompensaty nie dajesz, (jeśli kpina z hymnu była szczera).
Pytałeś, czy jeszcze wierzę w hymny. Nie muszę wierzyć, po prostu to stosuję wobec moich bliskich. I taka miłość (a może obojętność?) czy taka postawa wydaje mi się... naturalna. Zna ją na pewno człowiek, który nie podważa autorytetu matki czy ojca (niekoniecznie tylko w czasach, gdy chodzi do przedszkola). Można wobec rodziców "nie dbać o swoje, nie pamiętać złego, cierpliwym być"? Można również wobec żony, męża... czy nawet kochanki/kochanka... jeśli się kocha smile

Jednak jak wiadomo - tyle jest rodzajów miłości, ilu ludzi na świecie.

46 Ostatnio edytowany przez Secondo1 (2016-10-31 20:39:23)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
przemo_86 napisał/a:

jesli ja pozwole jej na "sprawdzenie" innego zwiazku to wiem ze nawet jesli sie przejedzie nie bedziemy razem chocby bardzo chciala. To jest dla mnie granica sprzed ktorej chce ja wyciagnac na swoja strone.

Nie przeceniaj swoich możliwości.
Nie jesteś w stanie "wyciągnąć" żonę na swoją stronę.
To tylko ona może zrobić.

Ty jedynie możesz jej w tym pomoc.
Decyzję podejmie żona.

A jaką Ty podejmiesz decyzję ?
Piszesz, że żona nie będzie miała powrotu, jeżeli zechce "sprawdzić" nowy związek.
Powiedzialeś jej to ?

W jaki sposób uwiarygodniłeś swoją konsekwencję w przestrzeganiu, dotrzymaniu tej decyzji ?
Czy żona zna Ciebie jako faceta który nie rzuca słów na wiatr ?
Czy podjąłeś jakieś działania, które potwierdzają, ze będziesz konsekwentny w sprawie mozliwosci powrotu ?

Z tego co piszesz, to teraz dopiero, od kiedy mieszakcie osobno, jej romans rozkwitł na dobre, bo atmosfera stala się sprzyjająca ku temu.
Dajesz jej czas, na rozwoj romansu, przekonanie kochanka do związku, a wtedy....

Miłość potrzebuje stanowczości.
Stanowczości w postepowaniu, z miłością ale konsekwentnie.

zresztą, skąd wiesz, czy wlaśnie teraz żona nie "sprawdza" swojego nowego związku ?

47

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:
Piotr74 napisał/a:

Sorki, a Ty w jakies hymny wierzysz jeszcze? Ile masz lat? Co do kwestii wiernosci ma religia?
Ludzie sie zdradzaja bez wzglefu na to w kogo wierza.
Nie o religie tu chodzi, a o wlasne wartosci, ktore sa uniwersalne dla wiekszosci ludzi. Czyli nie robie czegos, co krzywdzi innych, nie robie nic co jest wbrew kous trzeciemu.

Co ma wspólnego religia z kwestią wierności? Bardzo dużo. To religia w znacznym stopniu wpływała na kulturę, w jakiej ludzie wychowują swoje dzieci przez tak wiele pokoleń. To religia podsuwała też wzorce zachowań, wartości. Te swobodne cytaty z Ewangelii nie padły tu jednak z tego powodu, że tak ma być wg religii, ale wyłącznie dlatego, że idealnie opisują związki. Mąż ma być przyporządkowany żonie, żona ma być przyporządkowana mężowi. Czyżbyś nie podzielał takiego przekonania?  Nie ma tu miejsca na odstępstwa od reguły. I nie zostawia się tego zaufaniu i woli związanych ze sobą ludzi. Nie polega się na przekonaniu, że jeśli kocha to będzie chciał(a) trwać w takim związku. Wymagane są śluby, zobowiązania. A upiększa się to wszystko poezją miłości, szlachetnością tego uczucia. Jakby ta szlachetność miała uzasadniać taki stan rzeczy.
Nie jest prawdą, że układ 1+1 jest uniwersalny dla większości. Są niemałe społeczności, w których dopuszcza się wielożeństwo (zatem człowiek jest w stanie kochać kilka osób, jeśli małżeństwo skojarzymy z miłością) lub modyfikuje się ustalone odgórnie (wielka w tym rola religii) zasady monogamii dostosowując je do potrzeb (jak choćby nieoficjalne przyzwolenie społeczne w krajach zlaicyzowanych dla praktyki w rodzaju: "małżeństwo zawiera się z rozsądku, z miłości bierze się kochanka/kochankę").
Ludzie zakochują się bez względu na to, w co wierzą. Lecz konsekwencje ponoszą już wg kulturowego(religijnego) klucza. Gdyby wychowywano Ciebie w kulturze, w której można mieć kilku partnerów, nie cierpiałbyś z tego powodu, że Twoja żona zakochała się w innym. Być może zaproponowałbyś jej, by również jego poślubiła. Zaznaczam - warunek jest taki, by to była inna kultura i inne możliwości prawne. Żona Przema ślubowała  miłość. I zdaje się, że nie złamała tej obietnicy, jak wynika z opisu. Nie ślubowała, że nie pokocha również innego. Oczywiście, jeśli ślub był standardowy a nie według zdefiniowanych przez nich samych warunków związku.
Dlatego też zapytałem autora wątku: "jaką krzywdę wyrządziła Ci żona?" Na czym ta krzywda polega?
Chyba mogę przypuszczać, sądząc po ironii, z jaką się wypowiedziałeś, że miłość wg Ciebie to nie jest ta z hymnów. Za to zasada "niech mąż dysponuje ciałem żony a żona niech dysponuje ciałem męża" jak najbardziej Ci odpowiada. Ją czujesz. Czy to coś zmienia, że jest to chrześcijański model małżeństwa? Może zmienia na gorsze, bo w tym modelu niejako rekompensatą za poddanie się partnerowi (dysponowanie ciałem) była miłość z hymnu. Ty takiej rekompensaty nie dajesz, (jeśli kpina z hymnu była szczera).
Pytałeś, czy jeszcze wierzę w hymny. Nie muszę wierzyć, po prostu to stosuję wobec moich bliskich. I taka miłość (a może obojętność?) czy taka postawa wydaje mi się... naturalna. Zna ją na pewno człowiek, który nie podważa autorytetu matki czy ojca (niekoniecznie tylko w czasach, gdy chodzi do przedszkola). Można wobec rodziców "nie dbać o swoje, nie pamiętać złego, cierpliwym być"? Można również wobec żony, męża... czy nawet kochanki/kochanka... jeśli się kocha :)

Jednak jak wiadomo - tyle jest rodzajów miłości, ilu ludzi na świecie.

Moze zle napisalem, ze religia nie ma nic wspolnego z wiernoscia, bo chodzilo mi bardziej o to, ze zadna religia nic nie poradzi na to, zeby czlowiek nie dopuscil sie zdrady. Bo co z tego, ze ktos moze uwazac sie za czlowieka wierzacego, skoro w praktyce wybiorczo stosuje sie do zasad moralnych.
I moje zdanie jest takie, ze o wiele wiekszy wplyw na postepowanie czlowieka ma nie religia, ale wartosci jakie wyniesie z domu rodzinnego. To czy ma otwarty umysl i potrafi oddzielac to co dobre od tego co zle. Do tego zeby tak postepowac, aby nie krzywdzic innych, wcale nie trzeba byc czlowiekiem wierzacym. Czasem zatwardzialy ateista zyje bardziej moralnie niz czlowiek, ktory co niedziele zasowa do kosciola.
Pytasz jaka zona autora mu krzywde wyrzadzila? Ja odpowiem moze bardziej z mojego punktu widzenie, bo w jego glowie nie siedze. Otoz najzwyczajniej w swiecie go oklamala, zawiodla jego zaufanie do siebie. Slubowali sobie wiernosc i uczciwosc, ona te przysiege zlamala. O milosci nie mowie, bo to ulotne uczucie jak sie okazuje. Nikt nie broni jej pokochac ponownie, ale nie uwazasz, ze uczciwiej by bylo z jej strony najpierw zakonczyc malzenstwo a potem dopiero szukac sobie kolejnego obiektu westchnien.

48

Odp: moja zona zakochala sie w innym
przemo_86 napisał/a:
starr napisał/a:

Było o co walczyć? Sam sobie odpowiedz...

Bylo, wiem czego pragnalem i wiem co kochalem, gdybym o to nie walczyl sam sobie pozniej bym wyrzucal ze nie zrobilem wystarczajaco duzo aby wygrac.
Nazwijcie mnie jak chcecie ale... ciagle walcze, ciagle rozmawiam i staram sie byc blisko.

Nazwij siebie jak chcesz... nikt tutaj Ciebie obrażać nie będzie, bo z tego co czytałem, to chyba wszyscy piszący w Twoim wątku mają podobne doświadczenia. Każdy ze swoimi problemami sobie radzi, czy poradził. Teraz radził Tobie, na podstawie swoich doświadczeń.

Zastanów się na chłodno, czy to co robiłeś służyć miało tylko Tobie dla uspokojenia sumienia, czy miało skierować jej postrzeganie rzeczywistości na Ciebie?  Jeżeli to pierwsze, to faktycznie, zrobiłeś wszystko co w tej sytuacji można. Jeżeli miało być to drugie, to nic nie osiągnąłeś. Popatrz na kalendarium:
koniec lipca 2015 - wieścisz sukces i popędzenie gacha.
listopad 2015 - gach wreszcie znika z życia Twojej jż. Cztery miesiące po ogłoszeniu przez Ciebie sukcesu. Cztery miesiące okłamywania Ciebie.
połowa stycznia 2016 - nowy gach. Czyli dwa miesiące i sytuacja się powtarza. Nalegałeś na spuszczenie gacha, a on nadal aktualny.
Mamy listopad 2016.
Jesteś w tym samym miejscu, co rok temu? Nie, jest gorzej, bo nie mieszkacie razem, ona spotyka się z Tobą, no ale to normalne gdy są dzieci i z nim.
No ale sumienie Masz spokojne - zrobiłeś wszystko co można. 

Starasz się być blisko... Cieszysz się okruszkami uwagi jakimi jż Ciebie obdarza...
Zapomniałeś, albo nie znałeś zabawy w "gonienie króliczka". Wtedy, półtora roku temu, trzeba "zacząć uciekać" od niej, żyć swoim życiem, nie robić jazd, pokazać, że Ci na niej zależy, ale bez przegięć i najprawdopodobniej, przestraszona sytuacją zaczęła by Ciebie "gonić" i zbliżać się do Ciebie. Taki sens jest w metodzie 34 kroków. Na jakimś katolickim portalu reklamują ją jako metodę naprawienia związku. O tym samym mniej więcej pisała Kobieta65. Teraz na to jednak jest już za późno. Pęknięcie Waszego małżeństwa jest zbyt głębokie.

przemo_86 napisał/a:

Jestesmy po 2 sesjach z psychologiem i coz... na pytanie o miejsce w ktorym zaczelo sie psuc odpowiedziala ze juz na poczatku. bez wnikania w szczegoly wypomniala rzeczy ktore wydarzyly sie  8-9 lat temu a ktore powtarzalem co jakis czas. nie chodzi tu o cos ogromnego(w moim mniemaniu) a tylko lub az o moje niewystarczajace" postawienie sie rodzinie. Boli mnie ze nasze malzenstwo przetrwalo to jeszcze kilka lat a teraz okazuje sie ze jednak nie.
Moze ona tylko tak usprawiedliwia swoje postepowanie zeby bylo ze to ja jestem winien?
WIem ze spieprzylem wiele razy ale do jasnej cholery.... to ze np. mi bylo malo seksu nie popchnelo mnie do zdrady.

Oj, ona naprędce wymyśliła coś na odczepnego, a Ty to łyknąłeś. Równie dobrze mogła powiedzieć, że jak przedstawiała Ciebie swoim rodzicom po raz pierwszy, to wtedy pokazałeś co o nich myślisz, bo puściłeś bąka...
Siedem lat myślała co zrobić z sytuacją niedostatecznego wsparcia jej przed Twoja rodziną? A zamiast przedyskutować sytuację, albo Ci ją wykrzyczeć, poszła w bliskie znajomości z obcymi facetami. Chyba ta terapia z psychologiem idzie w złym kierunku.

przemo_86 napisał/a:

Odnosze wrazenie ze kobiety maja bardzo podla ceche.... zapamietywania oraz rozpamietywania starych przewinien. Moj kolega ladnie to opisal kiedys... ze kobiety jesli juz schowaja przeszlosc do pudelka to lubia tam zagladac i rozwlekac stare bolaczki, faceci natomiast chowaja wszystko co zle i juz do pudelka nie zagladaja. Zgodzicie sie ze mna?

Generalizujesz... Kobiety są rożne. Znam, nawet z tego forum, kobiety które wiele przeszły i nie rozpamiętują. Po prostu zaczęły inne, nowe życie, mało tego, z tym samym partnerem, a stare przewinienia pozostawiły za sobą. Pamiętają, ale wybaczyły i nie wywlekają ich przy każdej nadarzającej się sposobności.

przemo_86 napisał/a:

Ktos spytal jak sie czuje? chmm..... czasem rozmowa z zona wlewa nadzieje w moje serce a czasem rozgniata jes na miazge. Mam tak ogromna hustawke nastroju ze sam boje sie ze bede mial przez to klopoty np w pracy.

Cały Twój problem jest w tym, że nie chcesz dopuścić do siebie, do swojej świadomości, że ona już Ciebie nie kocha. Natomiast Ty próbujesz kochać za dwie osoby. To jeszcze nikomu na dobre nie wyszło. Co najwyżej, za jakiś czas napiszesz esej w wątku "Kobiet kochających za bardzo"
Niestety, ludzie się w sobie zakochują, chcą być ze sobą, a potem przychodzi taki czas, że się odkochują i chęć bycia razem zamienia się w chęć rozstania. Nie ma szans na przymuszenie do ponownego zakochania. Trzeba się pogodzić z tym, że nadszedł czas rozstania. Wbrew pozorom, to nie jest najgorsze, bo pozwala na, oczywiście po przejściu całego procesu żałoby po związku, na poznanie kogoś, dla kogo będzie się priorytetem, a nie opcją. A do czasu zrozumienia tego, będą huśtawki nastroju...

przemo_86 napisał/a:

Dzieci? tu sie dogadujemy tzn... nie macie pelnego obrazu.... z zona pisze i widuje sie prawie codziennie, wymieniamy sie opieka nad dziecmi, czasem sie spotykamy, robimy razem zakupy. Czasami zostaje na noc np obejrzec film... moznaby powiedziec ze jestesmy przyjaciolmi. Obecnie nasze malzenstwo jest w zawieszeniu.
Z  tamtym zona utrzymuje tez kolezenskie kontakty. nie widuje sie z nim jakos super czesto bo dzieci, bo praca itd...
W skrocie: sa spotkania z psychologiem, ja ja namawiam i przekonuje ze wartoby powalczyc jeszcze, ona... ciezko powiedziec niby jest na nie ale widze ze tez chce byc blisko mnie, jako przyjaciele oczywiscie.

Jak napisała I_see_beyond dopóki tamten plącze się po życiu Twojej jż, to nie ma sensu zawracanie głowy psychologowi. To po prostu nie ma szans się udać i nikomu się nie udało. Nie łódź się, nie będziesz pierwszy. Lepiej zmienić to w terapię indywidualną z celem podniesienie własnego ego, bo właśnie to jest najbardziej Tobie teraz potrzebne. Przynajmniej kasa wydana rozsądnie.

przemo_86 napisał/a:

Zastanawia mnie jak to jest ze tak bardzo chcialaby zebysmy zostali przyjaciolmi jakby co... kurcze no nie wyobrazam sobie zeby oczekiwac od drugiej strony przyjazni w podonej sytuacji.

W sytuacji, kiedy Twoja jż nie jest pewna intencji fagasa, jej "przyjaźń" to nic innego jak szykowanie sobie tylko miękkiego lądowiska u Ciebie, gdyby tam  nie wyszło. Potem to lądowisko wykorzysta jako pas startowy do nowej znajomości. Pisałem o tym półtora roku temu. Pisałem też, że teraz nieważne jest co ona mówi. Będzie mówić dużo rożnych słów, ale nie ma co w nie wierzyć, jakie by nie były. W to co robi można wierzyć tylko w połowie. Prawdziwe jej intencje zobaczysz jak z fagasem jej wyjdzie. I na pewno nie będzie to miłe dla Ciebie. To będzie taka trudna przyjaźń...

przemo_86 napisał/a:

Moja teoria jest taka... gdyby nie fagas to znacznie latwiej byloby dotrzec do jej glowy (znow rozowe okulary), ja znow kusi cos nowego, ktos inny, ktos kto w jej mniemaniu wiele by poswiecil. Gdyby nie on, ja mialbym szanse jej pokazac z pomoca (wreszcie) psychologa ogarnelibysmy nasz zwiazek.

No cóż, teoria słuszna i wielu próbowało udowodnić jej prawdziwość. Niestety nikomu się nie udało tego dokonać w pojedynkę. Ale to Twoje życie... próbuj...

"Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los." 
Oscar Wilde
gg: 12848803
Malcolm Young ur. 6 stycznia 1953, zm. 18 listopada 2017

49 Ostatnio edytowany przez Excop (2016-11-01 11:13:14)

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Odejście emocjonalne, to koniec dotychczasowego związku.
Zaklinanie rzeczywistości nic nie da.
Jedyne, co łączy byłych partnerów w tej sytuacji, to dzieci.
Moim zdaniem, Przemo, powinieneś uznać własną walkę o uratowanie małżeństwa za stracony czas.
Ona, jeszcze Twoja żona nie może kochać obu.
Wobec Ciebie odzywają się u niej skrupuły wynikające z pamięci o kilku latach wspólnego życia i troska o dzieci.
W tamtym jest zakochana. I nic tego nie zmieni, choćbyś znalazł przeciwko niemu "twarde dowody" na to, czy tamto.
Myśli, czy jej zachowanie jest li tylko wyrachowaniem i kalkulacją, powinieneś odłożyć na bok.
Bo takim zapewne ono jest. Poczytaj Piotra74. Lektura może zajmie trochę czasu, ale warto uczyć się na cudzych błędach, przed popełnieniem kolejnych własnych.

facet po przejściach

50

Odp: moja zona zakochala sie w innym
Piotr74 napisał/a:


nie uwazasz, ze uczciwiej by bylo z jej strony najpierw zakonczyc malzenstwo a potem dopiero szukac sobie kolejnego obiektu westchnien.

Nie, nie uważam tak. Pamiętasz? - jako krzywdę podałeś złamanie przysięgi i doprowadzenie w związku z tym do utraty zaufania. Czy zakończenie związku nie jest złamaniem przysięgi "że Cię nie opuszczę aż do śmierci"? Otóż jest. I to jest zarówno w przypadku rozwodu dokonanego w celu szukania nowego obiektu westchnień jak i dokonanego z powodu zaistniałej zdrady. (Nie ślubuje się przecież trwania w związku do momentu złamania przysięgi). Jeśli krzywdą jest złamanie przysięgi to będzie nią w przypadku niedotrzymania jakiejkolwiek obietnicy złożonej pod przysięgą. Gdyby ktoś przysięgał, że dotrzyma wierności i będzie po każdym obiedzie zmywał naczynia, to na zdrowy rozum wyrządzi krzywdę spowodowania utraty zaufania zarówno jeśli jednorazowo skoczy w bok, jak również gdy raz nie zmyje naczyń po obiedzie. Czy byłoby uczciwsze zrezygnowanie ze wspólnych obiadów i stołowanie się na przykład u przyjaciół, by móc uniknąć zmywania podczas gdy partner gotuje w domu?
Jednak to prawda, że ludzie różną miarę przykładają do różnych "rzeczy", wartości itp. I rzeczywiście jeśli dla kogoś najważniejszy w związku jest seks, będzie kładł nacisk na aspekt wierności i w przypadku niedotrzymania tejże uzna się za pokrzywdzonego, chociaż wcześniej może zbagatelizować niedotrzymanie przysięgi w kwestii np. miłości lub uczciwości małżeńskiej. Być może upraszczam pisząc, że dla kogoś najważniejszy jest seks. Być może wcale tak nie jest a jest to tylko kwestia kulturowego napiętnowania (zwróćmy uwagę, ze tylko w przypadku zdrady funkcjonuje w opinii ludzi pejoratywne określenie "rogacza", każde inne niedotrzymanie obietnicy traktowane jest jako coś, co się zdarza i może się przytrafić każdemu. "Tak bywa". O małżonku, który przestał kochać nie mówi się, ze jest krzywoprzysiężcą, że złamał ślub). Istnienie pojęcia "rogacza" jest dość mocną przesłanką na to, że kultura/religia ma bardzo duży wpływ na nasze postrzeganie związku... i zapewne nie tylko związku.

51 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2016-11-03 10:21:23)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
starr napisał/a:
przemo_86 napisał/a:

Dzieki za dobre zyczenia:)

Skoro to Ciebie kręci,  to do zobaczenia za jakiś rok, półtora...

Jasnowidz jakiś, czy "cóś"? big_smile
Wróż Maciej powinien się mieć na baczności wink


Przemo, wszyscy tutaj mają dobre intencje, chcą Tobie pokazać powtarzające się schematy, abyś spojrzał na swoją sytuację z punktu widzenia osób, które były wcześniej w Twojej sytuacji i już zakończyły "walkę", wyciągnęły wnioski.
Wielka szkoda, że nie chcesz uczyć się na cudzych błędach, wykorzystywać doświadczenia innych sad


Dżdżownick
(Prawie) Każdy człowiek ma przynajmniej dwa światy wewnętrzne. Jeden to świat myśli, intelektualny, racjonalny, drugi to świat emocji i uczuć.
Czytając Twoje posty mam wrażenie, że marginalizujesz ten drugi świat, nie chcesz go zauważyć, pomijasz. Trudno o wspólną płaszczyznę porozumienia między osobami, które doznały krzywdę w postaci bólu psychicznego na sobie samym oraz osobami, które tej krzywdy "nie czują".
To prawda, że skutki zdarzenia w większym stopniu zależą od znaczenia, jakie się temu zdarzeniu przypisuje niż od jego "obiektywnych", zintelektualizowanych cech, ale cierpienie psychiczne jest prawdziwe, nawet wtedy, gdy ktoś, kto go nie odczuwa - nie uznaje go.

52

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:
Piotr74 napisał/a:


nie uwazasz, ze uczciwiej by bylo z jej strony najpierw zakonczyc malzenstwo a potem dopiero szukac sobie kolejnego obiektu westchnien.

Nie, nie uważam tak. Pamiętasz? - jako krzywdę podałeś złamanie przysięgi i doprowadzenie w związku z tym do utraty zaufania. Czy zakończenie związku nie jest złamaniem przysięgi "że Cię nie opuszczę aż do śmierci"? Otóż jest. I to jest zarówno w przypadku rozwodu dokonanego w celu szukania nowego obiektu westchnień jak i dokonanego z powodu zaistniałej zdrady. (Nie ślubuje się przecież trwania w związku do momentu złamania przysięgi). Jeśli krzywdą jest złamanie przysięgi to będzie nią w przypadku niedotrzymania jakiejkolwiek obietnicy złożonej pod przysięgą. Gdyby ktoś przysięgał, że dotrzyma wierności i będzie po każdym obiedzie zmywał naczynia, to na zdrowy rozum wyrządzi krzywdę spowodowania utraty zaufania zarówno jeśli jednorazowo skoczy w bok, jak również gdy raz nie zmyje naczyń po obiedzie. Czy byłoby uczciwsze zrezygnowanie ze wspólnych obiadów i stołowanie się na przykład u przyjaciół, by móc uniknąć zmywania podczas gdy partner gotuje w domu?
Jednak to prawda, że ludzie różną miarę przykładają do różnych "rzeczy", wartości itp. I rzeczywiście jeśli dla kogoś najważniejszy w związku jest seks, będzie kładł nacisk na aspekt wierności i w przypadku niedotrzymania tejże uzna się za pokrzywdzonego, chociaż wcześniej może zbagatelizować niedotrzymanie przysięgi w kwestii np. miłości lub uczciwości małżeńskiej. Być może upraszczam pisząc, że dla kogoś najważniejszy jest seks. Być może wcale tak nie jest a jest to tylko kwestia kulturowego napiętnowania (zwróćmy uwagę, ze tylko w przypadku zdrady funkcjonuje w opinii ludzi pejoratywne określenie "rogacza", każde inne niedotrzymanie obietnicy traktowane jest jako coś, co się zdarza i może się przytrafić każdemu. "Tak bywa". O małżonku, który przestał kochać nie mówi się, ze jest krzywoprzysiężcą, że złamał ślub). Istnienie pojęcia "rogacza" jest dość mocną przesłanką na to, że kultura/religia ma bardzo duży wpływ na nasze postrzeganie związku... i zapewne nie tylko związku.

gdyby wiecej osob mialo takie podejscie, zycie byloby prostsze a ludzie szczesliwsi.

53

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:
Piotr74 napisał/a:


nie uwazasz, ze uczciwiej by bylo z jej strony najpierw zakonczyc malzenstwo a potem dopiero szukac sobie kolejnego obiektu westchnien.

Nie, nie uważam tak. Pamiętasz? - jako krzywdę podałeś złamanie przysięgi i doprowadzenie w związku z tym do utraty zaufania. Czy zakończenie związku nie jest złamaniem przysięgi "że Cię nie opuszczę aż do śmierci"? Otóż jest. I to jest zarówno w przypadku rozwodu dokonanego w celu szukania nowego obiektu westchnień jak i dokonanego z powodu zaistniałej zdrady. (Nie ślubuje się przecież trwania w związku do momentu złamania przysięgi). Jeśli krzywdą jest złamanie przysięgi to będzie nią w przypadku niedotrzymania jakiejkolwiek obietnicy złożonej pod przysięgą. Gdyby ktoś przysięgał, że dotrzyma wierności i będzie po każdym obiedzie zmywał naczynia, to na zdrowy rozum wyrządzi krzywdę spowodowania utraty zaufania zarówno jeśli jednorazowo skoczy w bok, jak również gdy raz nie zmyje naczyń po obiedzie. Czy byłoby uczciwsze zrezygnowanie ze wspólnych obiadów i stołowanie się na przykład u przyjaciół, by móc uniknąć zmywania podczas gdy partner gotuje w domu?
Jednak to prawda, że ludzie różną miarę przykładają do różnych "rzeczy", wartości itp. I rzeczywiście jeśli dla kogoś najważniejszy w związku jest seks, będzie kładł nacisk na aspekt wierności i w przypadku niedotrzymania tejże uzna się za pokrzywdzonego, chociaż wcześniej może zbagatelizować niedotrzymanie przysięgi w kwestii np. miłości lub uczciwości małżeńskiej. Być może upraszczam pisząc, że dla kogoś najważniejszy jest seks. Być może wcale tak nie jest a jest to tylko kwestia kulturowego napiętnowania (zwróćmy uwagę, ze tylko w przypadku zdrady funkcjonuje w opinii ludzi pejoratywne określenie "rogacza", każde inne niedotrzymanie obietnicy traktowane jest jako coś, co się zdarza i może się przytrafić każdemu. "Tak bywa". O małżonku, który przestał kochać nie mówi się, ze jest krzywoprzysiężcą, że złamał ślub). Istnienie pojęcia "rogacza" jest dość mocną przesłanką na to, że kultura/religia ma bardzo duży wpływ na nasze postrzeganie związku... i zapewne nie tylko związku.

No, rozwód jest złamaniem przysięgi "i nie opuszczę Cię aż do śmierci",
zdrada jest złamaniem przysięgi "ślubuję Ci wierność i uczciwość małżeńską".
Pod tym względem, zarówno rozwód jak i zdrada są takim samym złamaniem przysięgi malżeńskiej.

Chyba, że ktoś nie składał takiej przysięgi, bo miał tylko ślub cywilny....

Poza tym, nawet Kościół zaczyna podchodzić do kwestii ślubu kościelnego nieco luzniej.
Przed Franciszkiem istniały procedury akceptacji nowego związku, a za Franciszka dodano jeszcze kilka dodatkowych... konieczność wychowywania wspólnych dzieci, osoby które walczyły o związek a potem długi czas były same i czekały na powrot małżonka.

Jedynie złamanie "wierności i uczciwości małżeńskiej" jeszcze jest nieakceptowane, ale...
świat się zmienia.

54

Odp: moja zona zakochala sie w innym
Przyszłość napisał/a:

(Prawie) Każdy człowiek ma przynajmniej dwa światy wewnętrzne. Jeden to świat myśli, intelektualny, racjonalny, drugi to świat emocji i uczuć.
Czytając Twoje posty mam wrażenie, że marginalizujesz ten drugi świat, nie chcesz go zauważyć, pomijasz. Trudno o wspólną płaszczyznę porozumienia między osobami, które doznały krzywdę w postaci bólu psychicznego na sobie samym oraz osobami, które tej krzywdy "nie czują".
To prawda, że skutki zdarzenia w większym stopniu zależą od znaczenia, jakie się temu zdarzeniu przypisuje niż od jego "obiektywnych", zintelektualizowanych cech, ale cierpienie psychiczne jest prawdziwe, nawet wtedy, gdy ktoś, kto go nie odczuwa - nie uznaje go.

Przyszłości - to nieprawda, że nie zauważam emocji i uczuć i że chcę je marginalizować. Ja tylko próbuję osłabić ich skutki prowadzące do cierpienia. Jeśli można to zrobić poprzez racjonalne argumenty, to dlaczego tego nie spróbować? Jeśli żywimy wobec kogoś negatywne uczucia opierające się na pewnych przyjętych schematach i uprzedzeniach to lepiej jest pielęgnować to uczucie, czy może warto racjonalnie podejść do źródła niechęci? Jeśli odczuwamy lęk na widok pewnych zjawisk w Naturze to czy nie jest dobrze poznać i wyjaśnić zjawisko i opanować lęk?
Tutaj, w tej dyskusji, jak i w wielu innych, do głosu dochodzi "racjonalizm". Nie tylko w moim wydaniu. Przecież zarzut wobec zdradzającej osoby jest całkowicie racjonalny i zrozumiały - niedotrzymanie umowy i związana z tym utrata zaufania. Twoja reakcja pozwala przypuszczać, że jednak nie o umowę chodzi, nie o jej złamanie a utrata zaufania nie opiera się na tym niedotrzymaniu. Bo być może nie utraciłabyś zaufania do osoby, która po złożonej Ci przysiędze, że będzie zmywać naczynia po posiłkach, raz nie umyje naczyń zwalając to na Ciebie lub nawet jeśli całkowicie przestanie myć. Możliwe, że utrata zaufania opiera się na czymś innym, zgoła nieracjonalnym, a mianowicie na chęci posiadania drugiego człowieka i poczuciu, że się on wymyka, jeśli szuka wrażeń poza związkiem. Jeśli jego potrzeba szczęścia nie wyczerpuje się w związku. Z reguły zarzuty wobec zdradzających osób ograniczają się do tych racjonalnych i tą racjonalną sferą tłumaczy się też ból i smutek. Gdybyśmy jednak rzetelnie przyjrzeli się emocjonalnym podstawom tych cierpień, znajdziemy może niezbyt ładne źródła tych uczuć. Próżność? Zaborczość? A może znajdziemy dobre źródła? Gdybyś miała zastanowić się, dlaczego chcesz, by Twój mąż/partner odczuwał szczęście wyłącznie z Tobą, co mogłabyś znaleźć? Dlaczego ma nam zależeć na tym, by ograniczać partnerom możliwości odczuwania szczęścia? Argumenty racjonalne nie wydają Ci się tu stosowne, więc może... spróbujmy na to spojrzeć po Twojemu. Przedstawisz aspekt emocjonalny?

Adiaphoro - to chyba nie jest takie proste. Czasami ułatwienia okazują się... problemem, utrudnieniem. Dwoje ludzi potrafi sobie znaleźć problemy. Chociaż, o dziwo, przyjaźń zdaje się być na to odporna...

Secondo - To dobre uściślenia. I ciekawe kwestie dotyczące Kościoła. Nie znam dość dobrze tego tematu w aspekcie prawa kościelnego. Wydaje mi się, że Kościół "akceptuje" zdradę, jeśli można to tak nazwać. W tym sensie, że zdrada nie jest podstawą do rozwodu. Uznaje ją za grzech... ale człowieka uznaje za istotę grzeszną...

55 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2016-11-04 11:11:14)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:

Przyszłości - to nieprawda, że nie zauważam emocji i uczuć i że chcę je marginalizować. Ja tylko próbuję osłabić ich skutki prowadzące do cierpienia. Jeśli można to zrobić poprzez racjonalne argumenty, to dlaczego tego nie spróbować? Jeśli żywimy wobec kogoś negatywne uczucia opierające się na pewnych przyjętych schematach i uprzedzeniach to lepiej jest pielęgnować to uczucie, czy może warto racjonalnie podejść do źródła niechęci? Jeśli odczuwamy lęk na widok pewnych zjawisk w Naturze to czy nie jest dobrze poznać i wyjaśnić zjawisko i opanować lęk?

Dżdżownick
Już na początku naszej ery stoicy zwrócili uwagę na to, że to nie stricte zdarzenia powodują, że ludzie się smucą, weselą, boją, rozpaczają, ale interpretacja przez nich tych zdarzeń. Niewiele się od tamtego czasu zmieniło. Należałoby się jednak zastanowić, czy można/należy/trzeba osłabiać skutki cierpienia osoby, która już cierpi(ała), twierdzeniem, że jej cierpienie jest racjonalnie nieuzasadnione, wynikające z jej próżności lub zaborczości.
Emocje są INDYWIDUALNĄ odpowiedzią na zdarzenia, bo są sygnałem naszych potrzeb. To, co nam emocje pomagają uzmysłowić sobie to nasze potrzeby a w konsekwencji oczekiwania, pragnienia, marzenia. Zatem jaki jest sens uświadamianie komuś, że jego marzenia są beee, oczekiwania nieracjonalne a pragnienia do luftu? Bo na końcu do tego sprowadzają się takie analizy, interpretacje czy przypuszczenia.

dżdżownick napisał/a:

Gdybyś miała zastanowić się, dlaczego chcesz, by Twój mąż/partner odczuwał szczęście wyłącznie z Tobą, co mogłabyś znaleźć? Dlaczego ma nam zależeć na tym, by ograniczać partnerom możliwości odczuwania szczęścia? Argumenty racjonalne nie wydają Ci się tu stosowne, więc może... spróbujmy na to spojrzeć po Twojemu. Przedstawisz aspekt emocjonalny?

W mojej ocenie to jest źle postawione pytanie, bo zawiera tezę, że "chcę ograniczyć swojemu partnerowi odczuwanie szczęścia wyłącznie ze mną". A ja tylko nie chcę żeby on odczuwał szczęście moim kosztem, więc jeśli jego szczęście równa się mojemu nieszczęściu/cierpieniu to zwyczajnie jest nam nie po drodze, bo nasze potrzeby wzajemnie się wykluczają. Dla mnie na tym polega dojrzały związek, że obie strony dają sobie to, co dla drugiej jest oczekiwane, ważne i cenne. To wcale nie musi być to samo i w ogóle nie musi być symetrycznie. Ale z pewnością nie mam zamiaru poświęcać swoich pragnień i oczekiwań, aby uszczęśliwiać mojego partnera, bo nie jestem cierpiętnicą, nie chcę rezygnować z siebie. Taka już po prostu jestem i nie odczuwam potrzeby zmiany siebie, aby podporządkować się pod cudze oczekiwania. Nie czuję potrzeby obniżania swoich kryteriów wobec partnera. Dla Ciebie może być to próżność i zaborczość a dla mnie jest to dbaniem o siebie, o swoje potrzeby, o swoje szczęście.
Rozumiesz to, Dżdżownik? Mój wybór nie jest może racjonalny w Twoich kategoriach, ale jest wewnętrznie uczciwy w moim odczuciu.

Ludzie różnią się od siebie, mają inne światopoglądy, różne potrzeby i oczekiwania. Po prostu pięknie się różnijmy i nie próbujmy innych przekonywać do swojego widzenia świata; przekonywać, że potrzeby i oczekiwania inne od moich są nieodpowiednie lub nieadekwatne. Na życiowego partnera wybiera się osobę, która w kwestiach podstawowych, dotyczących światopoglądu, celów i środków do ich realizacji kieruje się podobnymi przesłankami, ale czasami okazuje się, że nie jest tak do końca albo w ogóle. Wtedy weryfikujemy je i decydujemy czy dalej nam razem po drodze czy nie.
Pozdrawiam smile

56

Odp: moja zona zakochala sie w innym
Przyszłość napisał/a:

W mojej ocenie to jest źle postawione pytanie, bo zawiera tezę, że "chcę ograniczyć swojemu partnerowi odczuwanie szczęścia wyłącznie ze mną". A ja tylko nie chcę żeby on odczuwał szczęście moim kosztem, więc jeśli jego szczęście równa się mojemu nieszczęściu/cierpieniu to zwyczajnie jest nam nie po drodze, bo nasze potrzeby wzajemnie się wykluczają.
Pozdrawiam smile

To właśnie jest najbardziej istotne w całym tym zagadnieniu. Kwestia kosztu Nie chcesz, by partner odczuwał szczęście Twoim kosztem. Jednak jaki koszt ponosisz? Jego czyn z drugą osobą do niczego Ciebie nie zmusza, w nic bezpośrednio nie angażuje, niczym Twoim się nie posługuje i być może próbuje pozostawić Cię w nieświadomości takiego czynu. Nie chcesz przyznać, że wymóg wierności jest ograniczeniem partnerowi możliwości odczuwania szczęścia... ale właśnie ten wymóg trafniej wpisuje się w określenie szczęścia czyimś kosztem. Będziesz szczęśliwa, jeśli partner powstrzyma się przed przyjemnościami z kimś innym. Jeśli on zapragnie tych przyjemności z kimś innym, to Twój wymóg jest ograniczeniem. To nie jest wydumany problem. Wyobraź sobie człowieka, który kocha swojego partnera/partnerkę, ale partner(ka) przestaje go pociągać fizycznie natomiast odczuwa pożądanie wobec innych. Wymóg wierności jest w tym przypadku ograniczeniem a satysfakcja z tego, że dotrzymuje wierności obarczona jest tym złowróżbnym określeniem... "jego kosztem". Mamy więc tu trochę do czynienia z "odwróceniem kota ogonem".

57 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2016-11-04 11:34:34)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:

To właśnie jest najbardziej istotne w całym tym zagadnieniu. Kwestia kosztu Nie chcesz, by partner odczuwał szczęście Twoim kosztem. Jednak jaki koszt ponosisz? Jego czyn z drugą osobą do niczego Ciebie nie zmusza, w nic bezpośrednio nie angażuje, niczym Twoim się nie posługuje i być może próbuje pozostawić Cię w nieświadomości takiego czynu. Nie chcesz przyznać, że wymóg wierności jest ograniczeniem partnerowi możliwości odczuwania szczęścia... ale właśnie ten wymóg trafniej wpisuje się w określenie szczęścia czyimś kosztem. Będziesz szczęśliwa, jeśli partner powstrzyma się przed przyjemnościami z kimś innym. Jeśli on zapragnie tych przyjemności z kimś innym, to Twój wymóg jest ograniczeniem. To nie jest wydumany problem. Wyobraź sobie człowieka, który kocha swojego partnera/partnerkę, ale partner(ka) przestaje go pociągać fizycznie natomiast odczuwa pożądanie wobec innych. Wymóg wierności jest w tym przypadku ograniczeniem a satysfakcja z tego, że dotrzymuje wierności obarczona jest tym złowróżbnym określeniem... "jego kosztem". Mamy więc tu trochę do czynienia z "odwróceniem kota ogonem".

Mój koszt to - w tym konkretnym przypadku - mój ból, moje cierpienie, moj brak spełnienia, pogrzebanie moich marzeń, oczekiwań i potrzeb. Tak, dużo tego "mojego". Widocznie jestem próżna i zaborcza, ale mojego partnera nie zmuszam do podporządkowania się "mnie". Jeśli jego potrzeby i moje potrzeby nie są kompatybilne to czas się rozstać, a nie czas zacząć oszukiwać, nie szanować i zapomnieć o lojalności.
Nie jestem po prostu altruiską, która zapomni o sobie i swoich potrzebach, żeby mojemu partnerowi umożliwić pełnię szczęścia. Zresztą związek to wzajemna zależność i postępowanie jednej osoby ma wpływ na drugą a udawanie, że tak nie jest albo racjonalizowanie sobie własnego cierpienia, redukowanie się do potrzeb jednego z partnerów uważam za marnowanie swojego życia i uznanie, że potrzeby jednego (dorosłego i pełnosprawnego) człowieka są ważniejsze niż drugiego.

58

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Przemku

Twoja żona widzi w Tobie słabeusza, którego ma na kiwnięcie palca..

Sorry ale ona Cię już dawno nie kocha a to czego jej potrzeba to facet z jajami, który potrafi wyznaczyć granice..

Zapomniałeś o tym , ze kobieta czuje się bezpieczna i spełniona w ramionach silnego i zdecydowanego faceta, a Ty stałeś się rozmemłany żebrząc o resztki czegoś czego nie ma.
Twoja żona chodzi z Toba do psychologa z litości dla Ciebie, abyś w końcu zrozumiał, ze ona chce odejść i abyś nie zrobił jakiś głupot..
Cały czas szuka swojego szczęścia w coraz to nowych adoratorach, bo chce odetchnąć od tego co sobie fundujecie od roku ( wieczna inwigilacja, kontrola itp. )

Zrozum chłopie, to nie wina innych panów, że ona nie chce być z Toba - to jej decyzja i zrealizuje ją prędzej czy później..

59

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Przepraszam Cię, Przyszłość. Niepotrzebnie nakłoniłem Cię do rozwinięcia rozmowy. Mam wrażenie, że Cię zirytowałem. Chyba nie potrafię dyskutować ostrożniej. Mam wiele myśli po Twojej odpowiedzi... ale trochę zmienię temat. Byłem kiedyś przy mojej przyjaciółce płaczącej z powodu rozstania i zdrady. Znam te emocje z widzenia. I tu przypomina mi się wiersz Adiaphory. Prawda to - miłość to przypadłość, o której lepiej milczeć. I może gdyby mniej o niej mówiono, mniej też byłoby cierpień?
Pozdrawiam...

60 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2016-11-05 06:37:49)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:

Przepraszam Cię, Przyszłość. Niepotrzebnie nakłoniłem Cię do rozwinięcia rozmowy. Mam wrażenie, że Cię zirytowałem. Chyba nie potrafię dyskutować ostrożniej.

Rzeczywiście, nieco się zirytowałam, ale bez przesady - nie bardziej niż irytuje mnie ostatnio sytuacja w naszym kraju na scenie politycznej i wokół niej wink  W każdym bądź razie poczułam się po Twojej wypowiedzi niezrozumiana i nieakceptowana  z tego powodu, że moje potrzeby są dla mnie równie a może nawet bardziej istotne i niż potrzeby mojego partnera.

dżdżownick napisał/a:

ale trochę zmienię temat. Byłem kiedyś przy mojej przyjaciółce płaczącej z powodu rozstania i zdrady. Znam te emocje z widzenia. I tu przypomina mi się wiersz Adiaphory. Prawda to - miłość to przypadłość, o której lepiej milczeć. I może gdyby mniej o niej mówiono, mniej też byłoby cierpień?
Pozdrawiam...

Ja akurat widzę inaczej prawdę o miłości. I może o to chodzi, że każdy widzi, definiuje i interpretuje miłość inaczej. Tak najkrócej - dla mnie miłość to wolność.

Pozdrawiam smile

61

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Witam przeczytałem początek i ech kobiety zara Panie powiedzą faceci ,jak dobrze doczytałem zainteresowała się jednym ,potem gdy coś szło dalej w sensie naprawy pokazał się ktoś inny... i już leci jakby złotego słonia dostała
W związku zapewne rutyna ,człowiek uczy się na błędach u mnie było podobnie smile Potrafię teraz bardziej kobiety zrozumieć po moich magicznych przejściach ,nie wiem co się im przewraca w głowie może nie wyszumiały się za młodości>? .
Jak coś się pierdzieli to po całej linii...
Rozwodzicie się>? Czy jest jeszcze szansa>?
Zostańmy przyjaciółmi chyba w to bym nie wierzył.
Jeżeli by jej zależało szukała by aby naprawić relacje i zapomnieć myślę że tutaj nie wiele jej coś pomoże jak ma różowe okulary .
Ja jestem przy rozwodzie ale mam wrażenie że moja mną dobrze manipuluje ale to osobny temat wink

Każdy człowiek powinien dążyć do szczęścia...życie jest za krótkie aby się smucić .Żyj tak aby nie żałować pod koniec życia że czegoś nie zrobiłeś....

62

Odp: moja zona zakochala sie w innym
Przyszłość napisał/a:
dżdżownick napisał/a:

Przepraszam Cię, Przyszłość. Niepotrzebnie nakłoniłem Cię do rozwinięcia rozmowy. Mam wrażenie, że Cię zirytowałem. Chyba nie potrafię dyskutować ostrożniej.

Rzeczywiście, nieco się zirytowałam, ale bez przesady - nie bardziej niż irytuje mnie ostatnio sytuacja w naszym kraju na scenie politycznej i wokół niej wink  W każdym bądź razie poczułam się po Twojej wypowiedzi niezrozumiana i nieakceptowana  z tego powodu, że moje potrzeby są dla mnie równie a może nawet bardziej istotne i niż potrzeby mojego partnera.

dżdżownick napisał/a:

ale trochę zmienię temat. Byłem kiedyś przy mojej przyjaciółce płaczącej z powodu rozstania i zdrady. Znam te emocje z widzenia. I tu przypomina mi się wiersz Adiaphory. Prawda to - miłość to przypadłość, o której lepiej milczeć. I może gdyby mniej o niej mówiono, mniej też byłoby cierpień?
Pozdrawiam...

Ja akurat widzę inaczej prawdę o miłości. I może o to chodzi, że każdy widzi, definiuje i interpretuje miłość inaczej. Tak najkrócej - dla mnie miłość to wolność.

Pozdrawiam smile

Zaskoczyłaś mnie tym, że poczułaś się nieakceptowana. Lubię czytać Twoje wypowiedzi, na ich podstawie mam jakieś wyobrażenie o Tobie i... lubię tę osobę z wyobrażenia. Odmienne poglądy nic w tym przypadku nie zmieniają. smile
Na ile potrafiłem, na tyle zrozumiałem... jest bardzo możliwe, że zrozumiałem źle. Dotąd bowiem nie wiem, dlaczego ludzie pragną tak ściśle posiadać drugiego człowieka... tak ściśle, czyli na zasadzie przyporządkowywania, "wiązania". To oczywiście prawo każdego, by mieć takie potrzeby, jakie chce i nic mi do tego, poza tym, że zauważam potencjalny problem cierpienia w pewnych potrzebach. Piszesz o tym, że Twoje potrzeby są dla Ciebie równie a może nawet bardziej istotne, niż potrzeby partnera. To wszystko jest naturalne w sytuacji potrzeb bezpośrednich. Chcesz być kochana, przytulana, chcesz może, by o Ciebie dbał. Jednak potrzeba kształtowania drugiego człowieka tak, by pasował do Twojego ideału jest czymś więcej, niż naturalną potrzebą. Pisaliśmy o ponoszonym koszcie. Czy podobnie, jak w przypadku uznania za Twój ewentualnie ponoszony koszt w postaci bólu spowodowanego rozczarowaniem postawą partnera w sytuacji, w którą nie byłabyś bezpośrednio zaangażowana, uznałabyś, że dzieci, które nie chcą zostać na ojcowiźnie ( chociaż to z myślą o przekazaniu im jej pracowali rodzice), tylko wybierają własne sposoby na życie, robią kariery kosztem rodziców? Bo sprawiają im ból nie zostając na miejscu? To sytuacja bardzo podobna. Ktoś chce, by ktoś inny zachowywał się w określony sposób, a jeśli tego ów inny ktoś nie zrobi, pragnący zaczyna cierpieć. Czy to nie jest szantaż emocjonalny? 
Różnie kombinuję, by to zrozumieć. Wymyślam już takie rzeczy, że partner, który - jak to się określa - zdradzi, staje się kimś niegodnym. Gdzieś obok tego tkwią w pamięci dość częste wyznania, że zdradzeni czują się w wyniku zdrady gorszymi... To wszystko wydaje mi się... tak odległe od miłości. W zasadzie przychodzi mi do głowy taka konkluzja, że nie kocha się drugiego człowieka, lecz kocha się to czym jest dla nas, to, co dla nas robi.

Piszesz, że dla Ciebie miłość to wolność. W kontekście pewnych warunków może to brzmieć nawet absurdalnie. Albo prowokacyjnie. Na pewno jest jakiś kontekst, w którym można takie określenie zrozumieć. Miłość, to na przykład uczucie, które pozwala fruwać bez odrywania stóp od ziemi. W tym sensie to jest wolność. D.H. Lawrence określał miłość jako uczucie, które promieniuje dookoła, rozlewa się na osoby będące w pobliżu, na sąsiadów, na rodaków, wreszcie na wszystkich ludzi. Otwiera go na bliźnich. To też jest wolność. (Chociaż D. H. Lawrence to ten pisarz, który napisał "Kochanka lady Chatterley", te jego słowa nie dotyczyły seksu i bynajmniej nie chodziło o wolną miłość. Chociaż sprzeczne z ideą wolnej miłości dzieci kwiatów też nie są).
Ciekaw jestem, jak Ty rozumiesz tę wolność. Ale nie chcę ciągnąć za język. Masz rację... trudno byłoby nam się porozumieć i to jest moja wina. Wiem, że mam zbyt badawcze podejście, a nie wszystko można dostrzec przez lupę...

63

Odp: moja zona zakochala sie w innym
Przyszłość napisał/a:
starr napisał/a:
przemo_86 napisał/a:

Dzieki za dobre zyczenia:)

Skoro to Ciebie kręci,  to do zobaczenia za jakiś rok, półtora...

Jasnowidz jakiś, czy "cóś"? big_smile
Wróż Maciej powinien się mieć na baczności wink

/.../
Wróż Maciej może być spokojny o swój biznes, bo on stawia karty a ja posłuchałem swojej intuicji smile
A tak na marginesie, tylko nieśmiało zwrócę uwagę, że autora nie ma już tydzień na wątku i intuicja mi już nie podpowiada, kiedy się pojawi...

"Ludzi można z grubsza podzielić na dwie kategorie: miłośników kotów i osoby poszkodowane przez los." 
Oscar Wilde
gg: 12848803
Malcolm Young ur. 6 stycznia 1953, zm. 18 listopada 2017

64 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2016-11-08 15:33:56)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
starr napisał/a:

/.../
Wróż Maciej może być spokojny o swój biznes, bo on stawia karty a ja posłuchałem swojej intuicji smile
A tak na marginesie, tylko nieśmiało zwrócę uwagę, że autora nie ma już tydzień na wątku i intuicja mi już nie podpowiada, kiedy się pojawi...

Intuicja to mix wiedzy i doświadczenia.
Rok, półtora może trzeba żeby życie po zdradzie wyklarowało prawdziwe intencje i uczucia obu stron. Ale co poźniej?


Dżdżownik,
Niby rozumiem Twoją mowę, potrafię myśleć Twoimi kategoriami, zanurzyć się w Twoim świecie, ale mam ochotę szybko uciekać z tego świata. Jest mi w nim obco, smutno i samotnie. Nie ma w tym świecie dla mnie miejsca. Nieprzyjemne uczucie.

dżdżownick napisał/a:

Zaskoczyłaś mnie tym, że poczułaś się nieakceptowana. Lubię czytać Twoje wypowiedzi, na ich podstawie mam jakieś wyobrażenie o Tobie i... lubię tę osobę z wyobrażenia. Odmienne poglądy nic w tym przypadku nie zmieniają. smile

Dziękuję smile
Mnie tez się dobrze Ciebie czyta, mimo że odczucia mam jak powyżej. Jestem w ambiwalencji: ciekawość i nieprzyjemne odczucia zarazem

dżdżownick napisał/a:

Na ile potrafiłem, na tyle zrozumiałem... jest bardzo możliwe, że zrozumiałem źle. Dotąd bowiem nie wiem, dlaczego ludzie pragną tak ściśle posiadać drugiego człowieka... tak ściśle, czyli na zasadzie przyporządkowywania, "wiązania". To oczywiście prawo każdego, by mieć takie potrzeby, jakie chce i nic mi do tego, poza tym, że zauważam potencjalny problem cierpienia w pewnych potrzebach. Piszesz o tym, że Twoje potrzeby są dla Ciebie równie a może nawet bardziej istotne, niż potrzeby partnera. To wszystko jest naturalne w sytuacji potrzeb bezpośrednich. Chcesz być kochana, przytulana, chcesz może, by o Ciebie dbał. Jednak potrzeba kształtowania drugiego człowieka tak, by pasował do Twojego ideału jest czymś więcej, niż naturalną potrzebą.

Nie chodzi o to, by kształtować drugą osobę i dostosowywać ją do swoich potrzeb i na podobieństwo swojego wyimaginowanego ideału, ale o to, żeby ta osoba na poziomie najistotniejszych dla wzajemnych relacji wartości miała zbliżone oczekiwania. Wtedy naturalne potrzeby są kompatybilne i nie trzeba ani się do nikogo dostosowywać, ani próbować zmieniać drugiej osoby. Ja nie mam potrzeby ani ochoty zmieniania kogokolwiek i chciałabym, aby nikt nie próbował także mnie zmieniać. Taka, jaka jestem mogę być dla kogoś ideałem, strzałem w 10tkę, a dla kogoś innego porażką i trafieniem kulą w płot. Chodzi o to, żeby się dobrze dobrać. Wtedy nie zmuszam nikogo do bycia ze mną, nie anektuję kogoś całego tylko dla siebie, ale ten ktoś z własnej nieprzymuszonej woli chce być tylko ze mną.

dżdżownick napisał/a:

Pisaliśmy o ponoszonym koszcie. Czy podobnie, jak w przypadku uznania za Twój ewentualnie ponoszony koszt w postaci bólu spowodowanego rozczarowaniem postawą partnera w sytuacji, w którą nie byłabyś bezpośrednio zaangażowana, uznałabyś, że dzieci, które nie chcą zostać na ojcowiźnie ( chociaż to z myślą o przekazaniu im jej pracowali rodzice), tylko wybierają własne sposoby na życie, robią kariery kosztem rodziców? Bo sprawiają im ból nie zostając na miejscu? To sytuacja bardzo podobna. Ktoś chce, by ktoś inny zachowywał się w określony sposób, a jeśli tego ów inny ktoś nie zrobi, pragnący zaczyna cierpieć. Czy to nie jest szantaż emocjonalny?

Zupelnie inaczej do tego podchodzę.
W tej sytuacji - z mojego punktu widzenia - rodzice wychowują swoje dziecko NIE na niezależnego i samodzielnego człowieka, który w przyszłości ma pokierować swoim życiem, zgodnie z własnymi naturalnymi predyspozycjami i potrzebami ale ma ono się stać docelowo "niewolnikiem oczekiwań rodziców". I w tym właśnie kontekście pisałam także o miłości jako wolności. Nie ma miłości bez wolności. Z mojej perspektywy osoby, które mimo oczekiwań swych matek i ojców, wybierają inny sposób na życie po prostu nie godzą się na bycie niewolnikami oczekiwań rodziców. Wybierają wolność. Według mnie wybierają życie na własny rachunek, a nie "karierę kosztem rodziców". Dla mnie taka perspektywa, w której dziecko staje się przedłużeniem rodziców, ich ambicji i pragnień, to narcyzm w czystej postaci. Egoizm połączony z brakiem wrażliwości na innych. Idąc w drugą stronę, dzieci mogłyby zażądać od rodziców, aby tamci sprzedali ojcowiznę, zamieszkali w mieście i pomagali im w wychowywaniu wnuków, bo sami oddają się robieniu kariery. Wtedy rodzice staliby się "niewolnikami oczekiwań dzieci".
Czy o to chodzi żeby narzucać swoje oczekiwania, swój światopogląd, swoje wartości innym? Gdzie tu jest miejsce na szacunek dla odrębności drugiego człowieka? I wszystko jedno, czy drugi człowiek jest rodzicem, czy dzieckiem.
Nie przeczę, że człowiek może stać się wykonawcą woli drugiego człowieka i wbrew swoim potrzebom poświęcić swoje życie na zadowalanie kogoś innego. Ale jest to jego wybór. Każdy ma wolną wolę i decyduje, jak żyje, ale także każdy jako człowiek ma prawo i obowiązek odpowiedzialności za własne życie.
Jeszcze raz powtórzę: nie chcę i nie oczekuję, aby ktoś np. mój partner rezygnował ze swoich potrzeb, ze swoich pragnień, ze swoich marzeń. Ale oczekuję, że on także nie będzie chciał i oczekiwał, żebym ja rezygnowała z moich potrzeb, pragnień i marzeń. W takiej sytuacji, gdy nasze potrzeby są sprzeczne, niech każde z nas idzie swoją drogą i nie krzywdzi drugiego. To nic innego jak rezygnacja z tego, co szkodzi, ale też danie sobie nawzajem szansy na zbudowanie z kimś innym związku, który nie będzie wymagał ani wyrzeczeń ponad (akceptowalna) miarę ani stawiania bolesnych wymagań.

dżdżownick napisał/a:

Różnie kombinuję, by to zrozumieć. Wymyślam już takie rzeczy, że partner, który - jak to się określa - zdradzi, staje się kimś niegodnym. Gdzieś obok tego tkwią w pamięci dość częste wyznania, że zdradzeni czują się w wyniku zdrady gorszymi... To wszystko wydaje mi się... tak odległe od miłości. W zasadzie przychodzi mi do głowy taka konkluzja, że nie kocha się drugiego człowieka, lecz kocha się to czym jest dla nas, to, co dla nas robi.

Poczucie gorszości wobec zdrady kogoś bliskiego ma korzenie we wcześniejszych doświadczeniach. Tak to widzę. Wtedy w obliczu zdrady często poczucie gorszości to emocjonalny powrót do przeszłości. Zgadzam się, że taka sytuacja daleka jest od prawdziwej miłości, bo okazuje się, że partner miał spełniać pewne potrzeby, miał być dopełnieniem, miał zapełnić pustkę emocjonalną i zaleczyć dawne rany i kompleksy, miał dać to, czego ktoś inny nie dał. Uważam, że "walki" o związek podejmowane przez zdradzonych to nic innego jak próba odwrócenia sytuacji z przeszłości i udowodnienia sobie, że jednak nie jest się takim "gorszym".

dżdżownick napisał/a:

Piszesz, że dla Ciebie miłość to wolność. W kontekście pewnych warunków może to brzmieć nawet absurdalnie. Albo prowokacyjnie. Na pewno jest jakiś kontekst, w którym można takie określenie zrozumieć. Miłość, to na przykład uczucie, które pozwala fruwać bez odrywania stóp od ziemi. W tym sensie to jest wolność. D.H. Lawrence określał miłość jako uczucie, które promieniuje dookoła, rozlewa się na osoby będące w pobliżu, na sąsiadów, na rodaków, wreszcie na wszystkich ludzi. Otwiera go na bliźnich. To też jest wolność. (Chociaż D. H. Lawrence to ten pisarz, który napisał "Kochanka lady Chatterley", te jego słowa nie dotyczyły seksu i bynajmniej nie chodziło o wolną miłość. Chociaż sprzeczne z ideą wolnej miłości dzieci kwiatów też nie są).
Ciekaw jestem, jak Ty rozumiesz tę wolność. Ale nie chcę ciągnąć za język. Masz rację... trudno byłoby nam się porozumieć i to jest moja wina. Wiem, że mam zbyt badawcze podejście, a nie wszystko można dostrzec przez lupę...

Fruwanie nad ziemią bardziej mi pasuje do opisu zakochania, czyli stanu, który jest wynikiem chemii organizmu bardziej niż świadomego wyboru.
Napisałam powyżej czym dla mnie jest wolność w kontekście miłości. To ofiarowywanie ( bez związku z ofiarą wink ) sobie nawzajem czasu i pozwolenia na własne odrębne życie w ustalonych granicach, które dla obojga są naturalne, niewymuszone, chciane i oczekiwane.
Niby takie to proste w teorii a praktyka pokazuje, źe trudno to przeskoczyć.

65

Odp: moja zona zakochala sie w innym
Przyszłość napisał/a:

Dżdżownik,
Niby rozumiem Twoją mowę, potrafię myśleć Twoimi kategoriami, zanurzyć się w Twoim świecie, ale mam ochotę szybko uciekać z tego świata. Jest mi w nim obco, smutno i samotnie. Nie ma w tym świecie dla mnie miejsca. Nieprzyjemne uczucie.

Tak to już jest, że każdy sam musi znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Mnie z kolei przeraża świat uczuć taki jak Twój. Niby drobna różnica - oboje zgadzamy się, że najlepiej jest, gdy partnerzy nie odczuwają pozazwiązkowych pragnień, różni nas tylko to, że gdy jednak takie pragnienia pojawią się i zostaną zrealizowane, w Twoim świecie jest to cios, ból, może koniec miłości lub związku. W moim to nie powoduje odwrócenia się od kochanej osoby, nie powoduje wrogości wobec niej.
Mój świat jest może za spokojny, nudny. Taki świat  jak Twój tętni życiem... rzec można - do bólu.

Nie piszę tego, by się odgryźć. Piszę tak z... pokorą i brakiem sił...

66 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2016-11-10 16:23:47)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:
Przyszłość napisał/a:

Dżdżownik,
Niby rozumiem Twoją mowę, potrafię myśleć Twoimi kategoriami, zanurzyć się w Twoim świecie, ale mam ochotę szybko uciekać z tego świata. Jest mi w nim obco, smutno i samotnie. Nie ma w tym świecie dla mnie miejsca. Nieprzyjemne uczucie.

Tak to już jest, że każdy sam musi znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Mnie z kolei przeraża świat uczuć taki jak Twój. Niby drobna różnica - oboje zgadzamy się, że najlepiej jest, gdy partnerzy nie odczuwają pozazwiązkowych pragnień, różni nas tylko to, że gdy jednak takie pragnienia pojawią się i zostaną zrealizowane, w Twoim świecie jest to cios, ból, może koniec miłości lub związku. W moim to nie powoduje odwrócenia się od kochanej osoby, nie powoduje wrogości wobec niej.
Mój świat jest może za spokojny, nudny. Taki świat  jak Twój tętni życiem... rzec można - do bólu.

Nie piszę tego, by się odgryźć. Piszę tak z... pokorą i brakiem sił...

Wierzę, że powyższy wpis nie jest po to, żeby się odgryźć, ale wydaje mi się, że dotknęły Cię moje słowa. Ten "brak sił", poczucie bycia niezrozumianym. Przykro mi jeśli Cię "osłabiłam" sad      W sumie to niepotrzebnie pisałam o swoich odczuciach i wrażeniach, mogłam ograniczyć się na pogłębieniu zrozumienia.

Nie sądzę, że Twój świat jest nudny a mój tętni życiem. Zupełnie nie smile Myślę, że po prostu w różny sposób odpowiadamy i REAGUJEMY na życiowe sytuacje. Odczuwamy podobnie, reagujemy inaczej. Wydaje mi się, że w Tobie jest dużo więcej akceptacji i przyzwolenia dla różnorakich (nawet bardzo trudnych) sytuacji. Przyjmujesz i aprobujesz to, że inni ludzie (nawet najbliżsi) mogą mieć inny system wartości od Ciebie i nie uwzględniać Ciebie i Twoich wartości w swoich myślach, uczuciach i zachowaniu. Podporządkowujesz się. U mnie to wygląda inaczej. Dla mnie typowym radzeniem sobie z odmiennymi postawami jest ucieczka. Miałeś przykład powyżej. Wystrzegam się sytuacji, unikam ludzi, którzy naraziliby mnie na ból, zranienie.
Jest jeszcze trzeci sposób radzenia sobie z "trudnymi sytuacjami", który nie jest dominujący ani dla Ciebie, ani dla mnie. Jest to kontratak.

W obliczu zdrady każda z osób zareaguje inaczej. Ja będę pakowała manatki i uciekała od danej sytuacji i krzywdzącej mnie osoby, aby uniknąć bólu. Ty przyjmiesz tę sytyację jako "normalną" i pogodzisz się ze swoimi odczuciami nawet jeśli będzie bolało. Osoba kontratakująca będzie próbowała udowodnić sobie i całemu światu, że jest "ponad", że nie odczuwa bólu, a do zdrajcy będzie pałała żądzą zemsty.

Prawdopodobnie sposoby radzenia sobie wynikają z indywidualnych predyspozycji biologicznych. Dlatego ludzie w obliczu tego samego niebezpieczeństwa reagują różnie: albo zastygają, albo uciekają, albo przechodzą do kontrataku. Dobrze być świadomym swojego podstawowego stylu, ale w życiu stosować kombinację wszystkich trzech.

PS Ciekawe, czy Autor wątku zaglądnie tu jeszcze, hmmm...?

67

Odp: moja zona zakochala sie w innym
Przyszłość napisał/a:

Wierzę, że powyższy wpis nie jest po to, żeby się odgryźć, ale wydaje mi się, że dotknęły Cię moje słowa. Ten "brak sił", poczucie bycia niezrozumianym. Przykro mi jeśli Cię "osłabiłam" sad      W sumie to niepotrzebnie pisałam o swoich odczuciach i wrażeniach, mogłam ograniczyć się na pogłębieniu zrozumienia.

Ależ nie... nie dotknęły mnie Twoje słowa. I dobrze, że nie powstrzymujesz się przed wyrażeniem odczuć. Ja z Twojej strony odczuwam... życzliwość, brak wrogości. Moja bezsilność wiąże się raczej z przeczuciem, że nie udaje się pomagać, gdy to emocje bolą. I nie myślę tu o Tobie smile To chyba ta sama bezsilność jaką się czuje na widok rozjechanych jeży, żab, wróbli, na wieść o samobójstwie zdradzonej... Świat jest jeden i to wszystko tworzy układankę...

Przyszłość napisał/a:

Nie sądzę, że Twój świat jest nudny a mój tętni życiem. Zupełnie nie smile Myślę, że po prostu w różny sposób odpowiadamy i REAGUJEMY na życiowe sytuacje. Odczuwamy podobnie, reagujemy inaczej. Wydaje mi się, że w Tobie jest dużo więcej akceptacji i przyzwolenia dla różnorakich (nawet bardzo trudnych) sytuacji. Przyjmujesz i aprobujesz to, że inni ludzie (nawet najbliżsi) mogą mieć inny system wartości od Ciebie i nie uwzględniać Ciebie i Twoich wartości w swoich myślach, uczuciach i zachowaniu. Podporządkowujesz się. U mnie to wygląda inaczej. Dla mnie typowym radzeniem sobie z odmiennymi postawami jest ucieczka. Miałeś przykład powyżej. Wystrzegam się sytuacji, unikam ludzi, którzy naraziliby mnie na ból, zranienie.
Jest jeszcze trzeci sposób radzenia sobie z "trudnymi sytuacjami", który nie jest dominujący ani dla Ciebie, ani dla mnie. Jest to kontratak.

W obliczu zdrady każda z osób zareaguje inaczej. Ja będę pakowała manatki i uciekała od danej sytuacji i krzywdzącej mnie osoby, aby uniknąć bólu. Ty przyjmiesz tę sytyację jako "normalną" i pogodzisz się ze swoimi odczuciami nawet jeśli będzie bolało. Osoba kontratakująca będzie próbowała udowodnić sobie i całemu światu, że jest "ponad", że nie odczuwa bólu, a do zdrajcy będzie pałała żądzą zemsty.

Prawdopodobnie sposoby radzenia sobie wynikają z indywidualnych predyspozycji biologicznych. Dlatego ludzie w obliczu tego samego niebezpieczeństwa reagują różnie: albo zastygają, albo uciekają, albo przechodzą do kontrataku. Dobrze być świadomym swojego podstawowego stylu, ale w życiu stosować kombinację wszystkich trzech.

PS Ciekawe, czy Autor wątku zaglądnie tu jeszcze, hmmm...?

Odczuwamy podobnie do pewnego stopnia. W tym moim świecie nie chodzi jednak o nieujawnianie bólu i zaciskanie zębów, chociaż rzeczywiście tak robię, jeśli coś takiego się zdarza. W przypadku tego, co tu nazywa się zdradą, ja widzę odrobinę szczęścia, jaką partner(ka) sobie zdobywa. I może tak o tym powiem: jak twierdził F. Bradley - "to nieprawda, że ten listek jest zielony. To świat jest taki, że ten listek jest zielony". Podobnie jest ze zdradą. Swiat jest taki, że czasami być może smutki przytłaczają, więc ta chwila radości zdobyta przez partnera mnie... cieszyłaby. Autentycznie. Bo to co boli to smutek bliskich... Szczególnie bliskich, ale nie tylko. Dlatego nie rozumiem gotowości do karania kogoś, kogo się kocha, przeczołgiwania go w odwecie, jak to też gdzieś czytałem.

A autor? Może zagląda? smile

68 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2016-11-14 17:19:28)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:

I może tak o tym powiem: jak twierdził F. Bradley - "to nieprawda, że ten listek jest zielony. To świat jest taki, że ten listek jest zielony".

Człowiek posiada cechę, która jest poza zasięgiem jakiejkolwiek innej ziemskiej istoty - zdolność do antycypowania. My, ludzi potrafimy z pewną dozą prawdopodobieństwa wyobrazić sobie jakie będą następstwa zdarzeń, naszych zachowań i jakie będą odczucia reakcje najbliższych w obliczu określonych sytuacji. Wcale nie trzeba sięgać po skrajności i przykład samobójstw zdradzonych czy też przeczołgiwanie zdrajcy.

Ciekawi mnie jakbyś zareagował, gdyby Twoja partnerka, znając Ciebie i Twoje wartości, zapewniała sobie chwile szczęścia podczas rozjeżdżania z premedytacją jeży, żab i może jeszcze innych zwierzątek?

69

Odp: moja zona zakochala sie w innym

@Przyszłość. Zrozumiałem. Coś zrozumiałem. Dziękuję Ci. Nie wiem, czy dokładnie to chciałaś przekazać, czy to co zrozumiałem jest zbieżne z tym, co myślisz.
Zrozumiałem, że te moje wywody tłumaczące brak podstaw... lub niepotrzebność pewnych rozczarowań, cierpień, wymagań w związku są podobne do ewentualnego postulatu, by zlikwidować ruch uliczny, wyeliminować pojazdy. Rzeczywiście, dzięki takiemu wyeliminowaniu nie ginęłyby pod kołami zwierzęta podobnie jak nie cierpieliby partnerzy nie skupiający się na kwestii wierności. W teorii to się "trzyma kupy". W praktyce jest... nieżyciowe.

Odpowiadając na pytanie - próbowałbym wyperswadować partnerce to rozjeżdżanie, powstrzymać przed tym.

Na koniec jeszcze nasunęła mi się taka refleksja w związku z porównaniem celowego znęcania się nad zwierzętami z przyjemnością seksu poza związkiem interpretowaną jako zadawanie cierpienia. W jednym i drugim przypadku może występować przyjemność. Jest tylko drobna różnica... i teraz wydaje mi się, że nieważna, ale ta nieważność też może być... smutna.

Jeszcze raz dziękuję. Dzięki tej rozmowie coś do mnie dotarło. Rozumiem te emocje.

Pozdrawiam smile

70

Odp: moja zona zakochala sie w innym
dżdżownick napisał/a:

Jeszcze raz dziękuję. Dzięki tej rozmowie coś do mnie dotarło. Rozumiem te emocje.

Pozdrawiam smile

smile
Pozdrawiam smile

71

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Wow widze ze temat soe mocno rozwinal. Ciekawe czy ktos chcialby poznac dalszy rozwoj wydarzen...

72

Odp: moja zona zakochala sie w innym
przemo_86 napisał/a:

Wow widze ze temat soe mocno rozwinal. Ciekawe czy ktos chcialby poznac dalszy rozwoj wydarzen...

Ja jestem ciekawa ;-)

Wcale się nie boję, że mnie podepczą. Podeptana trawa staje się ścieżką. Błaga Dimitrowa

73

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Przemo86, ja obstawiam, że kochanek poszedł w odstawkę, a ty z radością w sercu i wzruszeniem, że jednak wybrała ciebie, pogodziłeś się z niewierną małżonką. I teraz "kochacie się" jak nigdy przedtem.

Zgadłam? big_smile

74

Odp: moja zona zakochala sie w innym
przemo_86 napisał/a:

Wow widze ze temat soe mocno rozwinal. Ciekawe czy ktos chcialby poznac dalszy rozwoj wydarzen...

podpuszczasz nas...
Stawiam na taki obrót sprawy :
- Z powodu Twojej winy, żona musiała oddać się gorącemu romansowi.
Oczywiście "do niczego nie doszło".
Po kilku miesiącach Twoich starań żeby byc bardziej hm... śmieszny, adoracyjny, zapłakany, oddany, żona niespodziewanie postanowiła "dać Ci szansę".
Jednak.. oczywiście wszystko spartoliłeś, co zmusiło ją do powrotu w ramiona kochanka.
dochodziły do Ciebie jakieś słuchy, że się kłócili zanim postanowiła dać Ci szansę ale to nie miało znaczenia co do decyzji żony.

Inny scenariusz :
- odciąłeś się od żony, przestałeś się z nią kontaktować - jedynie w kwestii odwiedzin dzieci.
Zająłeś się sobą, swoimi zainteresowaniami, miałeś fajne towarzystwo, stałes się zadowolonym człowiekiem potrafiącym byś szczęśliwym sam ze sobą.
jakiś czas temu żona zaczęła atakować Cię próbami kontaktu, informacjami o wielkim błędzie w który wprowadziła ją "wróżka".
Ale Tobie to zwisa i powiewa.
Może kiedyś, może jak dojrzeje.

75

Odp: moja zona zakochala sie w innym

Nikt nie trafil....

Okazalo sie ze zona zdradzila mnie z nim fizycznie juz w lutym zeszlego roku po 4 tygodniach od zaproszenia go na fb. Niedawno przyznala sie ze jezdzila do niego czasami jeszcze mieszkajac ze mna i "naprawiajac" nasz zwiazek.
Jak mi teraz wiadomo seks z nim i ogolnie spotkania na 2-3 godziny spowodowaly ze rozkochala sie w nim na dobre.

Pol roku od kiedy zona sie wyprowadzila (mieszkala sama on ja odwiedzal) - przez ten czas wiele sie miedzy nimi popsulo, okazalo sie ze przespal sie ze swoja eks, ze broni swojej eks kiedy zona ja wyzywala, kreci cos w zwiazku z imprezami itd itp. Za kazdym razem zona postanowila wracac do mnie, przekonywala ze uda nam sie i ze jego juz nie ma. Po kilku dniach zauwazalem ze ona oddala sie ode mnie i z potulnej jak baranek zony zamieniala sie w kogos kto cichcem przemyka z telefonem w reku i pisze skrycie smsy. ZAwsze po kilku dniach kochanek zasypywal ja smsami tlumaczac sie i przepraszajac co odciagalo ja ode mnie i zazwyczaj konczylo sie to awantura i jej powrotem do wynajetego mieszkania.

Takie akcje mialy miejsce 3-4 razy. Okazalo sie rowniez ze kolezanka zony widziala go w klubie obscesyjnie lapiac za tylek i cycki inna kobiete, kiedy jego eks przyjachala do niego to przez tydzien olewal moja zone. Kiedy zarzucala mu klamstwo i zdrady potrafil jej niezle nawrzucac przez smsy. Dodatkowo niedawno dostalem anonimowe smsy od kogos kto typa zna. Ten ktos opisuje jak on opisywal znajomosc z moja zona ze darmowy seks i wogole zle rzeczy...
Ten ktos pisal rowniez ze ten typ zalicza laski po dyskotekach  i generalnie prowadzi zycie singla jednoczesnie bedac w kontaktach z zona.
Ktoregos dnia nie wytrzymalem i obilem mu ryja - tyle satysfakcji, poczulem sie o wiele lepiej.

Dodatkowo okazuje sie ze koles zarazil ja jakims wirusem (choroba weneryczna)

Od poczatku roku zona mieszka w domu ze mna, zwolnila sie z pracy ze wzgledu na plotki i sama sytuacje.
Kiedy wrocila oczywiscie znow byl entuzjazm i obietnica ze bedzie dobrze itd, ale znow zz czasem oddalala sie ode mnie. Jak sama teraz mowi ze mnie nie kocha a mimo wszystko do niego cos czuje ale ze zakonczyla z nim zwiazek i teraz tylko pisza bo on do niej pisze. Mowi ze potrzebuje czasu i ze nie chce poruszac tematu i ze moze za jakis czas bedzie mogla powiedziec czego chce dalej.

Co ja na to spytacie....
z domu jej nie wywalilem, przyjalem i zaoferowalem pomoc - to moja zona, matka moich dzieci i mimo wszystko kocham ja chociaz zal mam niesamowity.
Chce dac jej czas ktorego potrzebuje ale wiem ze dopoki ma jakikolwiek kontakt z typem to my nie mamy szans, powiedzialem jej ze musi go wyrzucic z zycia zeby miedzy nami moglo sie ukladac.
Siedze w miare cicho ale w glebi duszy plone z wscieklosci zalu i nienawisci...
WIem, powinienem ja zostawic i rozwazam to ale boje sie z drugiej strony ze tym popchne ja w jego kierunku. Boje sie natomiast tego ze kiedy bede za dobry ona i tak mnie wykorzysta i za jakis czas poplynie do niego.
Jestem w kropce...
Jesli dobrze licze to... meczarnia trwa juz prawie 2 lata z chwilami przerwy....

76 Ostatnio edytowany przez Harvey (2017-02-17 20:48:16)

Odp: moja zona zakochala sie w innym
przemo_86 napisał/a:

Nikt nie trafil....

lol

Jakbym miał obstawiać to I_see_beyond trafiła w samo sedno bo:

przemo_86 napisał/a:

[...] z domu jej nie wywalilem, przyjalem i zaoferowalem pomoc [...]
Chce dac jej czas ktorego potrzebuje ale wiem ze dopoki ma jakikolwiek kontakt z typem to my nie mamy szans, powiedzialem jej ze musi go wyrzucic z zycia zeby miedzy nami moglo sie ukladac.
Siedze w miare cicho ale w glebi duszy plone z wscieklosci zalu i nienawisci...
WIem, powinienem ja zostawic i rozwazam to ale boje sie z drugiej strony ze tym popchne ja w jego kierunku. Boje sie natomiast tego ze kiedy bede za dobry ona i tak mnie wykorzysta i za jakis czas poplynie do niego.

Bla bla bla... jak sam sie chłopie nie szanujesz to nie oczekuj, że ktoś będzie to robił za ciebie.

przemo_86 napisał/a:

Jestem w kropce...

Ty nie w kropce tylko w głębokiej d*pie jesteś. Idź po rozum do głowy i zakończ tą farsę ostrym cięciem... albo cierp dalej. Lepiej nie będzie a z czasem tylko gorzej.

See, madness, as you know, is like gravity. All it takes is a little push!

Posty [ 39 do 76 z 131 ]

Strony Poprzednia 1 2 3 4 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » MOJA NIESAMOWITA HISTORIA » moja zona zakochala sie w innym

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016