Moja historia związku,który trwał 20 miesięcy...
Poznaliśmy się w wakacje w 2013 roku,mieliśmy po 19 lat.
Zakochaliśmy się w sobie bardzo mocno,był delikatnym uczuciowym chłopakiem jakich mało na świecie i tym też mnie urzekł,
nie traktował mnie jak zabawkę jak to robi większość facetów.
Dobrze nam się układało mimo czasem odmiennych zdań,zawsze się rozumieliśmy często bez słów,było nam dobrze
i pewnie dalej by było,gdyby nie osoba trzecia "w naszym związku" a mianowicie jego matka.
Już na wstępie rozczarowały mnie jej słowa do syna,że ledwo po skończonej szkole ma znaleźć sobie pracę,
bo ona nie ma zamiaru go utrzymywać i że do niczego się nie nadaje i nic nie potrafi zrobić,jakby ona wielce o niego dbała...Więc co to za matka?
Od początku związku miała do mnie problem i do naszego związku,co bym nie zrobiła i tak byłam ta zła,
a dobre rzeczy odchodziły u niej w niepamięć.
Zaczęła go kontrolować dzwonić do niego codziennie wiedząc,że jest u mnie lub potem już naszych wspólnych znajomych pytając gdzie jest,
kiedy będzie,za ile...
Wstyd trochę,siedząc w towarzystwie słysząc jak za każdym razem dzwoni i się pyta o której będzie jakby był małym dzieckiem nagle
a wcześniej będąc sam mógł pić,palić robić co mu się podoba i jakoś wtedy się o niego nie martwiła...
Po pewnym czasie zaczęło się wtrącanie w to co kupuje,ile wydaje a po co to, powinieneś oszczędzać a już broń boże nie wydawać
pieniędzy na mnie i nasze wspólne wyjścia,bo szkoda kasy...
Już wtedy szlak mnie trafiał,ale cóż...
Będąc tyle czasu razem przez 20miesięcy nie mogłam zbytnio liczyć na kwiatka bez okazji albo poprostu na rocznice,
a przecież to bardzo cieszy kobiety malutki gest,którego nie został nauczony.
Nie lubiłam spędzać czasu u niego, bo mimo,że był dorosły nie miał swojego pokoju,zero prywatności.
Nie mogliśmy się przytulać,całować ani pokazywać sobie uczuć w obecności jego mamusi,bo jej się to nie podobało.
Nawet fakt,że nie mógł już wychodzić tak z kolegami, bo miał mnie jej przeszkadzało i to,że poprostu nie chciałam często u nich przebywać,
ale co ja tam miałam robić,słuchać jak mi nic nie wolno ?
Przez to wszystko było dużo nerwów,niepotrzebnych słów i kłótni a w impulsie się rozstaliśmy,
bo nie czułam wsparcia i obrony mojej osoby i naszego związku gdy jego rodzina chciała nam go zniszczyć.
Chciałam by w końcu się postawił matce,ale jedyne co usłyszałam, że nie chce stracić kontaktu z rodziną a oni cię nie akceptują.
Walczyłam,bo mimo wszystko go bardzo kochałam i wróciliśmy do siebie, choć im się to nie podobało.
Dobrze się dogadywaliśmy,zdarzały się sprzeczki i kłótnie ale to normalne jak się kogoś kocha,chce się żeby było jak najlepiej.
Znów pojawił się kolejny problem jego mama postanowiła zniszczyć nasze wspólne wakacje z moimi rodzicami(a jego pierwsze),
mówiła mu :"Jak możesz mnie zostawić samą a z nią jechać sobie na te wakacje",
choć ona sobie spędziła wakacje,tylko on został w domu sam...
A kiedy już pojechaliśmy nie obyło się bez zbędnych rozmów na osobności, ile wydajesz kasy,co kupujesz i oczywiście oszczędzaj...psuła mi nastrój,
choć i tak nie była w stanie zniszczyć tych wakacji i wróciliśmy szczęśliwi.
Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu pięknych chwil wieczorów,
starałam się pod każdym względem o niego,choć jak to kobieta mam swoje humorki.
Jednak jego mama nigdy nie dawała nam spokoju zawsze musiała się do czegoś przyczepić
nie dawała za wygraną musiała postawić na swoim...
Mój były już chłopak a raczej narzeczony, został zaproszony na wesele do osób,których nie znałam ale chciałam bardzo tam iść,
on miał zostać świadkiem choć nie było tego w planach i znów nie miał wyboru decyzje wszyscy
podjęli za niego. Znowu udało jej się mnie wyprowadzić z równowagi mówiąc parze młodej,że nie potrafię się zachować,
dobrze bawić i zniszczę im ślub i wesele,jeśli przyjdę...
A on po raz setny nie potrafił wstawić się za mną i mnie w końcu obronić jak normalny
facet. Ile można tak wytrzymać ? Sama się obroniłam i tylko po moich staraniach w końcu poszłam na te wesele,udowodniłam wszystkim,
że potrafię się świetnie bawić,jego rodzina była zadowolona a ja tym bardziej,myślałam,że w końcu dadzą mi spokój.
A i tak wtrącała się do naszych problemów i kłótni,choć ja starałam się je zatrzymać dla siebie on często powiedział to czego nie powinien,
bo to były nasze sprawy.
Potem kolejnym problemem było,że nie mam pracy i się mało staram, miałam jej dość,
że opowiada na mój temat różne rzeczy osobom,które mnie nie znają.
Rujnowała moją psychikę, związek a ja byłam coraz bardziej bezradna,bo byłam coraz bardziej z tym sama.
Brakowało mi akceptacji z ich strony,wsparcia,wyjść wyjazdów gdziekolwiek, choćby zaproszenie na obiad kolacja,nie bo przecież szkoda było kasy.
Więc czemu ja miałam się tylko starać by mnie polubiła.
Doczekałam się momentu kiedy mieliśmy szanse się wyprowadzić na skromne mieszkanie
i zamieszkać razem, i był to kolejny dla niej problem,bo się na to nie zgadzała,
robiła wszystko by nim manipulować i brać go na litość tylko po to by zrezygnował.
Już dalej nie mogłam z nią wytrzymywać coraz bardziej nie chciałam spędzać z nią czasu,
wyprowadziliśmy się w końcu,ale co z tego skoro i tak czułam się tam od pierwszej chwili źle,
ona tego nie akceptowała nie pomagała nam,nie dała znowu żadnego wsparcia ani finansowego ani
po prostu prezentu na nowe mieszkanie,a nawet choćby pomocy w ogarnięciu mieszkania porządku itd.
Najlepsze co jej wychodzi to wtrącanie znowu w to co kupujemy,za ile,po co nam to potrzebne,
jaką wypłatę dostał. Z dnia na dzień miałam już tego wszystkiego dość,chodziłam nerwowa,
mieszkanie nie cieszyło mnie tak bardzo,bo czułam ciągłą jej obecność w naszym życiu,
dzwoniła do niego za moimi plecami i nastawiała go przeciwko mnie,by w końcu mnie zostawił.
W końcu powiedziałam koniec masz coś z tym zrobić masz do niej jechać wyjaśnić wszystko i wtedy
ja dopiero będę w stanie normalnie funkcjonować z nimi,a wrócił totalnie źle nastawiony do mnie
i z żalem,że ja nie byłam według jego matki wystarczająco miła i za mało się starałam...
ale po tym wszystkim co mi zrobiła i jak się starałam jaka mam być dla kogoś takiego?!
Aż w końcu stało się on nie będzie z kimś kto nie akceptuje jego rodziny,zerwał i powiedział,
że mnie nie kocha od dwóch miesięcy i nie chce ze mną być,choć codziennie powtarzał jak to mnie kocha
i jakie ma ze mną plany na przyszłość.
A po tym wszystkim co nas łączyło nawet nie potrafi się przyznać do błędu innym,
a cała wina rozpadu naszego związku leży tylko i wyłącznie po mojej stronie,
a on wcale nie czuję się winny,wręcz kłamie na mój temat by wyjść na tego dobrego.
Takie jest moje zdanie,starałam się opisać to co było najistotniejsze.
Co o tym sądzicie ?