Hej, witam wszystkich i proszę o pomoc bo sama już nie wiem co robić... Dziękuję również od razu temu kto przebrnie przez ten post do końca...
Jestem w sytuacji gdzie nie wiem co mam robić... jestem w 8 miesiącu ciąży a myśl o odejściu z tego świata towarzyszy mi codziennie...
Czytam ostatnio artykuły i tematy o toksycznych rodzicach ale z moją mamą jedno mi się nie zgadza. Większość osób posiadających toksyczne matki od dziecinstwa czuły się niekochane, matki dały im do zrozumienia, że dzieci są ich pomyłką, porażką...
Moja natomiast zawsze mówiła, że mnie kocha, czułam to, przytulała mnie, dziecinstwo wspominam całkiem mile. Nigdy niczego mi nie brakowało, jako jedynaczka byłam rozpieszczana i kochana- chociaż wychowywana raczej w sztywnych regułach.
Nie wychodziłam za bardzo na podwórko do innych dzieci, wolałam książki, swój świat tworzony w wyobraźni, zabawę z przyjaciółmi "z głowy", jako nastolatka nie chodziłam na imprezy, dyskoteki, ogniska bo rodzice nie pochwalali tego. Czasem gdzieś wyszłam i wracałam punktualnie o 22.
Gdy minął mi 16 rok życia zakochałam się i zaczęłam spotykać z chłopakiem. Zostały mi narzucone ramy co do spotkań, raz w tygodniu, w sobotę od 16 do 21.
Gdy przychodziły do mnie koleżanki z drugiego pokoju po jakimś czasie słyszałam: niech oni sobie już idą! plus czasem niecenzuralne słowa.
Mama od tego momentu zaczęła się inaczej zachowywać... może dlatego, że zaczęłam dorastać i się buntować?
Moje koleżanki zaczęły być nazywane pizdami, koledzy chujami... Póki się nie odzywałam to było wszystko ok, mama zawsze potrafiła sprawić, że przychodziłam i przepraszałam- miałam dość napiętej atmosfery i wolałam wyciągnąć rękę. Tata od zawsze był pod pantoflem- nie miałam z nim nigdy dobrego, ciepłego, rodzinnego kontaktu. Może dlatego, że on nie był tego nauczony? teraz po latach widzę, że okazywał mi miłość w inny sposób- był zawsze gdy go potrzebowałam, zawsze pomocny. Ale ja traktowałam go źle, tak jak mama- brałam z niej przykład i nie szanowałam taty. Teraz już go nie ma ale o tym później.
Lata mijały, zawsze to ja przepraszałam, chodziłam do spowiedzi (po klękałam przy mamie i mówiłam formułkę"mamusiu odpuść mi")... z miasta przenieśliśmy się na wieś. Rozpadł się mój 5 letni związek bo nie chciałam opuścić domu i zamieszkać z chłopakiem.
Mama zaczęła chorować na nogi, dwie ciężkie operacje, dziś porusza się z bólem. A ja brałam na siebie oczywiście pomoc, łagodzenie sytuacji w domu, poczucie winy gdy gdzieś wychodziłam, strach o nią bo przecież jest chora i sobie nie poradzi, tata chorował na oczy więc też nie był w stanie jej całkowicie pomóc.
Do tego ciągłe braki w finansach przez dom który kredytem pożera nas do dzisiaj i będzie pożerał przez kolejne 20 lat...
Odkąd zaczęłam pracować daję do domu ok 500 zł na miesiąc. Na chwilę obecną 1000 zł. Znajomi mówili, że dużo- dla mnie było to normalne, tego oczekiwano ode mnie i to robiłam.
W między czasie ojciec zaczął zdradzać matkę, awantury, bieganie wokół domu z nożem, próba samobójcza mamy i moja interwencja w ratowanie jej życia, jej pobyt w szpitalu psychiatrycznym (reguła po próbie samobójczej), po powrocie kolejne awantury, kolejne zdrady. Moje stawanie murem za mamą- bo przecież nie zostawię jej w takiej trudnej sytuacji! Kolejna operacja mamy. Nagła choroba i śmierć taty...
Najgorsze zaczęło się teraz...
Wyjechałam ponad rok temu na wakacje. Pierwszy raz tak naprawdę sama, w miejsce w które chciałam, wśród natury, zwierząt, wspaniałych ludzi.
Zakochałam się we wspaniałym mężczyźnie. Biednym jak mysz kościelna, z przeszłością, alimentami i dzieckiem. Z matką alkoholiczką i brakiem rodziny.
Cudownym, kochającym, którego uwielbiają zwierzęta a dziewczyny sikają po nogach na jego widok ![]()
I cóż... on zakochał się we mnie! w cichej, okrągłej, nieśmiałej dziewczynie.
Po 2 miesiącach znajomości utrzymywanej przed codzienne telefony i skypa przyjechał do mnie w odwiedziny i... został.
Właściwie nie u mnie a w domu moich rodziców. Na dzień dzisiejszy 1/4 domu należy do mnie- dostałam w spadku po tacie.
Było nienajgorzej póki nie umarł tata.
Po jego śmierci moja mama zmieniła się nie do poznania, a raczej zaczęła traktować mnie tak, jak przez całe życie traktowała ojca. I teraz zaczyna się tak naprawdę mój horror.
Bo nie dałam jej przeżyć żałoby, bo kogoś mam i z nim mieszkam u niej w domu, bo mam dopiero 25 lat i miałam jeszcze kupe czasu na zakładanie rodziny.
Mój narzeczony dziennie jest wyzywany od ch***, dupków, nierobów, gnoji, dzieciorobów...
Ja od nieudaczników, od grubasów, że On napewno mnie zostawi, że mnie zdradzi, że będzie jak wszystcy faceci- ch**em.
On pracuje ciężko fizycznie po 8 godzin dziennie, robi przy domu wszystko co potrzeba, o co się go nie poprosi to zrobi. Ale ma już dość wyzwisk i tego, że nie może być tu zameldowany, że ciągle wytykane jest mu że nic nie robi (bo np teraz uczy się na prawko i 3 dni nie zrobił nic w ogródku). Ma dość tego jak ja jestem traktowana.
Wg mojej mamy wszystko robię źle. Teraz też- bo siedzę w internecie a nie rozmawiam z nią.
Jestem ta zła, bo chcę mieć rodzinę, bo nie patrzę na to czego ona chce. Kłócę się z nią, buntuję się... ale ciągle nie potrafię przeciwstawić się jej do końca.
Usłyszałam już, że ona nie chce mojego szczęścia bo ja nie chcę jej, bo jej zostało z 20 lat życia a przedemną całe życie.
Że jestem wyrodną córką bo ona nie jest dla mnie najważniejsza, że moje nienarodzone maleństwo to bachor, w początkach ciąży życzyła mi poronienia, teraz chce, żebym rozstała się z narzeczonym i ona dziecko i ja będziemy szczęśliwą rodzinką.
Krzyki, awantury, życie pod jej dyktando, musi być tak jak ona chce. Ja mam zaszczepione poczucie winy, bo to moja mama , dała mi wszystko a ja jestem tak niewdzięczna.
Ciągle słyszę, że ona dała mi wszystko, a na starość doczekała się takiego losu. Że wolałaby mnie nie mieć.
A ja kiwam głową i wolę się nie odzywać... bo boję się, że coś jej się stanie. Uspokajam narzeczonego, uspokajam ją. A sama mam dość...
Jestem ta najgorsza, zawsze gorsza od innych (" czemu czwórka a nie piątka?"), zła córka, która odważy się powiedzieć czego chce.
Siedzę z nią do nocy w salonie podczas gdy ukochany idzie sam spać... Nie wychodzimy nigdzie sami żeby ona nie była sama, nie pozwala nam na nic, bo to ona musi rządzić. Jej słowo jest święte a ja nie umiem tak do końca się sprzeciwić. Zawsze z nią wszędzie jadę, załatwiam, pomagam, wyręczam. I zawsze jest źle. Teraz chcemy kupić samochód i nawet o to jest awantura bo już w ogóle będziemy mieli ją w nosie i będzie niepotrzebna bo będziemy sobie jeździć sami.
Bo gdy widzę jej łzy to pękam. I sama ją usprawiedliwiam. Że jest chora, że nie ma już męża. Że może powinnam jednak być więcej przy niej...
Marzę o tym, że się wyprowadzę ale wiem, że to się nigdy nie stanie. Na dom mamy ogromny kredyt, 2 tys zł. Po śmierci taty zostaliśmy z tym sami.
Razem z narzeczonym dajemy do domu 2000zł na miesiąc- na więcej nas nie stać, ja zarabiam 1200 zł, on 2000 a jeszcze alimenty płaci.
Mama ma rentę rodzinną po tacie, pomaga nam jeszcze babcia.
Nie wytrzymuję już tej atmosfery... ciągle mamy wypominane że to jej dom, że ona rządzi, że mamy się podporządkować albo mój mężczyzna ma wypier***ać.
Jestem w końcówce ciąży a nie potrafię się nawet tym cieszyć. Boję się co będzie dalej... mój związek jest smutny i pełen napięć przez nią.
Ale jeśli się wyprowadzimy to ona nie utrzyma sama domu, w dodatku jest inwalidką. Osobą chorą...
Jak zostawić na starość własną matkę?
Wiem, że może to co napisałam nie jest tak drastyczne jak niektóre posty innych ludzi ale jestem już tak zmęczona, zdołowana, bez chęci do życia, że nie potrafię opisać dokładnie tego co tu się dzieje.
Każdy dzień zaczyna się od mojego zastanawiania się: w jakim humorze wstanie mama.
Czasem obrażona nawet nie odpowie na "dzien dobry". Jeśli poszłam dzień wcześniej spać bo mnie wyganiała to też jest źle bo miałam dalej siedzieć a nie jej słuchać.
Potem jest jęczenie, że obcy facet chodzi po jej domu, potem, ze nic nie robi.
A gdy idzie do pracy zaczyna się wyrzucanie mi że zgotowałam jej taki okrutny los. Bo mój narzeczony to ch*** itd, bo nic nie potrafię zrobić.
Ja nawet nie mogę iść do niego do sypialni porozmawiać bo już awantura, że zostawiam ją samą!
Ja chcę życ! Mieć normalną rodzinę z kochającym mężem, cudownym synkiem, babcią która pomoże poproszona.
Ale nie wiem co już mam robić...
I tylko miłość do dziecka w moim brzuchu powstrzymuje mnie przed ostatecznym krokiem...
Dodam, że w tym artykule wymienione są wszystkie cechy mojej mamy...
http://zaradnakobieta.pl/8-cech-toksycznej-matki/