Banalnie i po 'babsku';)
Poznałam gościa. Od pierwszej rozmowy miałam to poczucie, że to jest 'ktoś'. Im dalej w las, tym uczucie się pogłębiało. Jestem przekonana na 99,99%, że to jest facet, na którego czekam całe życie...jakby pensjonarsko to nie brzmiało. Po prostu "wiem".
A on...a on poza tym, że rozumie mnie na ogół w pół słowa, poddaje moim działaniom, to nie wykazuje żadnej inicjatywy.
Gdy ja o uczuciach, to on po płaskim...Przycisnęłam i się dowiedziałam, że on niczego/nikogo nie szuka, ale chce mieć ze mną kontakt, bo przecież tak fajnie się gada..
Znajomość jest czysto koleżeńska- wspólne rozmowy i głupoty. Ja bym chciała czegoś więcej, On raczej nie. I chyba nie widzi między nami niczego szczególnego- a więc dla mnie jest bratnią dusza, a ja dla niego niekoniecznie.
Choć żadną miarą nie sposób się go pozbyć. Tak jest- ale go nie ma. Nie ma go- ale jednak jest.
Czy ja się łudzę?
I czy da się kolegować, chcąc dużo więcej?
Że też te całe relacje nie mogą być prostsze...