Życie w ciągłej obawie - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Życie w ciągłej obawie

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 38 z 56 ]

Temat: Życie w ciągłej obawie

Od jakiegoś czasu miotam się we własnych myślach i uczuciach. Wiem, że nikt za mnie nie zadecyduje, ale mam nadzieję, że dzięki Waszym wypowiedziom troszkę rozjaśni mi się w głowie. Ale od początku: historia pewnie będzie nieco przydługa, ale mam nadzieję, że komuś będzie chciało się poświęcić swój czas i przeczytać, odpowiedzieć parę słów. Słowem wstępu: mam 24 lata, mój mąż jest 2 lata starszy, jesteśmy rok po ślubie. Znamy się od 3,5 roku, nasza miłość raczej nie była wielka i szalona, rozwijała się powoli i ostrożnie, z racji tego, że oboje byliśmy po trudnych doświadczeniach. Mój M ma bardzo małą rodzinę praktycznie tylko mamę i siostrę, niestety z obojgiem aktualnie nie utrzymuje kontaktów. Jego rodzice są rozwiedzeni, a z tatą nie miał kontaktu od czasu rozwodu rodziców, więc ja nawet go nie poznałam. Tak naprawdę nie jestem w stanie określić kiedy zaczęły się problemy. Przed ślubem zrzucałam wszystko na stres związany z jego organizacją. Po ślubie zamieszkaliśmy w jednym mieszkaniu z jego siostrą i jej narzeczonym (wspólne mieszkanie odziedziczone po dziadkach). Wkrótce potem wzięliśmy kredyt, aby spłacić mieszkanie, a nasi współlokatorzy kupili własne, jednak musieli je jeszcze wyremontować, więc wciąż mieszkaliśmy w czwórkę. A kłótnie stawały się coraz częstsze i coraz dotkliwsze, zazwyczaj wywołane wcześniejszym spięciem z siostrą. I znów wytłumaczyłam sobie, że jak oni się wyprowadzą wszystko się zmieni. Nie zmieniło się. Jak się wyprowadzili, zaczęły się problemy z przepisywaniem rachunków i z każdą formalnością, którą trzeba było załatwić. Więc znowu stres, znowu tłumaczenie, że jak tylko sprawy się powyjaśniają i pozamykają, będzie lepiej. W tym momencie już nie mamy z nimi w ogóle kontaktu, nie ingerują w żaden sposób w nasze życie. Tymczasem mi zaczyna brakować sił. Zdałam sobie sprawę z tego, że problem nie tkwi w ludziach dookoła. Bo widzicie, mój mąż nie lubi praktycznie nikogo. Dla niego każdy mój znajomy jest zły, zresztą tak samo jak większość ludzi których zna. Każdy zachowuję się nie w porządku, jest wredny / chamski. Włącznie ze mną. Jakiś czas temu w kłótni usłyszałam, że jestem "Darmozjadem", "D*** a nie Inżynierem" potem były przeprosiny, kwiaty. I przez jakiś czas było ok. Tylko, że ostatnio. Po jakiejś małej sprzeczce o to, że się o mnie w ogóle nie troszczy,mój M po raz kolejny dał popis swoich możliwości. Przez cały czas nie obrażał, rzucał chamskie docinki, nie przebierając w środkach, byle zranić bardziej. Po czym gdy wróciliśmy do domu, zabrał komputer i poszedł do kuchni gdzie spędził całą noc, zresztą podobnie jak kolejną. Próby rozmowy spełzły na niczym, osiągnęłam tylko to, że wyszedł z domu. Następnego dnia w końcu z mojej inicjatywy się pogodziliśmy, a potem rozmawialiśmy o jego zachowaniu. Przeprosił i obiecał poprawę. Niby wszystko ok. Tylko, że robił to już tak wiele razy, że ja nie wierzę. Postawiłam ultimatum: albo psycholog, albo przy następnej takiej akcji papiery rozwodowe. Na początku oburzenie, "psychola chcesz ze mnie zrobić" ale w końcu się zgodził. I znowu niby ok. Tylko, ze nic nie jest ok. Na chwilę obecną jestem wykończona psychicznie. Zagubiona. I żyje w ciągłym strachu. Boję się, że wcale nie pójdzie do psychologa, albo, że to nic nie pomoże. Boję się, że to ja wyolbrzymiam i robię jemu krzywdę. Boję się odejść, bo przecież to dopiero rok po ślubie, powinnam walczyć, a w dodatku ma tylko mnie. Boję się, ze zajdę w ciążę, której wcześniej tak chciałam i wtedy już będzie za późno, żeby odejść. Boję się jaką rodzinę stworzymy dla takiego dziecka. Co mam robić? Wyolbrzymiam? Walczyć czy uciekać? I jak wyjaśnić to wszystko nieświadomej niczego rodzinie?

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."
Reklama
Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2016-07-01 17:23:18)

Odp: Życie w ciągłej obawie

Postawiłaś ultimatum: wizyta (a nie psychoterapia? hmm) u psychologa albo rozwód. Chcąc być wiarygodną, masz już niewiele do zrobienia, na razie czekać na to, co zrobi mąż i zachować się stosownie do zapowiedzi. Chyba, że była to tak często stosowana gadka-szmatka, na postrach - jeśli tak, to Twoje dalsze słowa niewiele będą warte, bo udowodnisz mężowi, że mówisz jedno, a robisz drugie.

Boisz się, ze wyolbrzymiasz. A wyolbrzymiasz? I na czym polega krzywda męża, którą jemu wyrządzasz?

Skoro zaś myślisz (jednak) o ewentualnym rozejściu, to pamiętaj, że istnieje coś o nazwie antykoncepcja i może być ona skuteczną. Tylko... czy ewentualne dziecko nie będzie kolejnym pretekstem do tego, by swych słów nie wprowadzić w życie?
Dla swego dobra oraz dla dobra swego męża nie rób z niego 'bidusia'.


Edycja:
Rodzinie nic nie musisz wyjaśniać, możesz im przekazać informacje. Wszak jesteś osobą dorosłą i możesz podejmować decyzje bez usprawiedliwiania się przed kimkolwiek.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.

3

Odp: Życie w ciągłej obawie

Może do tego psychologa udacie się wspólnie, po to, żeby on nie miał poczucia, że tylko on jest przyczyną problemów (nawet, jeśli tak jest w istocie)?
Gdy jeszcze dodasz, że zależy Ci na Waszym małżeństwie, dlatego chcesz razem z nim uczestniczyć w terapii, nie będzie miał takiego poczucia presji?

Reklama

4

Odp: Życie w ciągłej obawie

Moim zdaniem na pewno da się coś jeszcze zrobić, o ile mąż jest pełen chęci. Czyli zależy mu i widzi że robi źle, a to ważny krok, ale jednocześnie pewnie nie wie za bardzo w którą stronę iść.
Jest osobą generująca konflikty. Wiem że są tacy ludzie, naburmuszeni na cały świat i aspołeczni. To jeszcze jako tako można znieść i zrozumieć, nie wszyscy muszą kochać innych ludzi. Co innego obrażanie Cię.

Na Twoim miejscu postawiłabym na wspólną terapię dla par.
I - jak ktoś wyżej napisał - bycie konsekwentną. Jeśli zrezygnuje z pracy nad sobą, wyprowadź się.

A gdy sytuacja będzie ciężka, opowiedziałabym rodzinie to samo co tu napisałaś.

5

Odp: Życie w ciągłej obawie

Najpierw dazylas do zgody a potem wymoglas na nim ultimatum? Kiepski z Ciebie negocjator. Tym sposobem właśnie mu pokazałas, jak wiele jeszcze jesteś w stanie zniesc

Reklama

6

Odp: Życie w ciągłej obawie
aannaa napisał/a:

Najpierw dazylas do zgody a potem wymoglas na nim ultimatum? Kiepski z Ciebie negocjator. Tym sposobem właśnie mu pokazałas, jak wiele jeszcze jesteś w stanie zniesc

Po prostu znam swojego męża.. Jakbym się z nim najpierw nie pogodziła, to tylko wywołałabym dalszą awanturę, a nie spokojną rozmowę.

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

7

Odp: Życie w ciągłej obawie
josz napisał/a:

Może do tego psychologa udacie się wspólnie, po to, żeby on nie miał poczucia, że tylko on jest przyczyną problemów (nawet, jeśli tak jest w istocie)?
Gdy jeszcze dodasz, że zależy Ci na Waszym małżeństwie, dlatego chcesz razem z nim uczestniczyć w terapii, nie będzie miał takiego poczucia presji?

Zaproponowałam to już wcześniej, ale nie odpowiedział. Stwierdził tylko, że przecież powiedział, że pójdzie do psychologa, więc żebym skończyła temat i dała mu spokój już z tym.

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

8

Odp: Życie w ciągłej obawie
Wielokropek napisał/a:

Postawiłaś ultimatum: wizyta (a nie psychoterapia? hmm) u psychologa albo rozwód. Chcąc być wiarygodną, masz już niewiele do zrobienia, na razie czekać na to, co zrobi mąż i zachować się stosownie do zapowiedzi. Chyba, że była to tak często stosowana gadka-szmatka, na postrach - jeśli tak, to Twoje dalsze słowa niewiele będą warte, bo udowodnisz mężowi, że mówisz jedno, a robisz drugie.

Nie, nigdy wcześniej nie sięgnęłam po takie środki. Obiecał, że zadzwoni się umówić w poniedziałek smile

Wielokropek napisał/a:

Boisz się, ze wyolbrzymiasz. A wyolbrzymiasz? I na czym polega krzywda męża, którą jemu wyrządzasz?

Nie, raczej nie wyolbrzymiam. Niestety. A krzywdę mu zrobię, jeżeli zdecyduje się odejść. On ma tylko mnie. A wiem, że nie robi tego wszystkiego celowo,on po prostu nad tym nie panuje.

Wielokropek napisał/a:

Skoro zaś myślisz (jednak) o ewentualnym rozejściu, to pamiętaj, że istnieje coś o nazwie antykoncepcja i może być ona skuteczną. Tylko... czy ewentualne dziecko nie będzie kolejnym pretekstem do tego, by swych słów nie wprowadzić w życie?

Żadna antykoncepcja nie daje 100% pewności, a ja hormony odstawiłam jakiś czas temu, zrobiły niesamowite spustoszenie w moim organizmie. Poza tym.. jak teraz się na nie zdecyduję to M na pewno się obrazi hmm

Wielokropek napisał/a:

Rodzinie nic nie musisz wyjaśniać, możesz im przekazać informacje. Wszak jesteś osobą dorosłą i możesz podejmować decyzje bez usprawiedliwiania się przed kimkolwiek.

Z jednej strony masz rację, a z drugiej to jednak nie jest takie proste

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

9 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-07-02 11:07:38)

Odp: Życie w ciągłej obawie

No, to czas na następny krok. Twarda prawda, lecz prawda.
Miałam podobną sytuację i podobne do Twoich opory. O dobrych parę lat za późno podjęłam męską decyzję i zakończyłam ten toksyczny układ.
I powiem Ci tak: lepiej teraz, gdy jeszcze, być może, mu zależy i może zdobędzie się na jakąś pracę nad sobą, niż po czasie wystarczająco długim, by do reszty sobie nawzajem obrzydzić siebie. Wtedy nie będzie co zbierać.
Jeśli "dorobicie się" dziecka, będzie nieszczęśliwe, będzie patrzyło na płaczącą mamę. Albo zostaniesz samotną matką - sama rozkosz, zapewniam hmm Jeśli nie - będziesz niespełniona i pełna żalu, że przy nim zmarnowałaś sobie życie, że mogło się inaczej ułożyć z innym.
A rodzinie rzeczywiście nic nie musisz tłumaczyć. Jesteś już dużą dziewczynką.

10 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-07-02 11:12:39)

Odp: Życie w ciągłej obawie
tysiaa08 napisał/a:

A krzywdę mu zrobię, jeżeli zdecyduje się odejść. On ma tylko mnie. A wiem, że nie robi tego wszystkiego celowo,on po prostu nad tym nie panuje.

Nie lituj się nad nim. To nie dzidziuś. Czy on ma litość nad Tobą? Zacytuję ci Katarzynę Miller: nigdy nie wolno opuszczać samej siebie, to Ty masz być pierwszą swoją opiekunką.

tysiaa80 napisał/a:

Żadna antykoncepcja nie daje 100% pewności, a ja hormony odstawiłam jakiś czas temu, zrobiły niesamowite spustoszenie w moim organizmie. Poza tym.. jak teraz się na nie zdecyduję to M na pewno się obrazi hmm

Dziewczyno, zlituj się! Obrazi się? To jest ważniejsze niż Twoje ewentualnie spieprzone życie? On się jakoś nie boi o Twoje uczucia. A niech się obraża.
A co do antykoncepcji, to hormonalna nie jest jedyną metodą, nie mówiąc już o tym, że hormony też można dobrać. Ja nie używałam hormonów, bo ich nie lubiłam, źle się psychicznie czułam z tym manipulowaniem moim organizmem, nie wspominając o żylakach, które hormonalnej antykoncepcji "nie lubią", a jakoś udało nam się poprzestać na jedynaku. Nawet mi czasem żal, że nie wpadłam, ale oszczędziło mi to wielu kłopotów, bo też małżeństwo miałam kiepskie.

tysiaa08 napisał/a:

Z jednej strony masz rację, a z drugiej to jednak nie jest takie proste

Znowu zacytuję: najtrudniejsze są wyjścia najprostsze. Bo, to jest bardzo proste.

11

Odp: Życie w ciągłej obawie

Ale jak znam życie - a ze mną było tak samo - będziesz się poświęcać, walczyć, tłumaczyć wiecznego chłopca, aż wyprujesz sobie żyły do ostatka.
A potem będziesz zgarbiona, zaharowana i powtarzająca farmazony, jaki to podły ten męski ród. I mająca za złe wszystkim szczęśliwym kobietom...

12 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2016-07-02 11:23:35)

Odp: Życie w ciągłej obawie

tysiuu08, żyjesz jak chcesz, podejmujesz decyzje, które chcesz.
Mam dla Ciebie złą (?) wiadomość. To Twoje zycie, Twoje decyzje i Ty będziesz ich konsekwencje ponosiła. Skoro więc zdecydowałaś się być kolejną Matką-Polką (to określenie nie ma nic wspólnego z posiadaniem lub brakiem posiadania dzieci), to nią bądź.



Przeczytaj sobie zdania z mej sygnatury i pomyśl, którym z nich się kierujesz i dlaczego właśnie tym.







Piegowata'76, bardzo proszę, nie przypisuj mi słów, których mało że nie napisałam, to jeszcze przeciwnych do mych poglądów.
Edycja:
Dzięki smile

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.

13

Odp: Życie w ciągłej obawie

Wielokropku , skąd pomysł, że zdecydowałam się być "Matką Polką"? Po prostu staram się uratować małżeństwo wszystkimi dostępnymi środkami zanim się poddam. Fakt, aktualnie bardzo staram się nie prowokować niekorzystnych sytuacji, bo inaczej nie dam rady doczekać, aż M się wybierze do psychologa i aż to zacznie dawać efekty, bo przecież to raczej długotrwały proces, nikt go magiczną różdżką nie dotknie i nie zmieni.

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

14 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2016-07-02 11:47:14)

Odp: Życie w ciągłej obawie
Wielokropek napisał/a:

Piegowata'76, bardzo proszę, nie przypisuj mi słów, których mało że nie napisałam, to jeszcze przeciwnych do mych poglądów.
Edycja:
Dzięki smile

Przepraszam, pewnie popełniłam jakąś techniczną pomyłkę. Poprawiłam, ale nie wiem, czy chodziło o ten właśnie fragment. Jeśli wskażesz, to poprawię, a póki co, prześledzę jeszcze raz, co powypisywałam.

15 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2016-07-02 11:56:59)

Odp: Życie w ciągłej obawie

Skąd pomysł Matki-Polki? Stąd.

tysiaa08 napisał/a:

(...) Boję się, że to ja wyolbrzymiam i robię jemu krzywdę. Boję się odejść, bo przecież to dopiero rok po ślubie, powinnam walczyć, a w dodatku ma tylko mnie. Boję się, ze zajdę w ciążę, której wcześniej tak chciałam i wtedy już będzie za późno, żeby odejść. Boję się jaką rodzinę stworzymy dla takiego dziecka. (...)

A krzywdę mu zrobię, jeżeli zdecyduje się odejść. On ma tylko mnie. A wiem, że nie robi tego wszystkiego celowo,on po prostu nad tym nie panuje. (...)

Żadna antykoncepcja nie daje 100% pewności, a ja hormony odstawiłam jakiś czas temu, zrobiły niesamowite spustoszenie w moim organizmie. Poza tym.. jak teraz się na nie zdecyduję to M na pewno się obrazi hmm (...)

staram się uratować małżeństwo wszystkimi dostępnymi środkami zanim się poddam. (...)

Wpisz w wyszukiwarkę hasło <Akcja społeczna 'Bo zupa była za słona'>, obejrzyj plakaty - może dadzą Ci do myślenia. Małżeństwo może i uratujesz, a siebie?


Piegowata'76, zauważyłaś, poprawiłaś. Jeszcze raz dziękuję. smile

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.

16

Odp: Życie w ciągłej obawie

Trąbię dookoła pochwały blogu Joanny Godeckiej - to taka pani psycholog z Sympatii.
Często podkreśla, że kierować się należy własnym komfortem. Jeśli coś mi mówi, że jest nie tak, jeśli mi źle, jeśli wciaż czuję się krzywdzona - trzeba uważnie się temu przyjrzeć, nie lekceważyć swoich uczuć. I nie wchodzić w coś, co nam nie odpowiada.
A my, kobiety kochające za bardzo, wciąż usiłujemy naprawiać, poprawiać relację i faceta zamiast wziąć się za siebie.
Krótka piłka: jesteś szczęśliwa i spokojna w swoim małżeństwie? Masz zaufanie? Wiesz, że nawet jeśli zdarzy się jakaś utarczka (bo gdzie się nie zdarza?), to za chwilę będzie o.k.?
Chcesz reszty takiego życia? Chciałabyś takiego faceta dla swojej córki na przyklad?
Czy ten związek jest takim skarbem, że warto w nim trwać za wszelką cenę, czy po prostu boisz się zostać sama.
Założę się, że chodzi przede wszystkim o to ostatnie. I powiem Ci: trudne doświadczenie, ale do przejścia. A potem jest duuużo lepiej i w nowe znajomości startuje się już z zupełnie innego punktu. Stojąc na własnych nogach.

17

Odp: Życie w ciągłej obawie

Złota rada- Ty nie wierz za bardzo w tych psychologów, że Ci odczaruja męża. Czytam Twoje odpowiedzi i widzę, że niestety jesteś z tych, gdzie jak im się napluje w twarz, to udają ze deszcz pada. Przeraża mnie, że w ogóle dopuszczasz do siebie myśl o ciąży. Wstawka o obrazie majestatu pana w zamian za antykoncepcję... "bo mój M się obrazi"...
Dziewczyno... Gdzie podziałas swój zdrowy rozsadek?! To w Twojej ocenie powoływanie na świat niczemu winnego dziecka zależy od humorow Twojego "M"?!
Druga kwestia- dlaczego Twój panicz ma tylko Ciebie? Bo nikogo nie lubi? Sama tak napisałaś.

18

Odp: Życie w ciągłej obawie
tysiaa08 napisał/a:

Od jakiegoś czasu miotam się we własnych myślach i uczuciach. Wiem, że nikt za mnie nie zadecyduje, ale mam nadzieję, że dzięki Waszym wypowiedziom troszkę rozjaśni mi się w głowie. Ale od początku: historia pewnie będzie nieco przydługa, ale mam nadzieję, że komuś będzie chciało się poświęcić swój czas i przeczytać, odpowiedzieć parę słów. Słowem wstępu: mam 24 lata, mój mąż jest 2 lata starszy, jesteśmy rok po ślubie. Znamy się od 3,5 roku, nasza miłość raczej nie była wielka i szalona, rozwijała się powoli i ostrożnie, z racji tego, że oboje byliśmy po trudnych doświadczeniach. Mój M ma bardzo małą rodzinę praktycznie tylko mamę i siostrę, niestety z obojgiem aktualnie nie utrzymuje kontaktów. Jego rodzice są rozwiedzeni, a z tatą nie miał kontaktu od czasu rozwodu rodziców, więc ja nawet go nie poznałam. Tak naprawdę nie jestem w stanie określić kiedy zaczęły się problemy. Przed ślubem zrzucałam wszystko na stres związany z jego organizacją. Po ślubie zamieszkaliśmy w jednym mieszkaniu z jego siostrą i jej narzeczonym (wspólne mieszkanie odziedziczone po dziadkach). Wkrótce potem wzięliśmy kredyt, aby spłacić mieszkanie, a nasi współlokatorzy kupili własne, jednak musieli je jeszcze wyremontować, więc wciąż mieszkaliśmy w czwórkę. A kłótnie stawały się coraz częstsze i coraz dotkliwsze, zazwyczaj wywołane wcześniejszym spięciem z siostrą. I znów wytłumaczyłam sobie, że jak oni się wyprowadzą wszystko się zmieni. Nie zmieniło się. Jak się wyprowadzili, zaczęły się problemy z przepisywaniem rachunków i z każdą formalnością, którą trzeba było załatwić. Więc znowu stres, znowu tłumaczenie, że jak tylko sprawy się powyjaśniają i pozamykają, będzie lepiej. W tym momencie już nie mamy z nimi w ogóle kontaktu, nie ingerują w żaden sposób w nasze życie. Tymczasem mi zaczyna brakować sił. Zdałam sobie sprawę z tego, że problem nie tkwi w ludziach dookoła. Bo widzicie, mój mąż nie lubi praktycznie nikogo. Dla niego każdy mój znajomy jest zły, zresztą tak samo jak większość ludzi których zna. Każdy zachowuję się nie w porządku, jest wredny / chamski. Włącznie ze mną. Jakiś czas temu w kłótni usłyszałam, że jestem "Darmozjadem", "D*** a nie Inżynierem" potem były przeprosiny, kwiaty. I przez jakiś czas było ok. Tylko, że ostatnio. Po jakiejś małej sprzeczce o to, że się o mnie w ogóle nie troszczy,mój M po raz kolejny dał popis swoich możliwości. Przez cały czas nie obrażał, rzucał chamskie docinki, nie przebierając w środkach, byle zranić bardziej. Po czym gdy wróciliśmy do domu, zabrał komputer i poszedł do kuchni gdzie spędził całą noc, zresztą podobnie jak kolejną. Próby rozmowy spełzły na niczym, osiągnęłam tylko to, że wyszedł z domu. Następnego dnia w końcu z mojej inicjatywy się pogodziliśmy, a potem rozmawialiśmy o jego zachowaniu. Przeprosił i obiecał poprawę. Niby wszystko ok. Tylko, że robił to już tak wiele razy, że ja nie wierzę. Postawiłam ultimatum: albo psycholog, albo przy następnej takiej akcji papiery rozwodowe. Na początku oburzenie, "psychola chcesz ze mnie zrobić" ale w końcu się zgodził. I znowu niby ok. Tylko, ze nic nie jest ok. Na chwilę obecną jestem wykończona psychicznie. Zagubiona. I żyje w ciągłym strachu. Boję się, że wcale nie pójdzie do psychologa, albo, że to nic nie pomoże. Boję się, że to ja wyolbrzymiam i robię jemu krzywdę. Boję się odejść, bo przecież to dopiero rok po ślubie, powinnam walczyć, a w dodatku ma tylko mnie. Boję się, ze zajdę w ciążę, której wcześniej tak chciałam i wtedy już będzie za późno, żeby odejść. Boję się jaką rodzinę stworzymy dla takiego dziecka. Co mam robić? Wyolbrzymiam? Walczyć czy uciekać? I jak wyjaśnić to wszystko nieświadomej niczego rodzinie?

Two9j mąż jest z rozbitej rodziny, przeżywał kiedyś katusze. Nie dziwię się, że tak się zachowuje. Może się zmieni, lub nie, ale nie odchodź od niego. Nie teraz. Spróbuj go zrozumieć. Twój mąż jest rozdrażniony, ale terapia dużo by pomogła.Możesz go nastraszyć odejściem, gdy nie zgodzi sie na tę terapię. Obserwuj go, przytul się do niego, i za jakiś czas ponownie nawiń temat. Badź dzielna smile

Nie pozwól nikomu wejść na głowę, ale traktuj ludzi z szacunkiem
Odp: Życie w ciągłej obawie

Powiem Ci tak kwestia czasu jak uslyszysz nie tylko wyzwiska,ale zacznie cie tez bić ,zobaczysz ze tak bedzie.Twoj maz nie lubi ludzi bo ma w srodku mnustwo złosci,kisi ta zlosc i az mu uszami wyłazi i bedzie ja wywalał na ciebie.Jestes mloda i niedoswiadczona wydaje ci sie ze Twoja rola jest poswiecanie siebie na rzecz meża i jego problemow osobistych nierozwiazanych,nie jest tak.Ty zadbaj o to zebys miala spokoj i szczesci tak jak juz Ci tutaj kobiety napisały.
Ty sie boisz swojego meza ,czy tak powinno byc?
Twoj maz zeby odniosl skutek z psychoterapii bo jednorazowa wizyta u psychologa nie wniesie zadnych zmian,musialby sam widziec swoje zachowanie i miec wglad np w to ze nie lubi ludzi ze siebie tez nie lubi.A na ten moment tak jak opisujesz sytuacje to on tego wgladu niema.Nie licz na cud kochana.
Przemysl sprawe dziecka w tej sytuacji jaka jest ,jestes mloda masz jeszcze czas,zobacz co bedzie sie dzialo dalej w Twoim zwiazku i wtedy zdecydujesz .

20

Odp: Życie w ciągłej obawie

A zastanawiałaś się dlaczego tak jest?

21

Odp: Życie w ciągłej obawie

Mnie coś tutaj nie gra. Piszesz, że on ma tylko ciebie. A przecież ma jeszcze siostrę. Pisałaś, że nie ma kontaktu z tatą, dlaczego? A co z mamą ?.... coś nie tak....nie pomyślałaś o jego trudnej sytuacji? ma tylko ciebie????????????

22

Odp: Życie w ciągłej obawie

Wątek założyłam prawie rok temu, sporo się zmieniło. M ma mamę i siostrę, ale z nimi też zerwał kontakt. A może raczej one z nim, akurat w tej relacji niewiele było jego winy. Nie odeszłam. Wciąż nie.. Jestem strasznym tchórzem.. Niby zostałam, dałam szansę, a choć od pół roku jest dobrze, ja nie potrafię zapomnieć o tym co było. Za dużo się wydarzyło w międzyczasie. Są momenty kiedy uciekam od tego i naprawdę jest ok. A potem wracają wspomnienia i strach że to tylko chwilowy spokój

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

23

Odp: Życie w ciągłej obawie

smile Hm.., a za rok jak może wyglądać wpis ?
Prawdopodobnie już chodzisz po ścieżce huśtawki emocjonalnej fundowanej Ci przez Męża. Uzależniasz się ...
Była terapia ? trwa  jeszcze może ? jaki rezultat ?

24

Odp: Życie w ciągłej obawie

Nie było terapii, tylko kilka wizyt. Psycholog stwierdził zaburzenia obsesyjno-kompulsywne, ale nie groźne. Zaproponował terapię jeżeli M to przeszkadza. M stwierdził że jemu nie przeszkadza i temat terapii umarł.. Nie wiem co robić.. Chcę odejść ale widzę jak jego to boli i mam tylko ochotę podejść i przytulić i powiedzieć że wszystko będzie dobrze.

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

25

Odp: Życie w ciągłej obawie

Opisałaś tosyczny zwiazek,nic się nie zmieniło przez rok. Jak mocno ma zaboleć Ciebie abys postawiła siebie równorzędnie przynajmniej z Nim ? Czy On myśli o tym ze Ciebie rani ? Czy On w ogóle o Twoich uczuciach myśli - nie reagując doraźnie manipulacją ? Co Cię przy Nim trzyma ?

26

Odp: Życie w ciągłej obawie

To nie jest tak że nic się nie zmieniło. Teraz z jego strony jest naprawdę dobrze. Tylko że ja nie mogę zapomnieć tego co się wydarzyło wcześniej. Bo zanim było lepiej, było też gorzej. A teraz on się denerwuje że ja wypominam,co faktycznie czasami robię ,bo wciąż mnie to boli. Boję się że poprawa jest tymczasowa i następnym razem będzie jeszcze gorzej

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

27

Odp: Życie w ciągłej obawie

Hm..., może to właśnie jest u Ciebie : czerwone światełko, często niezawodne we wskazaniu zagrożenia. Jeśli się ciągle boisz to już masz odpowiedź - NIE JEST jak trzeba.
Hm..., w jaki sposób się denerwuje - jeśli mogę spytać ?

28

Odp: Życie w ciągłej obawie

Krzyczy, w najgorszym wypadku się obraża i śpi w innym pokoju. Nie robi jakichś gigantycznych awantur. A prawda jest taka że ja też nie jestem ostatnio łatwą partnerką. Ta moja huśtawka pod tytułem zapominam - pamiętam odbija się na nim. Stara się a nie widzi efektu

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

29

Odp: Życie w ciągłej obawie

Czy Ty od razu przypisujesz sobie winę jeśli dzieje sie coś co budzi jego niezadowolenie ?
On nie robi awantur - no Bóg zapłać - przecież krzyczy, obraża i odsuwa się od Ciebie - czy kiedykolwiek po takim postępowaniu On stara się wyjaśnić : dlaczego ?

30

Odp: Życie w ciągłej obawie

On raczej nie lubi dyskutować o tym co się stało.  Po prostu po jakimś czasie przychodzi, przytula i na tym temat ma  się zakończyć. Jak jest inaczej to się złości. Czy ja sobie przypisuje winę? Nie, raczej nie. Nigdy o tym nie myślałam, ale nie wydaje mi się. M nawet mi zarzuca że ja nigdy nie przepraszam.

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

31

Odp: Życie w ciągłej obawie

Wiesz... Hm..., brzmisz w swoim pisaniu jakby to On Cię określał a nie Ty sama. Mogę spytać - czy jesteś samodzielna, czy pracujesz ? Co dzieje się w Twoim życiu niezależnie od Niego ?

32

Odp: Życie w ciągłej obawie

Jestem całkowicie samodzielna. Mam dobrze płatną pracę w której się realizuje, kończę  studia zaoczne, chodzę na zajęcia sportowe. Tak naprawdę jedyna zależność to wspólny kredyt. Finanse nie są problemem.

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

33

Odp: Życie w ciągłej obawie

Tak naprawdę to chyba największym problemem dla mnie jest to, żeby się przyznać do porażki. Zawsze we wszystkim byłam najlepsza a teraz miałabym przyznać że popełniłam błąd w najważniejszej decyzji w życiu? Wysłuchiwać jaka jestem młoda i głupia albo przyznać się komukolwiek jak byłam traktowana przez własnego męża?

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

34

Odp: Życie w ciągłej obawie

Tak naprawdę to chyba największym problemem dla mnie jest to, żeby się przyznać do porażki.
Hm... wiesz, właśnie się teraz przyznajesz... i to dobrze, że potrafisz się przyznać, może za czas jakiś będziesz umiała to wyartykułować głośno komukolwiek bo chyba ta droga powinnaś iśc, Twoje wpisy niepokoją a całe zycie przeciez przed Tobą.

Zawsze we wszystkim byłam najlepsza a teraz miałabym przyznać że popełniłam błąd w najważniejszej decyzji w życiu?
Tak, to nic strasznego tylko prawdziwie życiowego, tylko musisz to prawidłowo ocenić, czujesz, że popełniłaś błąd - to może powinnaś sobie to zracjonalizować, spisz na kartce - może tak uwidocznione dotrze bardziej do Twojego przekonania ?

Wysłuchiwać jaka jestem młoda i głupia albo przyznać się komukolwiek jak byłam traktowana przez własnego męża?
No ale prawdą jest, że byłaś (lub jesteś) źle traktowana, jeśli tylko wysłuchiwaniem zapłacisz za odzyskanie szacunku do siebie albo za odzyskanie własnego życia to naprawdę nie ma co sie przejmować i będzie to niska cena. Jaki może być przyszły scenariusz Waszego małżeństwa - nie budzi Twoich obaw, że bedzie gorzej ?

35

Odp: Życie w ciągłej obawie

Właśnie ta obawa że będzie gorzej tak mnie przeraża. Bo z jednej strony nie chcę stać w miejscu, chcę założyć rodzinę, ale to oznaczałoby przywiązanie się do niego już na zawsze. A z drugiej kiedy jest ten moment żeby powiedzieć dość? Czy skoro wcześniej było coraz gorzej, ewidentna eskalacja zachowań, to czy przez pół roku względnego spokoju mogę wierzyć że naprawdę się zmienił, a nie tylko hamuje dopóki wie że mogę odejść? I ile czasu będzie dość? Kiedy będę mogła zaufać na tyle żeby założyć rodzinę?

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

36

Odp: Życie w ciągłej obawie

Z Twoich wpisów raczej wynika, że długotrwale lepiej nie bedzie - nie jest tragicznie ale jakby na 'wstępie przemocowym'. Nie umiem tego dobrze ocenić, musisz sama takiej oceny dokonać, może z pomocą kogoś kto Twoją sytuację widzi 'na żywo' ? Moment na to dość, hm..., z reguły kobiety po fakcie mówią, że powinny wcześniej coś zrobić, no nie wiem - może nawet już teraz taki moment jest dla Ciebie ?
Spróbuj terapii, jedno co na pewno mogę powiedzieć : w żadnym wypadku nie decyduj się na dziecko skoro związek jest chwiejny.

37

Odp: Życie w ciągłej obawie

Na terapię, trzeba chcieć chodzić, inaczej nic to nie da. A on nie pójdzie, szczególnie teraz gdy teoretycznie nic się nie dzieje.  Bo przecież "już nawet nie robi awantur jak coś zostawię nie na swoim miejscu".

"Przyjaźń jest największym darem, jaki mądrość może ofiarować, aby uczynić całe życie szczęśliwym."

38

Odp: Życie w ciągłej obawie

Miałam na myśli terapię tylko dla Ciebie, nie dla związku. Abyś mogła rozpoznać : czy trwać w takim małżeństwie czy nie. I może jakby dołączyć opinie Twoich bliskich, no i jeszcze sama musiałabys to bardzo dogłebnie przemyśleć - to może naprowadziło by Cię na właściwą ścieżkę.

Posty [ 1 do 38 z 56 ]

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Życie w ciągłej obawie

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016