Przeczytałem wiele postów na tym forum dotyczących rozstania. Odnoszę wrażenie, że większość komentujących jest za rozstaniem jeśli w związku się coś nie układa, wygasa uczucie czy brak jest dobrych relacji. Moim zdaniem każdy związek jest jakąś wartością i czasami warto podjąć walkę by ratować relacje między dwojgiem ludzi. Jeśli nie dostrzegacie w swoim związku cech skrajnie patologicznych, umiecie jeszcze ze sobą rozmawiać to zawsze trzeba próbować.
Jak wiele opisywanych tutaj przypadków, mój również jest dość skomplikowany. Po 8 latach związku moja partnerka zdecydowała o rozstaniu. Oboje jesteśmy po 40-tce. Ona ma troje dzieci z poprzednich związków, ja kilka mniej poważnych związków za sobą, ale bez dzieci. W pierwszej fazie związku układało nam się całkiem dobrze. Ona bardzo o mnie zabiegała, dawała z siebie bardzo wiele, była bardzo zakochana, twierdziła, że ta miłość do mnie zaczęła się już w szkole podstawowej, a teraz spotkaliśmy się na dobre. Kiedy się do siebie zbliżyliśmy ja mieszkałem w Warszawie, ona w małym miasteczku na prowincji. Zostawiłem mieszkanie i pracę w Wawie, przeprowadziłem się do niej. Zaczęliśmy sobie układać życie razem. Oboje byliśmy w sobie zakochani. Ona trochę bezradna życiowo, przytłoczona przez brak stałej pracy i obowiązki względem dzieci. Mimo to wciąż atrakcyjna, pełna życia i potencjalnych możliwości. Wszedłem w rozbitą rodzinę i zacząłem przejmować rolę mężczyzny w tym stadzie. Wszystko działo się naturalnie, założyłem dla niej firmę, w której mogła rozwijać swoje pasje i talenty. Prowadziliśmy ją wspólnie. Jej rodzice oddali nam piętro swojego domu. Mieszkanie było w surowym stanie. Zaangażowałem się w wykończenie i wyposażenie naszego nowego lokum. Włożyłem w to sporo pracy i trochę pieniędzy.
Początkowo relacje z dziećmi były trudne. Pojawił się obcy w rodzinie i nie łatwo było go zaakceptować, ale potem wspólne wyjazdy, wakacje, spacery, wyjścia do kina, restauracji trochę nas do siebie zbliżyły. W pewnym momencie stałem się dla dzieci osobą, na którą bardziej mogły liczyć niż na własną mamę. Zdarzało się bardzo często, że nie odbierała telefonu od dzieci. Przez roztargnienie zostawiała gdzieś aparat albo nie naładowała baterii, a ja zawsze odbierałem. Dziecko trzeba było przywieźć ze szkoły, zawieźć na tańce, trening, dać pieniądze, wysłuchać problemów itd.
Po pewnym czasie moja partnerka zaczęła mi stopniowo odkrywać swoje traumatyczne przeżycia związane z poprzednimi związkami. Z pierwszego małżeństwa, które trwało 3 lata miała syna. Z drugiego 5-cio letniego związku miała córkę i syna. Według jej relacji, ten drugi związek był dla niej traumatyczny szczególnie ze względu na niechcianą ciąże z córką i nie najlepsze relacje z partnerem. Po rozstaniu się z drugim partnerem podjęła decyzję by oddać najstarszego syna ojcu. Dziecko musiało opuścić matkę i w wieku 9 lat zacząć życie z ojcem i jego nową partnerką. Opisuję to w skrócie, bo jest jeszcze wiele innych czynników bardzo ważnych dla rozwoju tych dzieciaków i przeżyć mojej partnerki.
Kiedy się do niej wprowadziłem zastałem dwójkę dzieci, oboje byli jeszcze w podstawówce. Kilka miesięcy później doszło do tragicznego wypadku. Najstarszy syn (ten z pierwszego małżeństwa) jechał z ojcem samochodem. Ojciec pod wpływem alkoholu. Przy wyprzedzaniu auto uderzyło w autobus. Ojciec zginął na miejscu, syn wyszedł z tego bez urazów fizycznych. W końcu musiał wrócić do mamy. Postaraliśmy się go przyjąć jak najlepiej, załatwiliśmy mu nową szkołę i otoczyliśmy go opieką. Tutaj nie wiem co mam napisać, bo chyba nikt, kto nie przeżył takiej traumy nie jest w stanie zrozumieć co czuje dziecko, które nagle traci ojca. Chłopak się jednak potrafił podnieść i dzisiaj świetnie funkcjonuje.
W pierwszym okresie naszego związku wydarzyło się więc wystarczająco dużo ważnych rzeczy, które związały nas jeszcze bardziej. Śmierć ojca najstarszego dziecka, jego powrót do mamy, przeprowadzka do nowego miejsca, urządzanie mieszkania i zakładanie firmy.
Przez pierwsze 3-4 lata wszystko układało się w miarę normalnie aż do momentu, w którym zaczęło się coś złego dziać z najmłodszym synem. Pewnego wieczoru przyszedł do nas i oznajmił, że słyszy jakieś głosy, że widzi światełka, był wtedy w drugiej klasie gimnazjum. Początkowo próbowaliśmy to bagatelizować, ale obserwowaliśmy, że jego stan się pogarsza, jest wycofany, powtarza w kółko te same zdania, nie potrafi żadnego dokończyć, wpada w dziwne stany. Wmawiał sobie, że jest schizofrenikiem, psychopatą i temu podobne. W szkole był wycofany, ciągle skoncentrowany na sobie. W internecie wyszukiwał różnych chorób. Byliśmy bardzo zaniepokojeni, dziecko wpadało w takie stany kilka razy w roku i trwało to zwykle kilka tygodni. Natychmiast skontaktowaliśmy się z psychologiem i psychiatrą. Staraliśmy się to wytłumaczyć jego okresem dojrzewania. Lekarze też nie stawiali jednoznacznej diagnozy, raczej łagodzili nasze i jego lęki i obawy. Jednak moja partnerka bardzo to przeżyła, codziennie o tym rozmawialiśmy, staraliśmy się pomóc dziecku jak umieliśmy. Jeździliśmy na konsultacje i spotkania z lekarzami. Okazało się, że brat ojca najmłodszego dziecka miał schizofrenię. Moja partnerka mieszkała z nimi razem przez 5 lat. Do świadomości dziecka w końcu to doszło i uderzyło w niego na początku okresu dojrzewania. Wszystko wyglądało bardzo niepokojąco, ale minęło i dzisiaj nie ma już żadnych problemów.
Odbiło się to na mojej partnerce. Stała się nerwowa, do tego doszedł jeszcze okres pokwitania. Od tej pory zaczęła mnie izolować, najpierw w drobnych sprawach, a to że włożyłem w sklepie do koszyka coś czego ona nie chciała, a to że się nie tak uśmiecham, że nie odzywam do niej tak jakby chciała, że nie mówie jej codziennie, że ją kocham, że nie tak ją przytulam, że kocham psa bardziej od niej i tak dalej. Na początku tłumaczyła się, że ma klimakterium i ciągle zmienia jej się nastrój. Kupiła sobie ziółka na uspokojenie. Ja też się uspokoiłem, bo wierzyłem, że w końcu jej to przejdzie. Codziennie się uśmiechałem, próbowałem być w dobrym humorze, ale na jej twarzy znowu pojawiał się foch. Zaczęły się kłótnie, słowna agresja i podział na my i ty i twój pies. Podejmowałem jeszcze próby, wyjeżdżaliśmy razem na wakacje i kiedy była z dala od domu i od dzieci znowu zachowywała się w stosunku do mnie normalnie. W końcu podjęła terapię. Okazało się, że ma bardzo wiele żalu do swoich rodziców, że matka jej nigdy nie kochała, nie okazywała zainteresowania, że ojciec wyrzucił ją z domu kiedy była w ciąży, że ma ogromną złość na byłego partnera, z którym ma tę dwójkę dzieci, że dzieci się go boją, że on się w ogóle nimi nie interesuje. Przez dwa lata terapii wpadała w jeszcze gorszy stan i to odbijało się też na naszych relacjach.
W końcu najstarszy syn wyjechał na studia, córka dostała stypendium w liceum w innym mieście. Zostaliśmy tylko z jednym dzieckiem, najmłodszym synem. Teraz było mniej problemów. Pojawiła się szansa na poprawienie naszych relacji. Niestety za każdym razem kiedy dzieci przyjeżdżały do domu moja partnerka za wszelką cenę chciała im pokazać, że nie zależy jej na mnie. Przeciągała dzieci na swoją stronę. Doszło do tego, że dzieciaki wstając rano czy wracając ze szkoły nie mówiły mi nawet cześć. Dzieci zwracały się do mnie tylko wtedy gdy czegoś potrzebowały. Wiele razy z nią o tym rozmawiałem, ale nie przyniosło to efektu. W końcu postanowiłem, że się rozstaniemy i poszedłem na jedną noc do moich rodziców. Na drugi dzień wróciłem do niej niby po rzeczy, ale miałem nadzieję, że ona się opamięta. Płakała, ale zniosła to godnie i prawie się pogodziła. Ja miałem tylko nadzieję, że zrozumie w końcu o co mi chodzi, żebyśmy byli razem ze sobą, razem w decyzjach wobec dzieci. W końcu ustąpiłem, bo tak naprawdę nie miałem zamiaru się wyprowadzać. Obiecała, że się zmieni. Przeprowadziliśmy rozmowę z dzieciakami i dziadkami. Przez jakiś czas było w porządku.
Potem znowu nasze ralacje się pogorszyły. W okresie zimowym nasza firma funkcjonowała nie najlepiej, więc postanowiłem wyjechać na 5 miesięcy do Irlandii. Myślałem, że przy okazji będziemy mieli trochę spokoju od siebie, a ja zarobię więcej pieniędzy na życie. Na początku normalnie rozmawialiśmy przez telefon, ale kiedy jej córka przyjechała na ferie rozmowy stawały się zupełnie inne. Była wobec mnie chłodna i obojętną, pokazywała dziecku, że jej na mnie nie zależy. Przez cały czas pobytu w Irlandii nie zabiegała o kontakt ze mną, to ja do niej dzwoniłem. W końcu pokłóciliśmy się o jakieś sprawy firmowe i tylko ze sobą mailowaliśmy. Kiedy wróciłem okazało się, że jej córka ma anoreksję i właśnie przerwała naukę na stypendium i musiała wrócić do domu. Partnerka powiedziała mi, że muszę się wyprowadzić, bo jeśli tego nie zrobię to jej córka grozi, że się powiesi lub sobie coś zrobi. Wciąż jeszcze zależało mi na tym związku, więc powiedziałem, że będę walczył. Przyjechałem z Irlandii w nie najlepszym stanie zdrowotnym, nie miałem nawet już siły wchodzić w jakiekolwiek konflikty. Czekała mnie operacja i poprosiłem ją żeby dała mi trochę spokoju, bo muszę się skoncentrować na swoim zdrowiu. Każdego dnia usuwałem się z linii frontu, starałem się jak mogłem. Chwaliłem, uśmiechałem się, dawałem wyrazy mojego uczucia. Razem z dziećmi wyjeżdżaliśmy na weekendy, do restauracji, nad rzekę, na konie. Niestety zawsze większość moich propozycji napotykała na opór z jej strony. Na wszystko było irracjonalne NIE.
Przychodziła jeszcze do mnie do szpitala, ale na 3 dzień po operacji zrobiła mi awanturę. Nie miałem w ogóle na to siły. Krzyczała, że ją źle traktuję, że nie zobaczyłem jak się ładnie dla mnie ubrała, że nie doceniam, że do mnie przychodzi, że musimy się rozstać. W końcu wyszła oburzona, by za chwile wrócić i mnie przeprosić. Wróciłem do domu. Jej rodzice pytali się codziennie jak się czuję. Teściowa gotowała mi zupki, ale dzieci się nie interesowały.
Moja matka załatwiła jej pracę w Niemczech na 2 tygodnie. Zostałem z dziećmi sam, byłem słaby jak mucha, ale one nawet nie pytały się jak mi pomóc czy jak się czuję. Partnerka też do mnie nie dzwoniła, kontaktwała się tylko z dziećmi. W końcu kiedy wróciła oznajmiła mi kategorycznie, że muszę się wyprowadzić, bo dzieci o to pytają, a córka może coś sobie zrobić.
Ledwie żywy, po jakimś tygodniu ciężkich negocjacji wyprowadziłem się. W dalszym ciągu prowadziliśmy razem firmę i chcąc nie chcąc wciąż wracaliśmy do tematu rozstania. Podsumowałem sobie to wszystko. Wciąż mi na niej zależało i udało mi się ją nakłonić do konsultacji u psychoterapeuty. Ona koniecznie chciała mnie przekonać do rozstania i myślała, że terapeuta mi w tym pomoże. Tylko w tym celu i z takim zamiarem tam poszła. Okazało się coś zupełnie innego. Terapeutka zwróciła jej uwagę na to, że postrzega nasz konflikt w czarno-białych barwach. Że jej silna motywacja do rozstania jest zupełnie nieadekwatna do zaistniałej sytuacji. Że zwykle w takich przypadkach, gdy usunie się "czarny charakter" - czyli mnie jako źródło wszystkich problemów - to miejsce tej czarnej owcy zajmie ktoś inny w rodzinie. Poza tym jak zauważyła terapeutka odnosiliśmy się do siebie całkiem pozytywnie jak na krótki czas po rozstaniu. "Pani mówi, że tęskni, a Pan mówi, że Panią kocha".
Czy warto walczyć?
Daj jej czas, poczekaj 3 miesiące, rok, wszystko się ułoży - tak mówią znajomi. Tak tutaj czytam na forum.
Przeczytałem książkę "Neurotyczna osobowość naszych czasów", przeczytałem mnóstow tekstów w necie, wiele różnych historii.
Ciągle rozmawiam z moją partnerką i jestem przekonany, że podjęła pochopną decyzję i wiem, że będzie tego wkrótce żałować.
Poprzednie jej związki zakończyły się bardzo podobnie, moje różnie, ale nie były to tak ważne i długotrwałe relacje.
Nie chcę już więcej popełniać tych samych błędów i mam wielką chęć dowiedzieć się co trzeba zmienić. Nakłaniam ją na terapię par, ale głównym celem jest poprawa komunikacji między nami. Mam nadzieję, że dzięki temu oboje będziemy wiedzieli gdzie jest pies pogrzebany, a może nawet podejmiemy decyzję o powrocie do siebie. To jest bardzo trudne, bo jest wiele żalu między nami, utraty zaufania, gniewu, krzywdy itd., ale dojrzali, dorośli ludzie powinni spróbować przynajmniej naprawić swoje błędy, powinni jakoś odkupić swoją winę, a nie zostawać z nią sam na sam.
Trzeba walczyć. Warto?