Witam
Jestem 30 paroletnim meżczyzną. Zależy mi na opinii kobiet, szczególnie tych które nie są już podlotkami. Opiszę najważniejsze kwestie, bo mimo, że w necie jest masa różnych wątków, to podobnego do mojego akurat nie spotkałem. Przepraszam jeśli wkradnie się jakiś chaos, piszę na żywca.
Rok temu poznalem w pracy 30latkę z którą początkowo łączyły mnie stosunki delikatnie mówiąc oschłe, może nawet wzajemna awersja.Wrażenie wywarła na mnie wręcz skrajnie niekorzystne i nie mówię o pojedyńczym przypadku, tylko jej stałym zachowaniu przez dłuższy okres. Po kilku miesiącach, kiedy przebiliśmy się przez warstwę tej wzajemnej niechęci, przypadkiem zaczęliśmy rozmawiać na tematy zupełnie niezwiązane z pracą. W bardzo krótkim okresie (2-3 tygodni) nasze stosunki odwróciły się o 180 stopni i można powiedzieć, że staliśmy się nierozłączni (wszystko cały czas w pracy). Okazało się, że łączą nas wspólnych poglądy, zainteresowania, czy choćby poczucie humoru. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że ona zaczyna się we mnie zakochiwać i wyraźnie dąży do wszelkich sytuacji w których moglibyśmy być sam na sam, do wspólnych wyjść, lunchów itd Zintensyfikowały się też nasze kontakty smsowo facebookowe.
Zacząłem czuć się niekomfortowo. Z jednej strony uwielbiałem z nią rozmawiać (ale nic więcej) z drugiej strony czułem się coraz bardziej osaczony. Dla mnie te starania i czasem naciski, a czasem nawet troska z jej strony były wielką podejrzaną bo dostrzegałem w nich (pewnie na siłę) różne widziane kiedyś zachowania czy schematy. Powinienem tutaj dodać, że moje 2 poprzednie związki dały mi mocno w kość, a rany po rozstaniu z ostatnią kobietą lizałem przeszło rok. Krótko mówiąc niezbyt tej nowej znajomości ufałem (miałem w końcu w pamięci jej zachowanie na samym początku) i chociaż jej działaniom nie mogłem zarzucić niczego, to uważałem je za zasłonę dymną dla jakiejś niekokreślonej psychiki. W pracy nic się nie zmieniło, ale wszelkich sytuacji w których moglibyśmy być razem zacząłem unikać. Nie chciałem jej robić nadziei, bo nie dość że niezbyt jej ufałem, to nie pociągała mnie też jako kobieta. Zależało mi natomiast na tej znajomości, czy osobowości bo była naprawdę nietuzinkowa i wyjątkowa - to zauważyłem od razu.
Jak nietrudno zgadnąć po mniej więcej pół roku starań dziewczyna w końcu odpuściła. Nie z dnia na dzień, ale dało się to zauważyć. Co mnie zdziwiło, zupelnie nie zmieniła swojego stosunku do mnie w sensie np serdeczności,tyle że już nie naciskała. Jednocześnie oboje zaczęliśmy trochę więcej pracować. Przez niecałe 2 miesiące widywalismy się bardzo rzadko, ja bylem w dluzszej delegacji, rownolegle jeszcze więcej rozmawialiśmy ze sobą przez FB. Kiedy odpuściła przestałem patrzeć na nią przez pryzmat swoich obaw i paranoi i zaczęły mi się powoli otwierać oczy. Zacząłem zauważać w niej więcej zalet, niż tylko bycie niesamowitym rozmówcą. W tym samym okresie dowiedziałem się między innymi, że w końcu udało jej się znaleźć fajne mieszkanie z wreszcie normalnym współlokatorem, równolatkiem..
Jednoczesnie nasze rozmowy były coraz bardziej szczere i intymne. Poznalem powod jej fatalnego zachowania na poczatku naszej znajomosci, nie da sie ukryc, ze bylo uzasadnione czynnikami zewnetrznymi. Mniej wiecej po tym zdalem sobie sprawe, ze bardzo zle ja mimo wszystko ocenilem. Zauwazylem ze od pol roku biegala za mna po prostu wrazliwa i wyjatkowa osoba, ktora olalem bo sam sie balem kolejnej kleski uczuciowej i odgornie wyrobilem sobie negatywny obraz na jej temat. Dotarło do mnie ze jej starania byly faktycznie podszyte zaangazowaniem i miloscia a nie checia zabawy moim kosztem. Krótko mówiąc role się odwróciły - teraz ja się zakochałem. Zakochalem na tyle, ze z radoscia czekalem momentu kiedy mlyn wyjazdow i pracy sie skonczy, bedziemy mieli wreszcie czas spotkac sie twarza w twarz i bede mogl sie w cywilizowany sposob zadeklarowac, ze chce abysmy byli razem. Nawet jej poczatkowa nieatrakcyjnosc przestala miec dla mnie jakiekolwiek znaczenie, dla mnie stala sie najbardziej pozadana kobieta na ziemii.
Niestety, zanim do takiej rozmowy po moim powrocie doszlo, dowiedzialem sie juz 1 dnia w pracy, ze ona nie tyle mieszka ze wspollokatorem, co sa juz parą. Okazało się, że jakiś czas po tym, kiedy widząc mój opór, postanowiła wybić mnie sobie z głowy, poznała właśnie jego szukając mieszkania. Nie wiem jakie dokładnie były losy początku tej znajomości, ale chłopak pewnie (w przeciwienstwie do mnie) widząc jak wartosciowa osobe poznal, postanowil nie tracic czasu.. i tak, kiedy wróciłem było już po zawodach.
Kilka dni temu odbylem z nią dluga, spokojna, rozmowe w ktorej oboje wyjasnilismy sobie te sytuacje i powody o ktorych pisalem wyzej. Oboje podsumowalismy ostatni rok lekkim smiechem przez lzy. Jej rowniez bylo wyraznie przykro kiedy sie okazalo ze wiele nie brakowalo abysmy byli razem. Ja, wiedzac ze jakby nie patrzec dziewczyna jest zajeta postanowilem nie macic jej w glowie i niczego nie proponowalem. Spotkalismy sie przeczuwajac wiekszosc rzeczy i chcielismy oczyscic nasze stosunki. Tyle ze....
I tutaj wlasnie lezy caly moj dylemat:
Czy walczyc o nia, rozbijajac w perspektywie, krotki (2 miesieczny), zwiazek? Dziewczyna byla we mnie bardzo intensywnie zakochana i zaangazowana przez przeszlo pol roku,czy w pare tygodni zakochala sie na nowo czy po prostu wybrala opcje ktora wtedy byla lepsza niz wczesniejsze czekanie na mnie, a teraz nie chce krzywdzic obecnego partnera? Wiem ze to pytania bez odpowiedzi, ale jak Wy Panie zachowalybyscie sie w takiej sytuacji, albo co o tym sadzicie?
Nigdy nie dotknalem mezatki, czy zajetej kobiety. Nie uwazam rozbijania zwiazkow za powod do chluby. Jednoczesnie jesli nie zrobie wszystkiego zeby byc z nia, to bede klal na swoja glupote do konca zycia. Ona jest najbardziej wyjatkowym czlowiekiem jakiego spotkalem i wiem ze kogos podobnego prawdopodobnie nigdy juz nie spotkam.
Teoretycznie stosunki miedzy nami sa idealne, w pracy dogadujemy sie perfekcyjnie, jestesmy dla siebie zyczliwi i nie ma namniejszych zali z niczyjej strony - to sie nie zmienilo. Tylko ja nie potrafie do tej pracy isc bo przebywanie z nia w takiej sytuacji to jak posypywanie rany solą.
Bilans jest taki:
na minus:
rozbijam zwiazek, obiektywnie patrzac nikt nie da gwarancji ze bedzie ze mna szczesliwsza niz z nim,jesli ona mnie juz pogrzebala w glowie to robie jej tylko zamet, krzywdze co najmniej 1 osobe, jej odrzucenie mojej propozycji moze zepsuc nasze stosunki
na plus:
laczy nas niewiarygodna ilosc kwestii: poszczegolne zainteresowania, swiatopoglad, plany na zycie, plany na rodzine, identyczna wrazliwosc, poczucie humoru, sposob zalatwiania spraw i sporow.... moglbym wymieniac bardzo dlugo. Z nikim nigdy nie mialem tylu tematow do rozmow, z nikim sie nigdy tyle nie smialem nigdy nie wyobrazalem sobie nikogo tak bardzo przy sobie na cale zycie, nigdy nie bylem tak bardzo pewien ze chce z kims byc jak teraz. Chcialo mi sie wyc, kiedy powiedziala, ze zgadza sie z tym w stu procentach, bo naprawde jestesmy zadziwiajaco podobni do siebie.
Koniec koncow-decyzja i tak zalezy wylacznie od niej.
Walczyć i czy odpuścić?