Witam, trafilem na to forum przez przypadek, ale widze ze mozna uzyskac tutaj cenne rady. Mam problem. Od razu napisze, ze wiem iz ja jestem winny tej sytuacji i zachowywalem sie jak ostatni palant... Postaram sie niczego nie kryc, mozecie po mnie jechac... bedzie dlugo... NIE JESTEM INTERNETOWYM TROLLEM!
Mam teraz 32 lata, ona 28. A. poznalem pare lat przed poczatkiem naszego zwiazku ale miala wtedy kogos z kim w koncu zwiazek sie skonczyl. Podobala mi sie, ale nie ukrywam ze na poczatku chcialem miec ja tylko do lozka. Po paru miesiacach poczulem jednak ze moze byc to dziewczyna z ktora moglbym spedzic reszte zycia. Moja rodzina z miejsca ja zaakceptowala bo A. jest ogolnie mila, kontaktowa kobieta. Przez prawie 2 lata w ogole sie nie klocilismy. Znosila spokojnie moje humory, jesli przesadzilem to plakala, ale nie podnosila na mnie glosu. Denerwowalo mnie to u niej czasami, ale tez cieszylem sie ze nie mam awantur.
W tym miejscu musze sie przyznac do pierwszej mojej wady tzn. zdradzalem A. od samego poczatku. W sumie zdradzalem kazda swoja dziewczyne. Po prostu nie potrafie sie powstrzymac. Czasami A. orientowala sie ze cos jest nie tak albo ktos jej donosil. Na poczatku reagowala lagodnie proszac bym zerwal znajomosc z dana dziewczyna bo jej sie to nie podoba i czuje sie zagrozona (nie wiedziala ze ja zdradzam tylko ze kreci sie przy mnie jakas), z biegiem lat zaczela reagowac gwaltownie. Wrzeszczala bardzo i psioczyla na mnie i te dziewczyny, klocilismy sie o to coraz czesciej. Oprocz tego chyba bylismy szczesliwi. Oswiadczylem sie, planowalismy zalozenie rodziny, cala nasza wspolna przyszlosc. I naprawde tego chcialem. Staralismy sie nawet o dziecko dosc dlugo, ale chyba jestem bezplodny bo nic z tego nie wyszlo. Chciala byc ze mna mimo tego, a wiem ze posiadanie rodziny to jest rowniez i jej marzenie. To nie jest zla kobieta, jest bardzo uczuciowa i nigdy mnie nie opuscila w zlych chwilach. Mialem problemy zdrowotne, lezalem w szpitalu przez jakis czas oddalonym o 200 km od naszego miasta, byla codziennie zeby mi pomoc i dotrzymac towarzystwa. Bardzo mi tez pomogla po samobojstwie mojej siostry pare lat temu. No dobrze mi z nia bylo.
Co poszlo w takim razie nie tak? Sam nie wiem. Raz pomieszkiwalismy razem a raz nie. W koncu kilka lat temu wynajelismy mieszkanie "na stale" i chyba od tego sie wszystko zaczelo. Wkradla sie rutyna i coraz wiecej rzeczy zaczelo mi w niej przeszkadzac. Denerwowalo mnie ze nie gotuje codziennie. W moim domu rodzinnym matka zawsze gotowala ojcu obiad tak ze jak wracal to juz na niego czekal i chcialem tego samego chociaz konczylem prace wczesniej niz ona - chcialem zeby chociaz gotowala jak wroci. Ona wracala okolo 18 czy 19 i mowila ze jest zbyt zmeczona wiec bywalo ze obiadu nie bylo. Druga sprawa to sprzatanie. Ona sprzatala w weekend co tydzien. Tlumaczylem jej ze sprzatac trzeba codziennie lub co pare dni bo sie przeciez zbiera. Miala do mnie pretensje ze jej nie pomagam w tym i to mnie dodatkowo denerwowalo. Czesto byla po pracy zmeczona chociaz to ja mialem odpowiedzialniejsza prace i przynosilem wiecej pieniedzy. Z czasem zaczela wiecej czasu spedzac przy komputerze, niekiedy kladla sie gdy ja juz spalem. To byl dodatkowy czynnik bo potrzebuje wiecej seksu niz 3 razy w tygodniu a jej zdawalo sie to nie przeszkadzac. No i ta jej mamelowatosc, nie potrafila postawic na swoim i wyklocic sie o cos (chociaz przyznam sie ze korzystalem z tego) z np. jakims uslugodawca i to ja musialem jej zawsze bronic i walczyc o to co sie mi/jej/nam nalezalo.
Dobra teraz sie przyznam to kolejnej sprawy i wiem ze posypia sie na mnie gromy. Ale to dosyc wazne. Zdarzalo mi sie uderzyc swoje byle dziewczyny. Przysiaglem sobie ze A. nie uderze. Ale uderzylem pewnego dnia po raz pierwszy nawet nie pamietam juz za co. Chciala wtedy ode mnie odejsc, ale moja matka z nia porozmawiala i przekonala ze powinna dac mi szanse. Dala. Niestety zdarzalo mi sie to tez potem. Nigdy nie uderzylem jej jak bylem trzezwy, ale czasami po alkoholu bywam porywczy. Pare razy podbilem jej oko i bardzo sie balem ze ja strace (rano jak sie obudzilem zawsze zalowalem). Staralem sie jej to jakos wynagrodzic a ona mi wybaczala. Do czasu, ale o tym za chwile.
W calym tym mlynie w pewnym momencie pojawila sie K. Mloda dziewczyna dopiero po maturze, moze nie jakas pieknosc ale i tak mi imponowalo ze sie mna interesuje. Zwracala na mnie wieksza uwage niz A., zawsze moglem z nia pogadac (co nie znaczy ze z A. nie moglem ale czulem ze ona mnie rozumie). I tak zaczal sie moj kilkumiesieczny romans, ja sie w niej zakochalem. A. widziala ze sie cos dzieje pomiedzy mna a K. Szalala a im bardziej to robila tym bardziej ja zblizalem sie do K. W koncu A. odkryla zdrade i kazala mi sie wynosic. Wtedy po raz pierwszy i ostatni dala mi w twarz. Spakowalem sie i wynioslem do K. Mimo wszystko bylem szczesliwy bo zakochany ale z drugiej strony nie chcialem tracic kontaktu z A. Wiedzialem ze nadal bardzo mnie kocha i wykorzystywalem to...
Z K. skonczylo sie po kilku miesiacach, bo mimo tego ze bylismy juz oficjalnie razem zdradzala mnie z innymi. Nie moglem tego zniesc i zazdrosc mnie wykanczala. Przypomnialem sobie ze przeciez A. nigdy mnie nie zdradzila i to ona byla zawsze przy mnie a nie K. Uswiadomilem sobie takze ze ja nadal kocham. Postanowilem wrocic i zerwac wszelkie kontakty z K. Pozwolila mi sie znowu do siebie wprowadzic i zaczalem walke o nia. Bylo raz lepiej raz gorzej bo mi juz nie ufala. Do czasu az znalazlem w jej telefonie smsy od naszego wspolnego znajomego. Co prawda byly sprzed miesiecy, ale byly jednoznaczne... zazdrosc uderzyla mi do glowy... ona mi tlumaczyla ze przeciez razem wtedy nie bylismy, ze ja zostawilem i nie mogla wiecznie stac w miejscu, ale kontaktu juz z nim nie utrzymuje odkad wrocilem. Nie wytrzymalem i ja uderzylem. Nie moglem przezyc tego ze moja A. mogla sie spotykac z innym facetem. Pilem codziennie a jak pilem robilem sie w stosunku do niej porywczy i sam sobie mowilem ze ona na to zasluzyla. Blagala mnie, uciekala przede mna, krzyczala a to mnie tylko bardziej wsciekalo. W koncu wyprowadzila sie z dnia na dzien nie informujac mnie.
Minelo od tego czasu kilka miesiecy. Mam nowa dziewczyne, ale nie moge zapomniec o A. Probuje jakos zalagodzic sytuacje by miec z nia normalny kontakt, ale ona mowi ze mnie juz nie kocha i zebym dal jej spokoj. Nie jestem juz o nia tak zazdrosny jak wczesniej i wiem ze sie zmienilem. Dziwne sa nasze kontakty, raz w miare normalnie rozmawiamy a nastepnego dnia ona placze bym ja wreszcie zostawil. Nie potrafie... wiele mnie z nia laczy, znamy sie jak lyse konie i nie wyobrazam sobie by mialo jej nagle zabraknac... Wiem ze bylem dupkiem ale naprawde sie zmienilem i chcialbym zalagodzic ta sytuacje... czy jest sens, jakas szansa, ze mi wybaczy? Czy moze powinienem rzeczywiscie zniknac z jej zycia?
