Hej, zaznaczam, że jestem tu nowa i z problemem zgłosiłam się na innym forum, ale tam mnie (po części może i słusznie) zjechali i temat stanął. Postaram się skrócić historię do koniecznego minimum, chociaż mam tendencję do wydłużania.
Mam nadzieję na jakieś świeże spojrzenie.
Generalnie jestem trochę w rozsypce. Pracuję w branży gastronomicznej, jak co roku w kwietniu/maju mieliśmy nabór na ludzi do pomocy i na tzw. parasole, czyli budki z piwem. W tym roku nowy narybek trafił nam się z lekka beznadziejny, oprócz jednego chłopaka, który naprawdę przykłada się do swojej pracy - B. Od początku dobrze się dogadywaliśmy, zawsze odnosiłam wrażenie, że trochę inaczej na mnie patrzy. Flirtowaliśmy i nadal flirtujemy dość sporo, ale problem polega na tym, że ja chyba nie mogę flirtować, nie angażując się uczuciowo... Nasza znajomość nabrała trochę rozpędu, jak kiedyś po pracy zostałam z nim na budce, a on dokładał piwo - chcąc przytrzymać mu "uciekające" drzwi przypadkiem dotknęłam jego krocza - roześmialiśmy się, a on powiedział, że "aż mu się gorąco zrobiło". Jestem znana z tego, że mam jakiegoś niewytłumaczalnego pecha na to, że wpadają mi w oko młodsi - on jest młodszy o dwa lata (miałam tylko dwóch chłopaków i obydwaj byli ode mnie rok młodsi...). B. oficjalnie zakończył pracę z końcem sierpnia, ale postanowił przyjść do nas teraz we wrześniu na kilka dniówek, bo kadra nam się skurczyła do wymaganego minimum i wszyscy tyramy bez przerwy. Przed jego "odejściem" zrozumiałam, że lubię go bardziej niż on mnie... I postanowiłam, że lepiej będzie, jeśli się znielubimy pod koniec (GŁUPIA JA!), bo mnie lepiej się będzie zapominać z myślą, że on mnie nie lubi. Stałam się oschła i niedostępna, odmawiałam jego dotyku (często się przytulamy i całujemy w policzki), on to zauważył pewnego dnia i wściekł się, że "cieszy się, że tu kończy pracę (cośtam jeszcze), jeśli ktoś go w ogóle tu jeszcze lubi". Dobra koleżanka z pracy (S.) przemówiła mi do rozsądku i zmieniłam swoje zachowanie, a on nie krył żadnej urazy. Kilka razy, kiedy miałam dłużej wolne, mówił mi, że się za mną stęsknił, że mu było beze mnie smutno, itd.
Wiele osób w pracy, nawet jedna z szefowych, które nie siedzą w lokalu całodobowo jak inni szefowie, zauważyło, że bardzo dobrze się dogadujemy. B. zgodził się przyjść we wrześniu do pracy pod warunkiem, że będzie pracować tylko na budce - ale chciał przyjść do mnie na bar na pomoc, tylko że szefowa za późno go zapytała, a on miał zaplanowany wyjazd. Potem szefowa dodała, że "może to i lepiej, bo nie będziemy się przytulać non-stop". Jak się dowiedział, że nie trafią nam się więcej wspólne dniówki (on na budce, ja w lokalu) to stwierdził, że jeszcze ze dwie sobie może załatwi. Kilka razy napisał do mnie sam na FB, na telefon. Nazwał w żartach mojego tatę "teściem", jak mu kiedyś wspomniałam o moich wymarzonych zaręczynach odparł: "ok, zapamiętam"... Wiem, że to równie dobrze może nic nie znaczyć i może ja sobie za dużo nadpisałam, ale miałam wrażenie, że w ciągu ostatni kilku dni moje wątpliwości co do tego, że on też mnie lubi "za bardzo" zaczęły znikać. Wpadłam do pracy przedwczoraj ot, tak, dla towarzystwa (to charakterystyczne dla pracowników naszego lokalu
), a on ciągle przy mnie siedział, trzymał za rękę, przytulał się i nawet powiedział (całkiem poważnym tonem), że przy mnie zawsze ma ciepłe dłonie. Powiedział też kiedyś sam z siebie S., że bardzo dobrze się ze mną dogaduje, że świetnie mu się ze mną rozmawia, itd. Przedwczoraj namawiał mnie, żebym szła na imprezę pożegnalną z resztą pracowników (dołączyłabym po pracy, bo wtedy mam dniówkę), więc moje myśli po prostu oszalały ze szczęścia, pewne, że teraz prosta droga do związku. Nic bardziej mylnego! Wczoraj również mieliśmy razem zmianę i... to była jakaś emocjonalna płaszczyzna! Odczułam od niego tak wyraźne kumpelskie traktowanie, że aż mnie serducho rozbolało.
Mamy iść dzisiaj małą paczką na kręgle po pracy, ale aż mi się ich odechciało... Do prawda, do tej pory na moje teksty o sobie, że "wyglądam jak wieloryb" albo że jestem brzydka nie reagował, a teraz zaczyna zaprzeczać, ale to chyba nic nie zmienia...
Ale jest też druga strona medalu. Tydzień temu powiedział, że jestem dla niego za stara. Po czasie stwierdziłam, że może ma rację... I znowu moja wina: powiedziałam mu, że mam słabość do facetów w lokach i do młodszych, ale on "nie jest w strefie zagrożenia". Wiele osób stwierdziło, że tym samym sobie sama zawaliłam. Powiedziałam mu też, że nie szukam chłopaka (bo po części obawiam się nowego związku, tylko że z nim zgodziłabym się zaryzykować). On twierdzi, że nie szuka dziewczyny, bo chce się skupić na nowych studiach (zaczyna prawo od tego roku). Opowiada mi o dziewczynach, które są wg niego ładne. Kiedyś też, zaskakując mnie przy tym zupełnie, zapytał mnie: "Chyba ci się trochę podobam, co?", a ja w szoku odpowiedziałam: "Nie, po prostu jestem dla ciebie miła." S. mówi, że mam go traktować jak kolegę, ale to trudne, bo naiwna ja zaangażowałam się ciut za mocno i bardzo smutno było mi w nocy, rozpłakałam się trochę, a dziś mam ochotę się zwolnić i nigdy więcej nie wrócić do tego lokalu. Jak go kiedyś (po pożegnalnych kręglach) odwoziłam do domu, to zapytał mnie, czy będę z nim rozmawiać w autobusach (prawdopodobnie będziemy się w nich widywać podczas dojazdów na uczelnię). Na tekst, że "od teraz nie będę mu ryła bani" odpowiedział, że "byłoby mu bardzo miło, gdybym mu jednak dalej ryła". Kiedyś tez zapytał mnie: "całujemy się?", ale staliśmy za barem, więc uznałam to za niestosowne i odmówiłam.
A co Wy o tym myślicie? Mnie się jeszcze 24 h temu wydawało, że znacznie się do siebie zbliżyliśmy, ale wczorajszy dzień był jak rąbnięcie łbem w ścianę - równie szokujący, co bolesny. I nie wiem, czy to ja oszalałam i za dużo sobie wyobrażam czy to on wysyła sprzeczne sygnały. Sam powiedział, że boi się ewentualnych nowych związków.