Rok trzeci mija właśnie od rozstania mojego z narzeczoną...
I taka mnie nachodzi refleksja przepełniona trochę takim poczuciem, że nie jest tak jakbym chciał, żeby było.
Ale od początku...
Pierwszy rok po rozstaniu to była jakaś istna katorga, agonia, no totalna wegetacja. Ale jakoś się udało.
Poświęciłem te 3 lata na rozwój siebie, tego co chcę w życiu robić. Przez jakiś czas miałem parcie na poznanie kogoś nowego, ale wiedziałem, że przy tym poziomie desperacji no to choćbym spotkał anioła to guzik z tego wyjdzie. Więc sobie odpuściłem. Poszukiwania, stawanie na rzęsach, portale randkowe etc
Poświęciłem te 3 lata na zrobienie sobie uprawnień do wykonywania wymarzonego zawodu, znalazłem i rozwijam swoje hobby jakim jest budowa z klocków LEGO Technic. Czuję, że lepiej tego czasu spożytkować nie mogłem. Starałem się przestać myśleć o związkach, o byłej... wiele rad innych zastosowałem. Stałem się na te 3 lata pewnego rodzaju egoistą, który na ten moment stara się zadbać o siebie. No i wyszło ogólnie rzecz biorąc zadowalająco.
A teraz do rzeczy... rady rozbrzmiewały dla mnie takie po rozstaniu, by dać sobie właśnie spokój z kobietami, przynajmniej na jakiś czas. Wielu mówiło, że żeby z kimś być należy najpierw nauczyć się być samemu. No i ok... nauczyłem się, czy może przyzwyczaiłem się do swojej samotności. W sumie jest mi z nią na swój sposób nawet dobrze. Pomimo tego, że swego czasu wisiała wizja powrotu ex - mnie to już średnio interesowało. Na tyle się zdystansowałem, że pomimo targających mną emocji, nie miałem ochoty się w to angażować.
Za namową wielu osób poświęciłem czas dla siebie, na swój rozwój, realizację marzeń i celów.
Za namową wielu osób starałem się wyzbyć desperacji, przestać na siłę szukać.
Za namową wielu osób nauczyłem się być sam.
Za namową wielu osób pracowałem nad swoją samooceną i choć daleko do ideału to myślę, że jestem na dobrej drodze.
Ale... czuję jednak, że to nie jest to. To jest cholernie męczące. Zastosowałem się do tych rad wierząc, że to faktycznie działa, że przecież nie jestem pierwszy i nie ostatni. Że ktoś to przecież wypróbował to musi działać.
A jednak czuję, że postępuję wbrew sobie. Nie mam parcia na związek, ale samotność dobija, frustruje. Ile można żyć z samym sobą?
Doszedłem do takiego momentu, że naprawdę nauczyłem się być sam i co niepokojące dla mnie, zaczyna mi być z tym cholernie dobrze.
Zaczyna mi być cholernie dobrze samemu mając jednocześnie cholerne uczucie pustki wynikającej z braku kobiety. Pod wieloma względami. Seksu, bliskości, rozmowy, poczucia bezpieczeństwa emocjonalnego, możliwości dzielenia się troskami i radościami, świadomości, że ktoś się o mnie martwi, myśli, czeka.
Nauczyłem się żyć ze sobą i choć mam ogromną ochotę posiadania kogoś bliskiego, zacząłem się właściwie bać, że ktoś taki mógłby się któregoś dnia faktycznie pojawić i zaburzyć ten spokój.
Dodatkowo wykonuję zawód kierowcy. Naprawdę kocham to co robię i uważam, że to jest to co będę robił do grobowej deski. Naprawdę uwielbiam te robotę. Ale obiektywnie zdaję sobie sprawę i odnoszę wrażenie, że jedno marzenie, które spełniłem zamknęło mi drogę do innego, jakim jest posiadanie ukochanej osoby. Odnoszę wrażenie, że wypracowanie kompromisu w tym zestawieniu graniczy z cudem, bo albo ja musiałbym zrezygnować z zawodu, który daje mi spełnienie, albo być sam.
Reasumując. Po 3 latach przymusowego singlostwa, nauce bycia samemu i wyzbywaniu się desperackich prób znalezienia kolejnej kobiety dochodzę do momentu, w którym pomimo wszystko, wciąż jestem sam i choć żyję sobie w miarę dobrze, wykonuję robotę, którą lubię, ogólnie jestem raczej zadowolony z przebiegu tych lat to jest uczucie cholernej pustki.
Jak mawia klasyk - Gdzie popełniłem błąd?