Witajcie.
Nie wiem dlaczego tu piszę i nie wiem czego się od Was spodziewam. Muszę po prostu wyrzucić z siebie historię z przeszłości, o której nie wie nikt, a która powraca teraz do mnie ze zdwojoną siłą.
Od pół roku jesteśmy małżeństwem. Jesteśmy razem i znamy się od 9 lat. Pierwsze 2 lata naszego związku to trochę niedojrzałe uczucie. Było pełne chorych zazdrości i historii z brazylijskich telenoweli. Ale łączyły nas coś co oboje rozumieliśmy jako miłość, przyjaźń i seks - oboje byliśmy swoimi pierwszymi partnerami.
Po 2 latach związku przyszedł kryzys. Pojechałem na kilka miesięcy za granicę do pracy. Początkowo wszystko było ok - dużo skypa, telefony, itd. Po jakimś czasie zaczęły się ciągłe kłótnie, wypominania o brak czasu, ciągła kontrola, wieczna złość. Zacząłem wątpić czy to co uważałem za miłość nie było przypadkiem niedojrzałym zauroczeniem i powiedziałem, że to już koniec. Jak się domyślacie szybko znalazła się pocieszycielka a ja - młody i głupi - stwierdziłem, że żyje się tylko raz i trzeba skorzystać. To trwało miesiąc. Żałuję tych nocy do dziś.
Moja żona, a wtedy porzucona dziewczyna, była zdruzgotana i zrozpaczona, ale zdecydowała się za wszelką cenę walczyć o ten związek. Po moim powrocie do kraju zaczęliśmy się znów spotykać. Pewnie tego nie zrozumiecie, ale dopiero wtedy, gdy zobaczyłem jak cierpiała, jak to przeżywała, gdy stanąłem przed faktem, że mamy już nie być ze sobą zrozumiałem, że ją prawdziwie kocham i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Nie umiałem odejść. Postanowiliśmy, że damy sobie drugą szansę. Oboje tego bardzo pragnęliśmy i bardzo się zmieniliśmy.
Niestety, nie powiedziałem jej wtedy o tym co wydarzyło się podczas naszego rozstania. Bałem się, że byłoby to za dużo, że ostatecznie zamknęło by drzwi do powrotu do siebie. Uświadomiłem sobie jak bardzo nie chciałem jej stracić. Wiedziałem, że gdybym powiedział jej całą prawdę nie zniosłaby tego. Zabiłbym ten płomień w jej oczach, przestałaby ufać - nie tylko mi, ale też innym, a krzywda pozostałaby na całe życie. Wytłumaczyłem sam sobie, że musiałem zrobić coś bardzo głupiego, żeby zrozumieć jak bardzo ją kocham. Tamte wydarzenia wrzuciłem na dno najgłębszej studni, a wnioski z nich wyciągnięte nosiłem w sercu. Uważam, że był to najpodlejszy moment mojego życia. Nie wie o nim nikt z rodziny, nikt ze znajomych, wszystkie osoby z tamtego wyjazdu już dawno zniknęły z mojego życia.
Od tamtych wydarzeń minęło 7 lat. Jesteśmy razem bardzo szczęśliwi, przez ten czas przeszliśmy bardzo wiele, zawsze się wspierając i będąc obok siebie duchowo, łącznie z kolejną ponad 2-letnią rozłąką w różnych oddalonych od siebie miastach podczas której dochowałem jej wierności. Z czasem zamieszkaliśmy razem, zaręczyliśmy się, wzięliśmy ślub. Przez ten cały czas mój błąd z przeszłości przypominał mi jak bardzo ją kocham i jak bardzo nie dopuściłbym do tego żeby to zrobić znowu.
Po ślubie wyrzuty sumienia wróciły ze zdwojoną siłą. Moja żona wciąż wierzy, że jest moją jedyną. Mam poczucie, że wszystko co zbudowaliśmy jest zbudowane na kłamstwie, że okłamuję jedyną osobę, którą naprawdę kocham. Że ona kocha mnie takiego jakim tak naprawdę nie jestem. Nie potrafię powiedzieć jej całej prawdy i zburzyć jej świata i naszego szczęścia, nie potrafię też jej jednak okłamywać, a już na pewno nie potrafię jej zostawić. Tak bardzo ją kocham, tak bardzo chciałbym być z nią całkowicie szczery, lecz wiem, że nie mogę. Często przytula się do mnie i pyta się mnie dlaczego to ją wybrałem, mówi, że na mnie nie zasługuje, a ja w głębi duszy wiem, że jest dokładnie na odwrót.
Rozmawiamy czasem o dzieciach i mam wrażenie, że poza moją żoną również one i ich szczęście będą zakładnikiem mojego błędu z przeszłości i mojego tchórzostwa. Moja matka rozstała się z mężem i wychowywała mnie samotnie, zawsze sobie powtarzałem, że w swojej rodzinie nie powtórzę tego błędu i tak bardzo boję się, że dążę w dokładnie tym samym kierunku.
Żałuję, wstydzę się i nienawidzę siebie za to co zrobiłem gdy byłem młody i głupi.
Dlaczego najbardziej ranimy tych, których najbardziej kochamy?