Witam!
Czytuję to forum od dłuższego czasu. Widząc tu dużą ilość rozsądnych ludzi postanowiłam opisać swój problem. Nie jest on może jakoś bardzo palący, ale zdarza się, że absolutnie psuje mi nastrój, więc liczę, że ktoś coś doradzi.
Ostatnio zaczęłam się czuć mało kobieca i brakuje mi uwagi.
Jest to dla mnie dość nietypowe. Zawsze byłam osobą dość niezależną i mało popularną z naprawdę przeróżnych przyczyn, ale dzięki temu szybko nauczyłam się czerpać siłę ze swojego wnętrza, a nie akceptacji innych. Wykształciło to we mnie dość dużą pewność siebie i akceptację. Oprócz krótkich momentów w okresie dojrzewania nie miałam i nie mam (ciągle) problemów ze swoją cielesnością. Mimo, że nie jestem perfekcyjna, nie mam kompleksów na tym tle.
I chociaż nadal nie zamieniłabym siebie (fizycznie), to dużo destrukcyjnych myśli zaprząta mi głowę. Tak jak dotychczas udawało mi się dobrze radzić samej ze "swoją głową", czuję, że teraz potrzebuję jakiejś walidacji ze strony innych, że jestem atrakcyjna. Najśmieszniejsze i najtragiczniejsze, że jeśli ją dostaję to absolutnie ona nie wydaje mi się wystarczająca. Czyli we mnie coś siedzi niedobrego i mnie podkopuje. A poza tym jest to jakieś takie słabe.
Myślę, że mogło na to wpłynąć wiele czynników.
Główny to chyba mój były przyjaciel, z którym "rozstałam" się kilka miesięcy temu. Jeśli chodzi o niego, to miał zwyczaj komentować moją rzekomą brzydotę i nieatrakcyjność. Czasem subtelnie, czasem dosadnie. Można się zastanowić, po co wrogowie, jeśli ma się takiego przyjaciela, ale to był typ na tyle zmienny, że takie wredne okresy przeplatane były jego absolutną przyjacielskością. I zawsze mogłam na niego liczyć. Dziś już jestem mądrzejsza, ale przez jakieś 1,5 roku sączył mi do uszu truciznę. Ani mnie on kręcił, ani podniecał, a ja też nie siedziałam pokornie zgadzając się z tym, ale jakoś to na mnie wpłynęło. Sądziłam, że jestem tym niewzruszona (bo z reguły byłam) i wychodziłam z założenia, że nie muszę się wszystkim podobać, więc sobie może gadać. Bo ja wiem swoje.
Często mówił, że jestem absolutnie niekobieca. I mam delikatność robocopa.
I sądzę, że tu mógł trafić na podatny grunt. O ile nikt mi nie wmówi, że mam złą figurę, bo mam oczy i widzę, to jeśli chodzi o kobiecość, nie przystaję do stereotypu. Byłam trochę chłopczycą w dzieciństwie i łatwiej mi się dogaduje z facetami. Z "kobiecych" zainteresowań to chyba tak trochę tylko moda, a tak lubię trochę adrenaliny, gry komputerowe, książki, sport i podróże. I masę różnych rzeczy. Nie jest to może szczyt "męskości", ale podobno sport jest (wg niego) męski, a w World of Warcraft niestety grają głównie faceci. Do tego jestem dość mocna w gębie, mam nieco drapieżne usposobienie, szukam przygód i tarapatów (nie seksualnych, spokojnie) i miłuję się w ostrej dyskusji. Bycie chłopczycą zaowocowało też brakiem umiejętności flirtowania i bezpośredniością. Z tej okazji bardzo często jestem po prostu "fajnym kumplem".
Czy mi to przeszkadzało? Nie. Czy mi to przeszkadza? Tak.
Nakładał mi do głowy, że nikt mnie nie zechce bo wszyscy faceci chcą kobiecych babek, a ja jestem męska. Tonem eksperta.
Informowanie jak bardzo patolologiczne to jest mija się z celem, bo do mnie dotarło. Niemniej serio nie sądziłam, że to na mnie tak podziała. Jako osoba niepopularna, a dość charakterystyczna, często słyszałam jakieś niedorzeczne pierdoły na swój temat i z reguły spływało to po mnie.
Poza tym brakuje mi umiejętności oceniania, czy komuś się podobam. Jak mi się nie rzuci prosto z mostu, to raczej nie ogarnę. Z subtelnością jestem na bakier. Co ciekawe rzeczony kolega często mnie informował, że ten i ten się na mnie czai. Jego spostrzeżenia się sprawdzały. Nie przeszkadzało mu to i tak po jakimś czasie mnie informować, że to niemożliwe, że ktokolwiek mnie chce. Więc jak widać kolega sam sobie zaprzeczał, ale o ile na poziomie świadomym widziałam, że pierniczy jak potrzaskany, to chyba mi to gdzieś głęboko wsiąkło.
Nie wiem czy to ważne, ale jestem biseksualna. W pełnym tego słowa znaczeniu. Miałam dziewczynę ponad dwa lata i poznałam mojego tak zwanego przyjaciela stosunkowo świeżo po rozstaniu. Byłam wtedy już ze złamanym sercem z powodu innego pana, który mnie psychicznie trochę rozsypał. Cóż, chyba tylko dlatego się z nim zaprzyjaźniłam, ale piszę to, by pokazać, że trochę było ze mną ostatnio krucho mentalnie. Będąc z moją byłą nie potrzebowałam żadnych walidacji, mimo świadomości, że lesbijki często mają do nas, biseksualistek dystans, chociaż lubią udawać tolerancyjną grupę. Niestety jesteśmy dla nich często "zbyt hetero", tak jak dla heteryków jawimy się głównie jako kandydatki do trójkątów. Generalnie wyglądam "mało lesbijsko", więc nie mogę sobie podłechtać ego zainteresowaniem kobiet, bo nie tak wielu odpowiadam, a nawet jeśli to przyjmują, że jestem hetero. A jak sugerował kolega jestem dla facetów "za męska". Myślę, że fakt, że doceniam kobiety mi nie pomaga w "kobiecości".
Więc słucham litanii i zachwytów nad moimi koleżankami albo innymi kobietami wyrażanymi przez kolegów, sama mając wrażenie że ani kobiety, ani faceci na mnie nie lecą. Frustruje mnie to. Gdzie to "Biseksualizm podwaja szansę na sobotnią randkę?"
Próbowałam hurraoptymistycznych tekstów w internecie jak być atrakcyjnym i średnio mi to pomogło. Co mogę robić, już robiłam. Frustruje mnie też to przekonywanie, że akceptacja swojego ciała jest ważna, bo jak koleżanki szlochają non stop, że to mają grube, a tamto krzywe, a mając fanclub wokoło, wydaje mi się to właśnie coś bardzo podniecającego. Moja pewność siebie raczej zaskutkowała facetami, próbującymi mnie przekonać, że jestem nie powinnam. Nie jest to reguła, jednak negatywne typy się bardziej w pamięci zarysowywują.
Niestety zaczęłam się też porównywać z moją przyjaciółką pod tym kątem. Szanowny Najlepszy Przyjaciel uznawał ją za atrakcyjną i czynił jakieś idiotyczne porównania ze mną. Jeszcze inny przyjemniaczek w podobnym czasie nagle próbował się ze mną zaprzyjaźnić by do niej jakoś "dotrzeć" i jakoś mnie to razem podłamało. Bardzo jestem tym załamana, bo chociaż uważam ją za świetną dziewczynę (to w końcu moja przyjaciółka), to zaczęłam jej zazdrościć. Jest mi z tego powodu trochę wstyd. Nagle okazało się, że zamiast myśleć, że fajnie że ten i tamten na nią leci i możemy trochę babskich plotek uskutecznić, to w mojej głowie pojawia się "a mnie nikt nie lubi". Choćby lubił i bym miała dowody. Zaczęłam jej zazdrościć niezdecydowania i umiejętności flirtowania czy pokazywania się w korzystnym świetle. Z jednej strony wbrew mnie jest podtrzymywanie czyjegoś zainteresowania, kiedy ja sama zainteresowana nie jestem. Raczej je ucinam, szczególnie gdy to mój kumpel, na którym przecież w pewnym sensie mi zależy i nie chce mu robić emocjonalnego rozgardiaszu. Z drugiej czuję, że może to by nakarmiło jakaś moją niedowartościowaną cześć. I mam jej to trochę za złe, jakby to była jej wina. Wiem, że nie jest, rozmawiałyśmy na ten temat i uważa owego kolegę za strasznego dupka, którym nie należy się przejmować i takie tam. I co? Emocjonalnie tego nie dźwigam.
Bija się we mnie jakieś dwie dziwne siły. Jedna chce się dowartościować, a druga uważa, że metody dowartościowania się (przynajmniej te o których myślę) są słabe. Niedobrze mi się robi na myśl, by robić jakieś cyrki by się komuś przypodobać.
Najgorsze, że jak normalnie biorę rzeczy na logikę, to tu nie mogę. Mam wspaniałego partnera, który sam w sobie jest bardzo namacalnym dowodem, że ktoś uznał mnie za interesującą. I to jeszcze jest to ktoś absolutnie fantastyczny, więc nie byle dupek. Ale i tak zdarzają mi się jakieś napady. Całe szczęście nie wpływa to szczególnie na naszą relację (chyba).
Myślałam, że jak się z kolega na dobre pożegnam, to mi się poprawi, ale poprawiło się niewiele. Bym powiedziała, że teraz jest w pewnym sensie gorzej. Jak wtedy mogłam mu zaprotestować, to teraz nie ma komu. Bo jak wcześniej on mi dostarczał negatywnych impulsów, tak teraz to raczej od środka.
Po tym przydługim przedstawieniu sytuacji, myślę, że da się jakieś wnioski wysunąć. Czy to normalne, że po takiej przyjaźni się negatywne wpływy się ciągle utrzymują? Czy przejdzie mi z czasem? Czy da się jakoś sobie dopomóc? Jak wyzbyć się zazdrości?
Problem jest chyba w mojej głowie, więc jak mogę jej pomóc?
Dziękuję wszystkim, którzy przedarli się przez tę litanię.