Nieuleczalna niekobiecość? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » NIEŚMIAŁOŚĆ, NISKA SAMOOCENA, KOMPLEKSY » Nieuleczalna niekobiecość?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 41 ]

1 Ostatnio edytowany przez Czarnaczarna (2015-04-25 17:44:34)

Temat: Nieuleczalna niekobiecość?

Witam!

Czytuję to forum od dłuższego czasu. Widząc tu dużą ilość rozsądnych ludzi postanowiłam opisać swój problem. Nie jest on może jakoś bardzo palący, ale zdarza się, że absolutnie psuje mi nastrój, więc liczę, że ktoś coś doradzi.

Ostatnio zaczęłam się czuć mało kobieca i brakuje mi uwagi.

Jest to dla mnie dość nietypowe. Zawsze byłam osobą dość niezależną i mało popularną z naprawdę przeróżnych przyczyn, ale dzięki temu szybko nauczyłam się czerpać siłę ze swojego wnętrza, a nie akceptacji innych. Wykształciło to we mnie dość dużą pewność siebie i akceptację. Oprócz krótkich momentów w okresie dojrzewania nie miałam i nie mam (ciągle) problemów ze swoją cielesnością. Mimo, że nie jestem perfekcyjna, nie mam kompleksów na tym tle.

I chociaż nadal nie zamieniłabym siebie (fizycznie), to dużo destrukcyjnych myśli zaprząta mi głowę. Tak jak dotychczas udawało mi się dobrze radzić samej ze "swoją głową", czuję, że teraz potrzebuję jakiejś walidacji ze strony innych, że jestem atrakcyjna. Najśmieszniejsze i najtragiczniejsze, że jeśli ją dostaję to absolutnie ona nie wydaje mi się wystarczająca. Czyli we mnie coś siedzi niedobrego i mnie podkopuje. A poza tym jest to jakieś takie słabe.

Myślę, że mogło na to wpłynąć wiele czynników.

Główny to chyba mój były przyjaciel, z którym "rozstałam" się kilka miesięcy temu. Jeśli chodzi o niego, to miał zwyczaj komentować moją rzekomą brzydotę i nieatrakcyjność. Czasem subtelnie, czasem dosadnie. Można się zastanowić, po co wrogowie, jeśli ma się takiego przyjaciela, ale to był typ na tyle zmienny, że takie wredne okresy przeplatane były jego absolutną przyjacielskością. I zawsze mogłam na niego liczyć. Dziś już jestem mądrzejsza, ale przez jakieś 1,5 roku sączył mi do uszu truciznę. Ani mnie on kręcił, ani podniecał, a ja też nie siedziałam pokornie zgadzając się z tym, ale jakoś to na mnie wpłynęło. Sądziłam, że jestem tym niewzruszona (bo z reguły byłam) i wychodziłam z założenia, że nie muszę się wszystkim podobać, więc sobie może gadać. Bo ja wiem swoje.

Często mówił, że jestem absolutnie niekobieca. I mam delikatność robocopa.

I sądzę, że tu mógł trafić na podatny grunt. O ile nikt mi nie wmówi, że mam złą figurę, bo mam oczy i widzę, to jeśli chodzi o kobiecość, nie przystaję do stereotypu. Byłam trochę chłopczycą w dzieciństwie i łatwiej mi się dogaduje z facetami. Z "kobiecych" zainteresowań to chyba tak trochę tylko moda, a tak lubię trochę adrenaliny, gry komputerowe, książki, sport i podróże. I masę różnych rzeczy. Nie jest to może szczyt "męskości", ale podobno sport jest (wg niego) męski, a w World of Warcraft niestety grają głównie faceci. Do tego jestem dość mocna w gębie, mam nieco drapieżne usposobienie, szukam przygód i tarapatów (nie seksualnych, spokojnie) i miłuję się w ostrej dyskusji. Bycie chłopczycą zaowocowało też brakiem umiejętności flirtowania i bezpośredniością. Z tej okazji bardzo często jestem po prostu "fajnym kumplem".

Czy mi to przeszkadzało? Nie. Czy mi to przeszkadza? Tak.

Nakładał mi do głowy, że nikt mnie nie zechce bo wszyscy faceci chcą kobiecych babek, a ja jestem męska. Tonem eksperta.

Informowanie jak bardzo patolologiczne to jest mija się z celem, bo do mnie dotarło. Niemniej serio nie sądziłam, że to na mnie tak podziała. Jako osoba niepopularna, a dość charakterystyczna, często słyszałam jakieś niedorzeczne pierdoły na swój temat i z reguły spływało to po mnie.

Poza tym brakuje mi umiejętności oceniania, czy komuś się podobam. Jak mi się nie rzuci prosto z mostu, to raczej nie ogarnę. Z subtelnością jestem na bakier. Co ciekawe rzeczony kolega często mnie informował, że ten i ten się na mnie czai. Jego spostrzeżenia się sprawdzały. Nie przeszkadzało mu to i tak po jakimś czasie mnie informować, że to niemożliwe, że ktokolwiek mnie chce. Więc jak widać kolega sam sobie zaprzeczał, ale o ile na poziomie świadomym widziałam, że pierniczy jak potrzaskany, to chyba mi to gdzieś głęboko wsiąkło.

Nie wiem czy to ważne, ale jestem biseksualna. W pełnym tego słowa znaczeniu. Miałam dziewczynę ponad dwa lata i poznałam mojego tak zwanego przyjaciela stosunkowo świeżo po rozstaniu. Byłam wtedy już ze złamanym sercem z powodu innego pana, który mnie psychicznie trochę rozsypał. Cóż, chyba tylko dlatego się z nim zaprzyjaźniłam, ale piszę to, by pokazać, że trochę było ze mną ostatnio krucho mentalnie. Będąc z moją byłą nie potrzebowałam żadnych walidacji, mimo świadomości, że lesbijki często mają do nas, biseksualistek dystans, chociaż lubią udawać tolerancyjną grupę. Niestety jesteśmy dla nich często "zbyt hetero", tak jak dla heteryków jawimy się głównie jako kandydatki do trójkątów. Generalnie wyglądam "mało lesbijsko", więc nie mogę sobie podłechtać ego zainteresowaniem kobiet, bo nie tak wielu odpowiadam, a nawet jeśli to przyjmują, że jestem hetero. A jak sugerował kolega jestem dla facetów "za męska". Myślę, że fakt, że doceniam kobiety mi nie pomaga w "kobiecości".

Więc słucham litanii i zachwytów nad moimi koleżankami albo innymi kobietami wyrażanymi przez kolegów, sama mając wrażenie że ani kobiety, ani faceci na mnie nie lecą. Frustruje mnie to. Gdzie to "Biseksualizm podwaja szansę na sobotnią randkę?"

Próbowałam hurraoptymistycznych tekstów w internecie jak być atrakcyjnym i średnio mi to pomogło. Co mogę robić, już robiłam. Frustruje mnie też to przekonywanie, że akceptacja swojego ciała jest ważna, bo jak koleżanki szlochają non stop, że to mają grube, a tamto krzywe, a mając fanclub wokoło, wydaje mi się to właśnie coś bardzo podniecającego. Moja pewność siebie raczej zaskutkowała facetami, próbującymi mnie przekonać, że jestem nie powinnam. Nie jest to reguła, jednak negatywne typy się bardziej w pamięci zarysowywują.

Niestety zaczęłam się też porównywać z moją przyjaciółką pod tym kątem. Szanowny Najlepszy Przyjaciel uznawał ją za atrakcyjną i czynił jakieś idiotyczne porównania ze mną. Jeszcze inny przyjemniaczek w podobnym czasie nagle próbował się ze mną zaprzyjaźnić by do niej jakoś "dotrzeć" i jakoś mnie to razem podłamało. Bardzo jestem tym załamana, bo chociaż uważam ją za świetną dziewczynę (to w końcu moja przyjaciółka), to zaczęłam jej zazdrościć. Jest mi z tego powodu trochę wstyd. Nagle okazało się, że zamiast myśleć, że fajnie że ten i tamten na nią leci i możemy trochę babskich plotek uskutecznić, to w mojej głowie pojawia się "a mnie nikt nie lubi". Choćby lubił i bym miała dowody. Zaczęłam jej zazdrościć niezdecydowania i umiejętności flirtowania czy pokazywania się w korzystnym świetle. Z jednej strony wbrew mnie jest podtrzymywanie czyjegoś zainteresowania, kiedy ja sama zainteresowana nie jestem. Raczej je ucinam, szczególnie gdy to mój kumpel, na którym przecież w pewnym sensie mi zależy i nie chce mu robić emocjonalnego rozgardiaszu. Z drugiej czuję, że może to by nakarmiło jakaś moją niedowartościowaną cześć. I mam jej to trochę za złe, jakby to była jej wina. Wiem, że nie jest, rozmawiałyśmy na ten temat i uważa owego kolegę za strasznego dupka, którym nie należy się przejmować i takie tam. I co? Emocjonalnie tego nie dźwigam.

Bija się we mnie jakieś dwie dziwne siły. Jedna chce się dowartościować, a druga uważa, że metody dowartościowania się (przynajmniej te o których myślę) są słabe. Niedobrze mi się robi na myśl, by robić jakieś cyrki by się komuś przypodobać.

Najgorsze, że jak normalnie biorę rzeczy na logikę, to tu nie mogę. Mam wspaniałego partnera, który sam w sobie jest bardzo namacalnym dowodem, że ktoś uznał mnie za interesującą. I to jeszcze jest to ktoś absolutnie fantastyczny, więc nie byle dupek. Ale i tak zdarzają mi się jakieś napady. Całe szczęście nie wpływa to szczególnie na naszą relację (chyba).

Myślałam, że jak się z kolega na dobre pożegnam, to mi się poprawi, ale poprawiło się niewiele. Bym powiedziała, że teraz jest w pewnym sensie gorzej. Jak wtedy mogłam mu zaprotestować, to teraz nie ma komu. Bo jak wcześniej on mi dostarczał negatywnych impulsów, tak teraz to raczej od środka.

Po tym przydługim przedstawieniu sytuacji, myślę, że da się jakieś wnioski wysunąć. Czy to normalne, że po takiej przyjaźni się negatywne wpływy się ciągle utrzymują? Czy przejdzie mi z czasem? Czy da się jakoś sobie dopomóc? Jak wyzbyć się zazdrości?

Problem jest chyba w mojej głowie, więc jak mogę jej pomóc?

Dziękuję wszystkim, którzy przedarli się przez tę litanię.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Witam moim zdaniem realnie stąpasz po ziemi nawiązałaś relacje z dziewczyną i facetem, tak się składa że jesteśmy stworzeni do bycia z kimś do relacji konwersacji to co czujesz to samotność.
Trochę po boli potem znowu staniesz na nogi to co czujesz to emocje dobre i złe, i w tym powinnaś się odnaleźć samą siebie fajną i szczęśliwą chłopczycę zadowoloną z życia.

3

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

1 kazda kobieta jest NA SWOJ SPOSOB kobieca..
2 kazdy potrzebuje akceptacji...
3komplementy sa budujace, kiedy pochodza od kogos dla nas waznego( z czyja opinia sie liczymy)
4 takie deprymowanie kobiety swiadczy o strasznej slabosci/kompleksach deprymujacego

moja rada- poznawaj ludzi, a trafisz na kogos, kogo bedziesz szanowac, i jego opinia bedzie dla ciebie wiecej warta, niz glodne komentarze jakiegos cieniasa...

4

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Ja tylko tak na szybko - też jestem bi i nigdy nie byłam z lesbijką, nawet nie starałam się być, poznać. Tzn gdyby mnie jakaś zaczepiła i by zaiskrzyło, to czemu nie, ale nigdy nie przyszło mi do głowy rejestrować sie gdzieś na portalach LGBT itd. Natomiast miałam kilka kobiet, które przed poznaniem mnie deklarowały się jako hetero. Po prostu byłam z nimi szczera i to potrafiło zaprocentować.

5 Ostatnio edytowany przez ZrezygnowanaSky (2015-04-26 06:19:02)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Mam pewna  znajoma,jednak ograniczylam z nia kontakt,bo ciagle narzekala  kazda rozmowe rozpoczynala  jak to ona zle sie czuje  ze   nie  moze  na  siebie patrzec,ze widzi ze sie strzeje ze brzydka itp,chciala zeby caly czas  ja pocieszac,jak moglam to pocieszalam,dawalam dobre slowo,ale  od niej  nic nie bylo milego  wsparcia,tylko odbierala mi sile ,po wysluchaniu jej Ja jeszcze gorzej sie czulam  ,chociaz bylam w  gorszej sytuacji,gorszym stanie psychicznym tak naprawde ,ale o tym nie mowilam.. Chciala,zebym chodzila jak ona chce i   zebym jeszcze o nia zabiegala.,a i  potrafila byc czasami nawet uszczypliwa,wiecznie porownywala sie z kims,tlumaczylam zeby tego nie robila..ehh  Mialam juz po prostu dosyc..

Miala znajome,psa,faceta,a chciala zeby caly czas Wspolczuc jej SKUPIAC SIE tylko na jej problemach,ale ONA kogos problemy to tak naprawde miala gdzies...


a ja calkiem smotna "martwa wsrod zywych":)  bez rodziny,bez osoby bliskiej  nawet psa,kota  nie mam,nie mam osoby ktora dodalaby mi sily, chocby poprzez dobre slowo..  Ostatnim  razem przytulilam sie do czlowieka jakis rok temu..


Wszedzie sama i po  nocach siedze pije wino placze i rozmyslam co z tym  moim zyciem,od czego  zaczac,czy warto,od czego zaczac.. Bez sil do zycia.. CZUJE   jakbym nie pasowala do tego swiata,ze  nikt     mnie  nie   chce  na tym swiecie,pomimo,ze jestem    mila  dobra ,pomocna do ludzi,nikomu nigdy  krzywdy  nie zrobilam,nie oszukalam,nie dokuczalam,wstwialm sie za slabszymi przesladownymi, a wiele   krzywdy cielesnej,psychicznej zaznalam i stalam  sie czlowiekiem bardzo wrazliwym na krzywde,niesprawiedliwosc ludzka..Chodz po mnie normalnie tego nie widac,nikt by nie pomyslal,ze az tak..

Z kolei jak bylam wsrod ludzi pelna radosci,to jakby co niektorym to wrecz przeszkadzalo,draznilo  i potrafili byc uszczypliwi,po czym zle sie poczulam.


I jak  mialam facetow,spotykalam sie z facetami to  jeszcze  mi dowalali bardziej,chcieli  jeszcze bardziej  wpedzic  mnie w kompleksy,pomimo ze jestem juz bardzo zakompleksiona..ehh

Faceta to juz nawet nie szukam,jak ktos podrywa mnie wklubie,barze to juz  nawet  "olewam"
Jak znow  sobie pomysle ze bedzie  mi dokuczal,mowil zle   slowa, porownywali mnie do innych bardziej pieknych kobiet idealnych ,..wpedzali w kompelksy,bo do tej pory tylko takich spotykalam,to dziekuje.. Nie mam juz sily na to.. Najpierw podrywali,pozniej niemile slowa..Szczegolnie jak ich troche olewalm-(bo widzialam ze cwaniaczek,chce mnie tylko wykorzystc,nie mysli zbyt powaznie tak naprawde)nie chcialm robic jak chca..

Pewnie chcialabym byc kochana,miec  rodzine,naprawde dobrego faceta-rozumiejacego wiecej niz inni,naprawde uczciwego no ale coz .  sad

Osoba ktora   kochalam najbardziej na swieci  ektora  jako jedyna,dala mi dobre slowo,wierzyla we mnie,byla zawsze  po mojej stronie   Umarla  4 lata temu,przed smiercia juz nikogo nie poznawala,a jak przyjechalam do niej(miesiac przed smiercia,a jezdze do pl raz na rok normalnie), mieszkam za  granica , weszlam  do  pokoju jej ,to  pytali czy wie kto to jest,  nic  nie powiedziala ,tylko popatrzyla mocno na  mnie i zaczela plakac i powiedziala,"taka ladna jestes" sad  sad   sad  sad sad

  Jakby wiedziala czego potrzebuje...
Mowilam do niej romawialam ,nawet  miesiac przed smiercia zrobilam  jej  maseczke na twarz  heh ..
Prosilam ja ze jak odejdzie ,zeby mi kogos naprawde dobrego znalazla..no ale coz Bog chyba ma inny plan dla mnie sad sad   

  Jej smierc bardzooo mie uderzyla i  tym  samym przestalam bac sie smierci.
ONA jak bylajeszcze w pelni swiadowa zdrowa ,pytala dlczego nie mam nikogo,przeciez nie jestem brzydka,ze fajnie jest miec rodzine,kochane dzieciatko...Odpowiadalam" ze to chyba jeszcze nie czas,przyjdzie czas.."..

jak przyjezdzam do pl,chodze na jej  grob ,czytam tam ksiazki,teraz lubie to miejsce...

6 Ostatnio edytowany przez Krejzolka82 (2015-04-26 07:39:20)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
ZrezygnowanaSky napisał/a:

Mam pewna  znajoma,jednak ograniczylam z nia kontakt,bo ciagle narzekala  kazda rozmowe rozpoczynala  jak to ona zle sie czuje  ze   nie  moze  na  siebie patrzec,ze widzi ze sie strzeje ze brzydka itp,chciala zeby caly czas  ja pocieszac,jak moglam to pocieszalam,dawalam dobre slowo,ale  od niej  nic nie bylo milego  wsparcia,tylko odbierala mi sile ,po wysluchaniu jej Ja jeszcze gorzej sie czulam  ,chociaz bylam w  gorszej sytuacji,gorszym stanie psychicznym tak naprawde ,ale o tym nie mowilam.. Chciala,zebym chodzila jak ona chce i   zebym jeszcze o nia zabiegala.,a i  potrafila byc czasami nawet uszczypliwa,wiecznie porownywala sie z kims,tlumaczylam zeby tego nie robila..ehh  Mialam juz po prostu dosyc..

Miala znajome,psa,faceta,a chciala zeby caly czas Wspolczuc jej SKUPIAC SIE tylko na jej problemach,ale ONA kogos problemy to tak naprawde miala gdzies...


a ja calkiem smotna "martwa wsrod zywych":)  bez rodziny,bez osoby bliskiej  nawet psa,kota  nie mam,nie mam osoby ktora dodalaby mi sily, chocby poprzez dobre slowo..  Ostatnim  razem przytulilam sie do czlowieka jakis rok temu..


Wszedzie sama i po  nocach siedze pije wino placze i rozmyslam co z tym  moim zyciem,od czego  zaczac,czy warto,od czego zaczac.. Bez sil do zycia.. CZUJE   jakbym nie pasowala do tego swiata,ze  nikt     mnie  nie   chce  na tym swiecie,pomimo,ze jestem    mila  dobra ,pomocna do ludzi,nikomu nigdy  krzywdy  nie zrobilam,nie oszukalam,nie dokuczalam,wstwialm sie za slabszymi przesladownymi, a wiele   krzywdy cielesnej,psychicznej zaznalam i stalam  sie czlowiekiem bardzo wrazliwym na krzywde,niesprawiedliwosc ludzka..Chodz po mnie normalnie tego nie widac,nikt by nie pomyslal,ze az tak..

Z kolei jak bylam wsrod ludzi pelna radosci,to jakby co niektorym to wrecz przeszkadzalo,draznilo  i potrafili byc uszczypliwi,po czym zle sie poczulam.


I jak  mialam facetow,spotykalam sie z facetami to  jeszcze  mi dowalali bardziej,chcieli  jeszcze bardziej  wpedzic  mnie w kompleksy,pomimo ze jestem juz bardzo zakompleksiona..ehh

Faceta to juz nawet nie szukam,jak ktos podrywa mnie wklubie,barze to juz  nawet  "olewam"
Jak znow  sobie pomysle ze bedzie  mi dokuczal,mowil zle   slowa, porownywali mnie do innych bardziej pieknych kobiet idealnych ,..wpedzali w kompelksy,bo do tej pory tylko takich spotykalam,to dziekuje.. Nie mam juz sily na to.. Najpierw podrywali,pozniej niemile slowa..Szczegolnie jak ich troche olewalm-(bo widzialam ze cwaniaczek,chce mnie tylko wykorzystc,nie mysli zbyt powaznie tak naprawde)nie chcialm robic jak chca..

Pewnie chcialabym byc kochana,miec  rodzine,naprawde dobrego faceta-rozumiejacego wiecej niz inni,naprawde uczciwego no ale coz .  sad

Osoba ktora   kochalam najbardziej na swieci  ektora  jako jedyna,dala mi dobre slowo,wierzyla we mnie,byla zawsze  po mojej stronie   Umarla  4 lata temu,przed smiercia juz nikogo nie poznawala,a jak przyjechalam do niej(miesiac przed smiercia,a jezdze do pl raz na rok normalnie), mieszkam za  granica , weszlam  do  pokoju jej ,to  pytali czy wie kto to jest,  nic  nie powiedziala ,tylko popatrzyla mocno na  mnie i zaczela plakac i powiedziala,"taka ladna jestes" sad  sad   sad  sad sad

  Jakby wiedziala czego potrzebuje...
Mowilam do niej romawialam ,nawet  miesiac przed smiercia zrobilam  jej  maseczke na twarz  heh ..
Prosilam ja ze jak odejdzie ,zeby mi kogos naprawde dobrego znalazla..no ale coz Bog chyba ma inny plan dla mnie sad sad   

  Jej smierc bardzooo mie uderzyla i  tym  samym przestalam bac sie smierci.
ONA jak bylajeszcze w pelni swiadowa zdrowa ,pytala dlczego nie mam nikogo,przeciez nie jestem brzydka,ze fajnie jest miec rodzine,kochane dzieciatko...Odpowiadalam" ze to chyba jeszcze nie czas,przyjdzie czas.."..

jak przyjezdzam do pl,chodze na jej  grob ,czytam tam ksiazki,teraz lubie to miejsce...

Witam Cię:)
Bardzo smutny ten Twój post... .

7

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Czarnaczarna napisał/a:

Witam!

Czytuję to forum od dłuższego czasu. Widząc tu dużą ilość rozsądnych ludzi postanowiłam opisać swój problem. Nie jest on może jakoś bardzo palący, ale zdarza się, że absolutnie psuje mi nastrój, więc liczę, że ktoś coś doradzi.

Ostatnio zaczęłam się czuć mało kobieca i brakuje mi uwagi.

Jest to dla mnie dość nietypowe. Zawsze byłam osobą dość niezależną i mało popularną z naprawdę przeróżnych przyczyn, ale dzięki temu szybko nauczyłam się czerpać siłę ze swojego wnętrza, a nie akceptacji innych. Wykształciło to we mnie dość dużą pewność siebie i akceptację. Oprócz krótkich momentów w okresie dojrzewania nie miałam i nie mam (ciągle) problemów ze swoją cielesnością. Mimo, że nie jestem perfekcyjna, nie mam kompleksów na tym tle.

I chociaż nadal nie zamieniłabym siebie (fizycznie), to dużo destrukcyjnych myśli zaprząta mi głowę. Tak jak dotychczas udawało mi się dobrze radzić samej ze "swoją głową", czuję, że teraz potrzebuję jakiejś walidacji ze strony innych, że jestem atrakcyjna. Najśmieszniejsze i najtragiczniejsze, że jeśli ją dostaję to absolutnie ona nie wydaje mi się wystarczająca. Czyli we mnie coś siedzi niedobrego i mnie podkopuje. A poza tym jest to jakieś takie słabe.

Myślę, że mogło na to wpłynąć wiele czynników.

Główny to chyba mój były przyjaciel, z którym "rozstałam" się kilka miesięcy temu. Jeśli chodzi o niego, to miał zwyczaj komentować moją rzekomą brzydotę i nieatrakcyjność. Czasem subtelnie, czasem dosadnie. Można się zastanowić, po co wrogowie, jeśli ma się takiego przyjaciela, ale to był typ na tyle zmienny, że takie wredne okresy przeplatane były jego absolutną przyjacielskością. I zawsze mogłam na niego liczyć. Dziś już jestem mądrzejsza, ale przez jakieś 1,5 roku sączył mi do uszu truciznę. Ani mnie on kręcił, ani podniecał, a ja też nie siedziałam pokornie zgadzając się z tym, ale jakoś to na mnie wpłynęło. Sądziłam, że jestem tym niewzruszona (bo z reguły byłam) i wychodziłam z założenia, że nie muszę się wszystkim podobać, więc sobie może gadać. Bo ja wiem swoje.

Często mówił, że jestem absolutnie niekobieca. I mam delikatność robocopa.

I sądzę, że tu mógł trafić na podatny grunt. O ile nikt mi nie wmówi, że mam złą figurę, bo mam oczy i widzę, to jeśli chodzi o kobiecość, nie przystaję do stereotypu. Byłam trochę chłopczycą w dzieciństwie i łatwiej mi się dogaduje z facetami. Z "kobiecych" zainteresowań to chyba tak trochę tylko moda, a tak lubię trochę adrenaliny, gry komputerowe, książki, sport i podróże. I masę różnych rzeczy. Nie jest to może szczyt "męskości", ale podobno sport jest (wg niego) męski, a w World of Warcraft niestety grają głównie faceci. Do tego jestem dość mocna w gębie, mam nieco drapieżne usposobienie, szukam przygód i tarapatów (nie seksualnych, spokojnie) i miłuję się w ostrej dyskusji. Bycie chłopczycą zaowocowało też brakiem umiejętności flirtowania i bezpośredniością. Z tej okazji bardzo często jestem po prostu "fajnym kumplem".

Czy mi to przeszkadzało? Nie. Czy mi to przeszkadza? Tak.

Nakładał mi do głowy, że nikt mnie nie zechce bo wszyscy faceci chcą kobiecych babek, a ja jestem męska. Tonem eksperta.

Informowanie jak bardzo patolologiczne to jest mija się z celem, bo do mnie dotarło. Niemniej serio nie sądziłam, że to na mnie tak podziała. Jako osoba niepopularna, a dość charakterystyczna, często słyszałam jakieś niedorzeczne pierdoły na swój temat i z reguły spływało to po mnie.

Poza tym brakuje mi umiejętności oceniania, czy komuś się podobam. Jak mi się nie rzuci prosto z mostu, to raczej nie ogarnę. Z subtelnością jestem na bakier. Co ciekawe rzeczony kolega często mnie informował, że ten i ten się na mnie czai. Jego spostrzeżenia się sprawdzały. Nie przeszkadzało mu to i tak po jakimś czasie mnie informować, że to niemożliwe, że ktokolwiek mnie chce. Więc jak widać kolega sam sobie zaprzeczał, ale o ile na poziomie świadomym widziałam, że pierniczy jak potrzaskany, to chyba mi to gdzieś głęboko wsiąkło.

Nie wiem czy to ważne, ale jestem biseksualna. W pełnym tego słowa znaczeniu. Miałam dziewczynę ponad dwa lata i poznałam mojego tak zwanego przyjaciela stosunkowo świeżo po rozstaniu. Byłam wtedy już ze złamanym sercem z powodu innego pana, który mnie psychicznie trochę rozsypał. Cóż, chyba tylko dlatego się z nim zaprzyjaźniłam, ale piszę to, by pokazać, że trochę było ze mną ostatnio krucho mentalnie. Będąc z moją byłą nie potrzebowałam żadnych walidacji, mimo świadomości, że lesbijki często mają do nas, biseksualistek dystans, chociaż lubią udawać tolerancyjną grupę. Niestety jesteśmy dla nich często "zbyt hetero", tak jak dla heteryków jawimy się głównie jako kandydatki do trójkątów. Generalnie wyglądam "mało lesbijsko", więc nie mogę sobie podłechtać ego zainteresowaniem kobiet, bo nie tak wielu odpowiadam, a nawet jeśli to przyjmują, że jestem hetero. A jak sugerował kolega jestem dla facetów "za męska". Myślę, że fakt, że doceniam kobiety mi nie pomaga w "kobiecości".

Więc słucham litanii i zachwytów nad moimi koleżankami albo innymi kobietami wyrażanymi przez kolegów, sama mając wrażenie że ani kobiety, ani faceci na mnie nie lecą. Frustruje mnie to. Gdzie to "Biseksualizm podwaja szansę na sobotnią randkę?"

Próbowałam hurraoptymistycznych tekstów w internecie jak być atrakcyjnym i średnio mi to pomogło. Co mogę robić, już robiłam. Frustruje mnie też to przekonywanie, że akceptacja swojego ciała jest ważna, bo jak koleżanki szlochają non stop, że to mają grube, a tamto krzywe, a mając fanclub wokoło, wydaje mi się to właśnie coś bardzo podniecającego. Moja pewność siebie raczej zaskutkowała facetami, próbującymi mnie przekonać, że jestem nie powinnam. Nie jest to reguła, jednak negatywne typy się bardziej w pamięci zarysowywują.

Niestety zaczęłam się też porównywać z moją przyjaciółką pod tym kątem. Szanowny Najlepszy Przyjaciel uznawał ją za atrakcyjną i czynił jakieś idiotyczne porównania ze mną. Jeszcze inny przyjemniaczek w podobnym czasie nagle próbował się ze mną zaprzyjaźnić by do niej jakoś "dotrzeć" i jakoś mnie to razem podłamało. Bardzo jestem tym załamana, bo chociaż uważam ją za świetną dziewczynę (to w końcu moja przyjaciółka), to zaczęłam jej zazdrościć. Jest mi z tego powodu trochę wstyd. Nagle okazało się, że zamiast myśleć, że fajnie że ten i tamten na nią leci i możemy trochę babskich plotek uskutecznić, to w mojej głowie pojawia się "a mnie nikt nie lubi". Choćby lubił i bym miała dowody. Zaczęłam jej zazdrościć niezdecydowania i umiejętności flirtowania czy pokazywania się w korzystnym świetle. Z jednej strony wbrew mnie jest podtrzymywanie czyjegoś zainteresowania, kiedy ja sama zainteresowana nie jestem. Raczej je ucinam, szczególnie gdy to mój kumpel, na którym przecież w pewnym sensie mi zależy i nie chce mu robić emocjonalnego rozgardiaszu. Z drugiej czuję, że może to by nakarmiło jakaś moją niedowartościowaną cześć. I mam jej to trochę za złe, jakby to była jej wina. Wiem, że nie jest, rozmawiałyśmy na ten temat i uważa owego kolegę za strasznego dupka, którym nie należy się przejmować i takie tam. I co? Emocjonalnie tego nie dźwigam.

Bija się we mnie jakieś dwie dziwne siły. Jedna chce się dowartościować, a druga uważa, że metody dowartościowania się (przynajmniej te o których myślę) są słabe. Niedobrze mi się robi na myśl, by robić jakieś cyrki by się komuś przypodobać.

Najgorsze, że jak normalnie biorę rzeczy na logikę, to tu nie mogę. Mam wspaniałego partnera, który sam w sobie jest bardzo namacalnym dowodem, że ktoś uznał mnie za interesującą. I to jeszcze jest to ktoś absolutnie fantastyczny, więc nie byle dupek. Ale i tak zdarzają mi się jakieś napady. Całe szczęście nie wpływa to szczególnie na naszą relację (chyba).

Myślałam, że jak się z kolega na dobre pożegnam, to mi się poprawi, ale poprawiło się niewiele. Bym powiedziała, że teraz jest w pewnym sensie gorzej. Jak wtedy mogłam mu zaprotestować, to teraz nie ma komu. Bo jak wcześniej on mi dostarczał negatywnych impulsów, tak teraz to raczej od środka.

Po tym przydługim przedstawieniu sytuacji, myślę, że da się jakieś wnioski wysunąć. Czy to normalne, że po takiej przyjaźni się negatywne wpływy się ciągle utrzymują? Czy przejdzie mi z czasem? Czy da się jakoś sobie dopomóc? Jak wyzbyć się zazdrości?

Problem jest chyba w mojej głowie, więc jak mogę jej pomóc?

Dziękuję wszystkim, którzy przedarli się przez tę litanię.

Witam.

Przyjaciele są od tego, żeby w konstruktywny sposób przedstawić nam nasze wady.
Wiadomo, że prawdziwy przyjaciel może mieć odmienne opinie na różne tematy, ale powinien to tak przedstawić, żeby nie ranić notabene bliskiej mu osoby.

W dzisiejszych czasach za bardzo "szachujemy" słowem "przyjaciel" i dlatego mam pytanie, dlaczego uważałaś tego Chłopaka za przyjaciela a nie za kolegę?

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Krejzolka82 napisał/a:

Witam Cię:)
Bardzo smutny ten Twój post... .

Witaj,

Pamietam jak przez jakies 3miesiace nie mialam kontaktu nie rozmawialam z nikim kompletnie,moj kontakt z drugim czlowiekiem ograniczal  sie,do wizyty w sklepie-autobusem i czekajac na przystanku przechodzila pewna Pani,a raczej dama,kobieta moze  65, 70 lat miala bardzo zadbana,bardzo gustownie ubrana i nagle spojrzala na mnie usmiechnela sie,byl to taki szczery  przeszywajacy usmiech  ,tak jakby mnie znala smile
wiesz jak mnie to ucieszylo,  taki gest bardzo  rozradowal mnie, wiem ze moze to glupio wrecz smiesznie brzmi,ale tak wlasnie bylo,taki  jakby z  serca  szczery usmiech obcej osoby,taka mi sile pogode ducha,radosc  sprawil.

9

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Krejzolka82 napisał/a:

W dzisiejszych czasach za bardzo "szachujemy" słowem "przyjaciel" i dlatego mam pytanie, dlaczego uważałaś tego Chłopaka za przyjaciela a nie za kolegę?

To prawda. Strasznie się teraz szafuje tym słowem. Ja mam od lat jednego przyjaciela. Znajomych mam sporo, ale przyjaciel to jednak ktoś wyjątkowo. No i przyjaciółkę, moją żonę.

10

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Czarnaczarna napisał/a:

Główny to chyba mój były przyjaciel, z którym "rozstałam" się kilka miesięcy temu. Jeśli chodzi o niego, to miał zwyczaj komentować moją rzekomą brzydotę i nieatrakcyjność. Czasem subtelnie, czasem dosadnie. Można się zastanowić, po co wrogowie, jeśli ma się takiego przyjaciela, ale to był typ na tyle zmienny, że takie wredne okresy przeplatane były jego absolutną przyjacielskością. I zawsze mogłam na niego liczyć. Dziś już jestem mądrzejsza, ale przez jakieś 1,5 roku sączył mi do uszu truciznę.
Często mówił, że jestem absolutnie niekobieca. I mam delikatność robocopa.


Niestety jesteśmy dla nich często "zbyt hetero", tak jak dla heteryków jawimy się głównie jako kandydatki do trójkątów. Generalnie wyglądam "mało lesbijsko", więc nie mogę sobie podłechtać ego zainteresowaniem kobiet, bo nie tak wielu odpowiadam, a nawet jeśli to przyjmują, że jestem hetero. A jak sugerował kolega jestem dla facetów "za męska". Myślę, że fakt, że doceniam kobiety mi nie pomaga w "kobiecości".
.

Wydaje mi się, że potrzebujesz czasu, by to przetrawić. Jak to mówią "kropla drąży skałę", więc półtora roku sączenia jadu, może mieć duży wpływ, zwłaszcza jeśli słyszy się to od przyjaciela, czyli osoby, której opinia jest dla nas ważna. Gdyby to był ktoś obcy lub ktoś, kogo nie lubisz, to byś to zignorowała, bo co Cię obchodzi opinia obcych ludzi. Ale tak - mówi to przyjaciel, więc mu wierzysz.

Jest taka piosenka zespołu Hey, to idzie tak:
Za mądra dla głupich,
a dla mądrych zbyt głupia.
Zbyt ładna dla brzydkich,
a dla ładnych za brzydka.
Za gruba dla chudych
, a dla grubych za chuda.
Przyszła mi na myśl, jak czytałam, że dla tych za męska, dla tych za kobieca, za mało lesbijska, za mało hetero. Normalnie nie dałabym rady przeczytać tak długiego postu, ale Twój jest interesujący, składny, widać, że pisany przez inteligentną, zdolną do samorefleksji osobę, raczej nieprzeciętną. W tej nieprzeciętności może być klucz. Gołębie latają stadami, a orły samotnie big_smile

Zostań kim jesteś, masz partnera i przyjaciółkę - ludzi, którzy Cię lubią taką, jaka jesteś. Nie zmieniaj się. I trzymaj się z daleka od osób toksycznych, bo tacy ludzie (w tym ten Twój przyjaciel) nie mogą znieść ludzi, którzy są inni, którym jest ze sobą dobrze, którzy są mądrzy i pewni siebie. Stado gołębi zawsze będzie chciało zadziobać papugę (znów ornitologiczne porównanie wink ).

Nie daj się! big_smile

11

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
ZrezygnowanaSky napisał/a:
Krejzolka82 napisał/a:

Witam Cię:)
Bardzo smutny ten Twój post... .

Witaj,

Pamietam jak przez jakies 3miesiace nie mialam kontaktu nie rozmawialam z nikim kompletnie,moj kontakt z drugim czlowiekiem ograniczal  sie,do wizyty w sklepie-autobusem i czekajac na przystanku przechodzila pewna Pani,a raczej dama,kobieta moze  65, 70 lat miala bardzo zadbana,bardzo gustownie ubrana i nagle spojrzala na mnie usmiechnela sie,byl to taki szczery  przeszywajacy usmiech  ,tak jakby mnie znala smile
wiesz jak mnie to ucieszylo,  taki gest bardzo  rozradowal mnie, wiem ze moze to glupio wrecz smiesznie brzmi,ale tak wlasnie bylo,taki  jakby z  serca  szczery usmiech obcej osoby,taka mi sile pogode ducha,radosc  sprawil.

Niestety, ale my nie potrafimy idąc ulicą uśmiechać się do innych, bo nie mamy ochoty, bo co sobie o nas pomyślą, a przecież czasami wystarczy uśmiech, tak jak w Twoim przypadku, żeby kogoś choć na sekundę uszczęśliwić:)

Najgorsze u mnie jest to, że ja się często uśmiecham idąc ulicą, tak bez powodu, ale jak ktoś się do mnie uśmiechnie, to jasne, że pojawia się u mnie 'banan" na buzi, ale przez sekundę sobie pomyślę "a to co?" ale oczywiście jak już wspomniałam tylko przez sekundę:)

12

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Autorko, co to za przyjaciel...? No wiesz Ty co? Po co Ci byl ktos taki? Ale rozumiem. Osoba, ktorej ufamy i na ktorej nam zalezy, moze nas bardzo latwo zranic. Sama wpakowalam sie niedawno w podobna relacje.. Odchorowalam i to solidnie. Co ciekawe, dosc czesto slysze od mojego mezczyzny, ze w ogole kobieca nie jestem. I przykro mi sie robi. Tylko ze jakos inni panowie zwracaja na mnie uwage i od innych slysze komplementy i to, ze jestem atrakcyjna. No i co? Komu wierzyc? Co z tego, ze "przyjaciel" uwazal Cie za malo kobieca? Masz faceta, to chyba dla niego jestes kobieca. Moze "przyjaciel" mial jakies problemy ze soba, bo nie rozumiem po co mowic przyjaciolce cos takiego. Jestem dla kogos, aby go wspierac i pomagac, a nie krytykowac. Ale jak widac, ludzie sa rozni. Troche czasu uplynie, zanin znow uwierzysz w siebie. Nie jestes sama. I to najwazniejsze. Masz wokol ludzi, ktorym na Tobie zalezy! Glowa do gory! smile

Zrezygnowana, smutne to co piszesz. Dobrze ze tu trafilas! Czasem mamy gorszy okres w zyciu. Potem znow pojawia sie slonce. Mysle, ze Ta, ktora odeszla, jest przy Tobie i dba o Ciebie. Rozmawiaj z nia i popros o pomoc. I sama sie usmiechaj, tak jak Krejzolka. Ja tez jestem zazwyczaj usmiechnieta i wowczas inni usmiechaja sie do mnie. Sprobuj!
Pozdrawiam Was goraco smile

13 Ostatnio edytowany przez Czarnaczarna (2015-04-27 18:04:47)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Dziękuję bardzo za wszystkie odpowiedzi i słowa otuchy.

Shrek2015, dzięki, mam nadzieję, że wrócę na normalny tor smile

oldorando, punkty które wymieniłaś mają dużo sensu. Pierwszy szczególnie mi się podoba smile Cóż, poznaję ludzi, mam nadzieję trafić na fajnych, trochę już ich poznałam, ale nigdy dosyć.

Vian, wychodzę z założenia, że jak ktoś jest hetero to wyklucza pewne możliwości. Chyba, że to jest "tak mi się zawsze wydawało, ale jesteś w sumie grzechu warta, więc może jednak nie jestem".

ZrezygnowanaSky, przygnębiające to co napisałaś. Też znam takich ludzi, acz całe szczęście na zasadzie "-Hej, jak się masz? - A jak zwykle okropnie" bez wchodzenia już w szczegóły, mądrzejsza o wcześniejsze kontakty z nimi. Myślę, że to kogo poznasz zależy po części od szczęścia, a po części od nastawienia. Zauważyłam, że jak poznaje kogoś w marnym stanie ducha, to bardzo często jest to niefajna znajomość. Ja też dużo dupków spotykałam, ale staram się ludzi nie mierzyć jedną miarą, że jak facet to dupny, bo wtedy innego nie idzie spotkać. Przykro mi z powodu Twojej straty. Mam nadzieję, że otoczą Cię życzliwi ludzie.
Twój post zachęca też do uśmiechania się do przypadkowych ludzi, to budujące, że może to być tak pomocne.

Krejzolka82, M?rtainn, nie wiem, czy się szafuje teraz, czy nie, za długo nie żyję, by robić statystyki. Natomiast jeśli chodzi o to, dlaczego uważałam go za przyjaciela, to wzięło się to z kilku czynników. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, czasem i widzieliśmy się 5 dni w tygodniu. Wiedział o mnie dość dużo, chociaż ja bardzo powoli się otwieram. Ja o nim wiedziałam jeszcze więcej, więc było dość dużo zaufania. Jednocześnie mogłam na niego zawsze liczyć. Dostawał info, nawet nie prośbę o pomoc, nonszalancką informacje w rozmowie na komunikatorze, że zatrzasnęły mi się drzwi od mieszkania, to się zwalniał z pracy i jechał je wyważyć. Jak powiedział, że coś zrobi, to choćby miał gości, to przybywał z pomocą. Samo uważanie mnie za nieatrakcyjną bynajmniej nie uznałam za coś złego. Przeciwnie - było to dla mnie ośmielające, by się otworzyć. Czułam przez to pewność, że nie będę miała jakichś dwuznacznych interpretacji mojego zachowania, wyrzutów czy nie wiem czego, bo się nagle miałam domyśleć, że tu się kroi jakiś romans. Widziałam to poza tym jako szczerość, bo on taki był po prostu (i jest pewnie). Jak jego przyjaciel po spotkaniu mnie, kiedy już powiedziałam, że to koniec naszej relacji, powiedział, że to dziecinne, bo "przecież wiesz, że on taki jest, gada głupoty, chociaż nawet tego nie myśli".
Tak jak powiedziałam, wcześniej nie myślałam, że mi to przeszkadza. Też nie byłam święta, bo potrafię odpyskować. Na "jesteś brzydka" że "jak będzie ładniejszy to może to sobie wezmę do serca" albo na "jesteś męska", że "zamiast narzekać, by się cieszył, że jego dzieci będą mieli taki świetny wzór męskości jak ciotka Czarna". Z reguły uważałam sprawę za zamkniętą po czymś takim. Dopiero jak zauważyłam, że zaczynam być wredniejsza proaktywnie, a nie reaktywnie, a chciałam zmienić nieco swoje podejście do ludzi, zapaliła się lampka. Bo jak nie widywałam się z nim często, to się sama z siebie robiłam jakaś taka uprzejmiejsza do ludzi. Przegiął w którymś momencie i stwierdziłam, że nie obchodzi mnie czy to "dobra rada", " szczerość" czy "prześmieszny żart", bo ja już nie kupuje dobrych intencji. I raczej nie wyglądałam na zasmuconą, więc on też mógł na to nie wpaść, że robi coś źle. Myślę, że jakby mi tego nie powtarzał tak pioruńsko często to faktycznie by mnie to nie ruszyło. Ale jak kto ktoś ujął "kropla drąży skałę". Pomysł, że to nie jest takie niewinne, pojawił się, gdy zaczął sugerować, że jest dupkiem i trudno, akceptujesz albo nie. On najwyżej może "przestać być sobą" częściej.
Jeśli chodzi o "liczbę" przyjaciół, to z reguły wynosiła jeden. Udało mi się "osiągnąć" maksymalnie w tym samym czasie 3, ale trzecia znajomość się w pewnym sensie rozluźniła, bo dziewczyna teraz mieszka na innym kontynencie i mamy znacznie ograniczony kontakt. Wierzę, że kontakt raz na 2-3 miesiące to jednak mało na "przyjaciółka", chociaż w pewnym sensie tak o niej myślę ciągle.

CatLady, piosenki nie znam, ale faktycznie bardzo trafnie ujmuje jak się czasem czuję. Niestety im ktoś bliżej, tym łatwiej uwierzyć co mówi i trzeba sobie dobierać nawet znajomych mądrze. Dziękuję bardzo za miłe słowa. Faktycznie, przyjaciółka i partner są pomocni.
Z pewnością siebie to chyba dobre spostrzeżenie, bo kolegę ciężko było pewnym siebie określić. Inni co mieli z moją pewnością siebie problem też z reguły do pewnych nie należeli, chociaż znam też niepewnych, którzy byli bardzo wspierający. Najwyraźniej nie mieli brzydkiego charakteru.

koni, też już teraz nie wiem po co. Jakieś pół roku minęło i od tego czasu nie wiem po co. No właśnie mój bardzo namacalny partner coś musi we mnie widzieć, ale "kobieca" nigdy od niego nie usłyszałam. Moja była chyba tylko miała pomysł, by mnie tak określić. Jestem "warrior girlfriend" w jego oczach, co mnie nawet się podoba, ale kobiecości bynajmniej nie dodaje. To smutne, że Twój facet Cię tak określa, ale jeśli Cię to pocieszy mój kiedyś stwierdził, że "nie martwię się swoim wyglądam" i ja się miałam domyślić, że to komplement, bo po cholerę mu jakaś pudernica. Nie znam kontekstu wypowiedzi Twojego, ale warto dopytać co miał na myśli lub ewentualnie powiedzieć, że Cię to zasmuca. Mój po mojej delikatnej interwencji stara się wyzbyć podejścia, że skoro mi powiedział, że jestem mądra/piękna/cokolwiek rok temu i nie aktualizował statusu to mam zgadnąć, że ciągle tak uważa. Cóż, próbuje komplementować, acz wychodzą mu "wojownicze partnerki", "pomocne ogrodniczki" i inne przezabawne epitety. Ale doceniam, że się stara. Uderzając się w pierś: prywatnie też bywam ekscentryczna w upodobaniach i czasem powiem komplement, który ktoś zinterpretuje inaczej niż mam na myśli. Może "niekobieca" dla niektórych może oznaczać "atrakcyjna". Jak mam być szczera, to u mnie nawet to czasem oznacza. Kwestia kontekstu.
Mam nadzieję, że poprawa to tylko kwestia czasu, acz niestety martwi mnie, że jeśli są jakieś zmiany to wybitnie powolne.

14 Ostatnio edytowany przez ZrezygnowanaSky (2015-04-27 23:01:31)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Czarnaczarna napisał/a:

ZrezygnowanaSky, przygnębiające to co napisałaś. Też znam takich ludzi, acz całe szczęście na zasadzie "-Hej, jak się masz? - A jak zwykle okropnie" bez wchodzenia już w szczegóły, mądrzejsza o wcześniejsze kontakty z nimi. Myślę, że to kogo poznasz zależy po części od szczęścia, a po części od nastawienia. Zauważyłam, że jak poznaje kogoś w marnym stanie ducha, to bardzo często jest to niefajna znajomość. Ja też dużo dupków spotykałam, ale staram się ludzi nie mierzyć jedną miarą, że jak facet to dupny, bo wtedy innego nie idzie spotkać. Przykro mi z powodu Twojej straty. Mam nadzieję, że otoczą Cię życzliwi ludzie.
Twój post zachęca też do uśmiechania się do przypadkowych ludzi, to budujące, że może to być tak pomocne.

.

W Polsce rodzina smieje sie,ze mam  30lat ,ani facet,rodziny,dziecka,nadal nie mezatka :)Moje kuzynki juz dawno mezatki,maja facetow,dzieci.

Ale niech sie smieja,nie rozumieja nic.. I niech wymyslaja przypuszczenia,dlaczego nie mam facet,meza wink

Nawet jak przyjade raz do roku odwiedze rodzine,to pytaja co slychac,to  mowie ze wszystko dobrze,nie zale sie do ich,nie lubie tego.. Poza tym  zawszem mnie tylko krytykowali,uswiadamiali jaka beznadziejna jestem  smile
Nawet nie zdaja sobie sprawy w jakim stanie jestem smile Ale niech sie smieja nadal.. tyle ich  wink Na jakiej cienkiej krawedzi stapam smile

Najzabawniejsze ostatnio jak bylm ,to  osoby   ktore same sa juz po rozwodach doradzaly mi ze powinnam wzisc obojetnie jakiego faceta..

Za duzo w zyciu widzialam zla ,zlego poznalam,by wziasc sobie byle kogo.. Ale oni tego nie rozumieja.

A jesli chodzi o samotnosc,to w sumie zycie od mlodszych lat uczylo mniej,bylm odrzuca w szkole,w liceum ,bardzo mi przykro bylo gdy nikt nie chcial ze mna siedziec w lawce,na urodziny tylko  ciebie niezapraszli..taki  jeden chlopak z  klasy uwzial sie na mnie potrafil siedzac za mna,rzucac mi we wlosy gume  na lekcji,wysmiewal,co i rusz,..nic nie mowilam milczalam,ale wracajac do domu,potajemnie plakalam,ale nikomu w domu o tym nie mowilam,wstydzilam sie,codziennie terror w szkole,kazdy dzien stress,przykrosc,az odechcialo chodzic do szkoly,mialam slabe noty.. Ulge odczulm gdy szkola sie skonczyla ,a i tak zawsze bylam sama tak naprawde..:)

15

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
ZrezygnowanaSky napisał/a:
Czarnaczarna napisał/a:

ZrezygnowanaSky, przygnębiające to co napisałaś. Też znam takich ludzi, acz całe szczęście na zasadzie "-Hej, jak się masz? - A jak zwykle okropnie" bez wchodzenia już w szczegóły, mądrzejsza o wcześniejsze kontakty z nimi. Myślę, że to kogo poznasz zależy po części od szczęścia, a po części od nastawienia. Zauważyłam, że jak poznaje kogoś w marnym stanie ducha, to bardzo często jest to niefajna znajomość. Ja też dużo dupków spotykałam, ale staram się ludzi nie mierzyć jedną miarą, że jak facet to dupny, bo wtedy innego nie idzie spotkać. Przykro mi z powodu Twojej straty. Mam nadzieję, że otoczą Cię życzliwi ludzie.
Twój post zachęca też do uśmiechania się do przypadkowych ludzi, to budujące, że może to być tak pomocne.

.

W Polsce rodzina smieje sie,ze mam  30lat ,ani facet,rodziny,dziecka,nadal nie mezatka :)Moje kuzynki juz dawno mezatki,maja facetow,dzieci.

Ale niech sie smieja,nie rozumieja nic.. I niech wymyslaja przypuszczenia,dlaczego nie mam facet,meza wink

Nawet jak przyjade raz do roku odwiedze rodzine,to pytaja co slychac,to  mowie ze wszystko dobrze,nie zale sie do ich,nie lubie tego..  Nawet nie zdaja sobie sprawy w jakim stanie jestem smile Ale niech sie smieja nadal.. tyle ich  wink

A ja mam 33 lata i na koncie brak męża, żony, dzieci... i jakoś nikt się nie śmieje z moich najbliższych.
Dla mnie to jest śmieszne, że wyznacznikiem człowieka jest to czy jest w związku małżeńskim czy też nie... .
Jasne, że fajnie by było, jakbym miała męża i dzieci, ale nie dlatego, że tak wypada bo jestem już starą panną:)ale dlatego, że tak szczerze, prawdziwie pokocham i będę kochana. I tyle.

16 Ostatnio edytowany przez Benita72 (2015-04-30 08:29:28)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

czarnaczarna, a ja mysle, ze największy problem masz z tym pseudoprzyjacielem - zbyt wielki wpływ miał albo nawet ma na to, to sama o sobie myślisz. Niby się nie przejmowalas, niby masz poczucie własnej wartości, ale jak sama mówisz, jad się sączyl.. i teraz nadal patrzysz na siebie jego oczami.

Pisze to, bo kiedyś tez zdarzylo się, ze bylam pod ogromnym wpływem pewnej osoby, dziś nazwałabym ją pseudoprzyjaciolką, i slepo wierzyłam w to, co mowi - zwłaszcza na mój temat, a ze była to osoba o.., hm, kategorycznych sadach i radykalnych przekonaniach, to o mnie tez wiele miała do powiedzenia. Dzis wiem, ze nawet jeśli czesc z tego było prawdą, to najważniejsze jednak jest, co sami o sobie myslimy, - na jakikolwiek temat.

ZrezygnowanaSky, teraz trochę więcej swiatla rzucilas na to, o czym pisalas w watku o złośliwych - dużo smutku w tym, co piszesz..

17

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Czarnaczarna, w pewnym momentach, to jakbym czytała o sobie. Też obracam się w głównie męskim towarzystwie, mieszkam z dwoma facetami, studiuję "męski" kierunek, nie jestem delikatna w wypowiedziach (niedopowiedzenie roku tongue), zdarza mi się przeklinać więcej, niż by wypadało, znam bardziej nieprzyzwoite żarty niż panowie, a mój przyjaciel z jadem w głosie określa mnie ironicznie "subtelnym kwiatuszkiem". I w "męskie" gry też namiętnie gram. Faktycznie, niezbyt kobieco to wygląda. big_smile A na brak powodzenia/uwagi nie narzekam, Ty też pisałaś, że ktoś Ci czasem potwierdzi tę atrakcyjność, a wszystko siedzi w Twojej głowie.
Ja wychodzę z takiego założenia, że skoro wyglądam akurat bardzo kobieco, a męskie mam zainteresowania i sposób myślenia, to:
- w towarzystwie panów i tak jestem najbardziej kobieca, cycki na swoim miejscu, a że czasem ich zgaszę w dyskusji, to punktuję z kolei, jak nie strzelam fochów, gdy oni zgaszą mnie ;p
- w towarzystwie mieszanym  bardziej zwracam uwagę, bo nie czekam, aż tematem dyskusji staną się dzieci, moda i tipsy. tongue I nie boję się odezwać na tematy "męskie", jednocześnie nie robiąc przy tym z siebie idiotki. Wiem, co to znaczy loot, drop, buff, feedować, kim jest tank, a kim GM. big_smile I to raczej pozytywnie zaskakuje. tongue Wystarczy to i inne rzeczy uznać za swój atut, zostając już przy temacie gier, to nikt Cię nie uzna za chłopczycę tylko dlatego, że się na tym znasz. Ja się zazwyczaj spotykałam z takim "wow, nie spodziewałem się". A wiesz, jak entuzjastycznie reagują faceci, kiedy jeden się chwali bez przerwy, jakiego to bossa zabił sam i w jakim czasie, a Ty SŁODKIM głosikiem mówisz, że całkiem nieźle, skoro zrobił to zaledwie miesiąc po Tobie, a Ty zrobiłaś to postacią stworzoną głównie do wspierania innych, a nie nastawioną na atak? big_smile Albo jak panowie dyskutują o jakiejś postaci, która ma rekordy skilli niby nie do pobicia, a Ty na to "e tam, przesadzacie, DMG mogłoby być dużo lepsze, bo alchemii nie przygotowałam"? Polecam, efekt niesamowity. tongue

W skrócie - zrób z tego atut. To nie zainteresowania świadczą o Twojej kobiecości. To raz. Dwa - że skoro napisałaś, że nie masz kompleksów na punkcie wyglądu, to tym bardziej. Bo większość facetów, jak zdążyłam zauważyć, stereotypowo podchodzą do pań z takimi zainteresowaniami. Czyli - dziewczyna grająca w gry - na pewno brzydka, dziewczyna na ścisłym kierunku - to samo. A tu nagle pojawia się okaz, który wygląda fajnie, ale i pogadać się z nim da. big_smile Niesamowite. tongue

18

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Czarna, wszystko z Toba jest w porzadku.

Natomiast ten "przyjaciel" to najzwyczajniejszy toksyk, ktorego nalezy unikac jak ognia. Dlaczego byl wredny? No, coz, mozna spekulowac- sam pewnie mial bardzo niskie poczucie wartosci, wiec fajnie mu bylo doladowac baterie poprzez dogryzanie Tobie. Mozliwe tez, ze podkochiwal sie w Tobie i w taki szczeniacki sposob mial nadzieje Cie przy sobie zatrzymac, zebys czula sie niekobieca i uwierzyla, ze nikt Cie nie zechce- co oczywiscie tez jest objawem toksycznych emocji i mechanizmow. W skrocie, o tym co Ci mowil, pomysl jako o slowach czlowieka, ktory nie byl Twoim przyjacielem, ale wredna zmija, bez ktorej bedzie Ci o wiele lepiej.

19

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Eileen w co ciupiesz?

20 Ostatnio edytowany przez Eileen (2015-04-30 09:38:47)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Grałam w jakże noobskiego big_smile Metina. tongue Teraz już raczej tylko Hearthstone (karcianka z bohaterami WOW-a) i Triviador. Muszę sobie coś jeszcze znaleźć, ale chyba raczej na razie nic MMORPG, bo mi się wtedy włącza "challenge - natłuc wszystkim" i jestem wyjęta z życia, wszak expić i dropić trza, topka sama nie przyjdzie! tongue

21

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Dlatego ja ograniczam bardzo mocno. Bo jak siądę to nie ma bata. A gram w LOTRO i mam świetny polski kin. Czasami się człowiek loguje tylko po to, żeby pogadać i głupio polatać i nie robi nawet nic konkretnego;)

22

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Znam to. big_smile Po jakimś czasie to nie jest już gra z czatem, tylko czat z możliwością gry. tongue Chociaż my w sumie siedzieliśmy bardziej na skajpach i teesach. tongue W sumie rok już w to nie gram, a kontakt z "gildią" dalej, nawet na majówkę do nich jadę. big_smile

23 Ostatnio edytowany przez Czarnaczarna (2015-04-30 15:59:33)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Benita72, dziękuję za słowa otuchy. Szczególnie pocieszające jest, że się z tego wygrzebałaś i stąd pytanie: jak? Musiałaś się mentalnie gimnastykować, czy przyszło i poszło?

Eileen, widzę w wieku też jesteśmy podobnym. Niestety to, że ktoś się od czasu do czasu zainteresuje do mnie nie dociera. Znaczy jak już wyrzucił ktoś kawę na ławę, to ja to przyjmę do wiadomości, po czym w pewnym sensie zignoruję. Będzie "ale się nie liczy". Nie jestem pewna do czego, ale mój wewnętrzny toksyczny głosik o tym albo zapomni BARDZO szybko albo po prostu stwierdzi, że się nie liczy. Chciałabym utłuc ten głosik. Pomysły na to mile widziane.
Jeśli chodzi o mnie a towarzystwo, to nie zawsze czuję się wcale najbardziej kobieca wśród facetów smile Za dużo chyba mam romantyków-poetów w towarzystwie i innych miętkciachnych typów, którzy są czasem tak pasywni, że jakby byli domami, to bym dostała dofinansowanie za zbudowanie ich. I chociaż ich uwielbiam i mi to nie przeszkadza, to prawdę powiedziawszy czuję się od niektórych bardziej "męska". Chociaż z reguły myślę o tym jako o byciu "konkretnym". 
Koleżanki mam z reguły też takie, że ani je dzieci, ani tipsy ani moda nie interesują. I one są takimi dziewczynami, jak mi mówisz bym była. Nie zrobią z siebie "idiotek", ale przy tym mają w sobie coś, co mnie się trzyma z daleka.
Mogłaś się nauczyć tym jakoś lepiej grać, ale ja jakoś nie umiem. Tak patrząc po prawie flirciarskości Twojego avatara, mi może brakować flirciarskiego elementu, który to ładnie klei ;p Moje licytacje mam wrażenie moją pozycję jako kumpla (nie kobiety) ugruntowałyby i uczyniły już niezachwianą.
Ale może to jest w mojej głowie. Zaakceptowanie mojego wyglądu i kilku innych rzeczy nastapiło tak, że się obudziłam pewnego dnia i to po prostu było. "Mój mózg" się często sam "naprawia" i trochę się nie znam na tym, jak się do tego przyczynić. Głupio jak mi rage rośnie, gdy mnie ktoś porówna już w czymkolwiek z przyjaciółką albo o nią pyta i wpadam w berserker stance, więc coś bym chciała z tym zrobić. Bez sensu, by mi ludzie tak łatwo mogli w aggro wejść, poza tym to mi też nie pomaga w "kobiecości" i koło się zamyka.

Beyondblackie, myślę o tym faktycznie w ten sposób. Jest mi lepiej, mam nadzieję, że będzie o wiele lepiej smile


Więc wszystkie rady jak patrzeć na siebie swoimi oczami, a nie toksyka mile widziane smile

24 Ostatnio edytowany przez Eileen (2015-04-30 16:31:21)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Czarnaczarna napisał/a:

Za dużo chyba mam romantyków-poetów w towarzystwie i innych miętkciachnych typów, którzy są czasem tak pasywni, że jakby byli domami, to bym dostała dofinansowanie za zbudowanie ich. I chociaż ich uwielbiam i mi to nie przeszkadza, to prawdę powiedziawszy czuję się od niektórych bardziej "męska".

Tej, ja mieszkam z dwoma facetami. Jeden jest gejem (ale poza tym to jednak męski z charakteru), drugi jest ciapą. To, że to oni są tymi od testosteronu, wyznacza tylko to, że ja mam cycki. big_smile

Nie chodziło mi o licytacje i przekrzykiwanie się. To faktycznie za bardzo stawiające w pozycji kolegi. Miałam na myśli hmm... może przykład. Od zawsze pływam, jak miałam 14 lat, zostałam ratowniczą WOPR. Jasne więc, że od większości facetów nie wiadomo nawet jak wysportowanych, pływałam lepiej. No i teraz 14-letnia ja na basenie (odkrytym) z przyjaciółką o 2 lata starszą, jej koleżankami i kolegami. Generalnie towarzystwo w wieku 16-22 lata mniej więcej. Każdy z facetów 2x większy niż ja, z automatu byłam traktowana przez nich jak małolata. Na basenie trampolina - 3 m, wieże - 5 m i 10 m. W autobusie wielkie przechwalanie się, kto jak skoczy, kto jakie salto zrobi, dogryzają sobie i się popisują. Ja cisza. Przyjeżdżamy, dziewczyny na ręczniki, panowie się śmieją i maszerują na średnią wieżę. Ja za nimi. Na górze podchodzą, odchodzą, coś marudzą, czy na nogi, czy na bombę. Wielkie zbiegowisko na szczycie. Nie musiałam ich wyśmiewać ani się licytować. Przeszłam tylko obok i skoczyłam bez zastanowienia na główkę. I nie musiałam ich potem wyśmiewać, jak oni siebie nawzajem później, tylko wyszłam, uśmiechnęłam się lekko do nich i zaczęłam pływać. Ślicznym, popisowym delfinem. I jakoś tak nie stałam się po tym bardziej męska i uznana za kumpla, to raczej oni spuścili z tonu. Ja dalej byłam małą 14-letnią przyjaciółką ich koleżanki, ale taką już no... co to nie można ignorować. big_smile I proszę Cię, myślisz, że to koleżanki - tak kobieco wylegujące się na ręczniczkach - cieszyły się ich zainteresowaniem przez cały wypad? wink

Podsumowując, nie chodzi mi o licytację czy usilne udowadnianie, kto jest lepszy w tych "męskich" rzeczach, jakby Ci na tym zależało. Nieee... cichutko, cichutko, a potem tak baaardzo od niechcenia swoje. Oczywiście w zachowaniu będąc bardzo kobiecą. ^^ I z wyglądu też (szkolna strzelnica, biała sukieneczka, szpilki, wiatrówka, wszystkie naboje w tarczy i słodkie wyjaśnienie, że tatuś nauczył strzelać xD). Chociaż akurat na co dzień w kieckach nie latam, ale no... w dresach też  nie.

Głupio jak mi rage rośnie, gdy mnie ktoś porówna już w czymkolwiek z przyjaciółką albo o nią pyta i wpadam w berserker stance, więc coś bym chciała z tym zrobić. Bez sensu, by mi ludzie tak łatwo mogli w aggro wejść, poza tym to mi też nie pomaga w "kobiecości" i koło się zamyka.

O takie coś mi chodzi. big_smile Ale wypowiedziane trochę z humorem, trochę - nie wiem - "flirciarsko", jak to wcześniej określiłaś. Może nawet bez przesady z tym flirtowaniem, bo nie z każdym trzeba tongue, ale po prostu nie jak facet, tylko z lekkim uśmiechem, jakimś podkreśleniem słów z gry, żeby było jasne, że nie mówisz tak po prostu, bo jesteś nolifem, tylko że sobie żartujesz. tongue

25

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Eileen, chyba nic nie udowadniam, więc tutaj nie problem tego nie robić ;p BTW, nie jesteś przypadkiem z Poznania?
Wiesz, jakby flirtowanie mi groziło, to by było fajnie tongue Ja chyba nie z tych co potrafią. Znaczy wieść gminna niesie, że mi się raz udało, jest to udokumentowane, ale to było przez przypadek.
Językiem nolifow porozumiewam się natomiast tylko z nolifami smile Niestety robię to bardzo naturalnie, więc z reguły nawet nie zauważam, kiedy zaczynam. Niestety pod szyldem "nolife is the new sexy" mi się nie udać wypromować ;p


Tak czytam i sobie myślę, że ja chyba nie chcę być bardziej stereotypowo kobieca czy coś. Pewnie jakbym chciała, to bym się zawzięła i była. Chyba "sprzedanie" tego co jest bardziej mi odpowiada faktycznie, bo udawać kogoś innego nie chcę. Zresztą, co to za życie?

Chyba takiego poklepania mnie po główce i "tak też jest dobrze, dawaj dalej" mi trzeba, bo przestałam w to wierzyć. Poczucia, że jest miejsce dla różnorodności, a nie, że jest jedna słuszna wizja. To, że ktoś krzyczy najgłośniej nie znaczy, że ma jakąkolwiek rację. Dobrze zobaczyć na piśmie, że nie trzeba być koniecznie śmakim i owakim, by... nie do końca wiem co, bo prawdę powiedziawszy nie wiem jakie się ma z tego profity. Chyba akceptacja jakiegoś Brutusa, której nie potrzebuję. Może podłechtanie dla ego? To chociaż przyjemne, ale chyba też nie gwarantowane.

Ale przede wszystkim chciałabym wiedzieć, że to nie jest tak, że ktokolwiek mi zabiera "moją" działkę. Że będą ludzie, którzy mnie będą lubili na przeróżne sposoby i to, że jacyś inni lubią kogoś innego, to nie znaczy, że mnie to w jakiś sposób zagraża.


Niby takie oczywiste, a nie tak łatwo sobie w łepetynie poprzestawiać z powrotem.

26

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Nie jestem. Czasami bywam, bo rodzinę tam mam. tongue

Raczej "nolife is the new interesting". Znaczy, nolife, który nie wygląda jak "pryszczaty nolife" z memów, tylko jest atrakcyjną kobietą (w końcu jesteś, sama pisałaś! big_smile).

Czarnaczarna napisał/a:

Tak czytam i sobie myślę, że ja chyba nie chcę być bardziej stereotypowo kobieca czy coś. Pewnie jakbym chciała, to bym się zawzięła i była. Chyba "sprzedanie" tego co jest bardziej mi odpowiada faktycznie, bo udawać kogoś innego nie chcę. Zresztą, co to za życie?

Chyba takiego poklepania mnie po główce i "tak też jest dobrze, dawaj dalej" mi trzeba, bo przestałam w to wierzyć.

Ee, bycie stereotypowo kobiecą jest przereklamowane. I nudne. big_smile Poklepać Cię mogę, bo wg mnie jest dobrze. Masz swoje zainteresowania, obracasz się w kręgu facetów, podobasz się - niektóre by się za to dały pokroić. ^^ A co do rywalizacji z klasyczną kobiecością (cokolwiek taki twór naprawdę ma oznaczać) - ona sama to za mało. Do tego i tak potrzeba charakteru, który danemu facetowi będzie odpowiadał. Tzn. no nie wiem, wyobraź sobie, że spotykasz "stereotypowo męskiego" faceta, który poza tym niczym Cię nie interesuje. Możesz tylko stwierdzić, że męski. Już się zakochałaś? big_smile Czy może jednak wybrałabyś takiego, z którym to się i pośmiejesz, i pobawisz, i przystojny też całkiem, ogólnie fajnie się spędza czas...? Chyba nie nazwiesz takiego z miejsca "psiapsiółą", bo się z Tobą dogaduje, a tylko ci z innej planety to prawdziwi mężczyźni? wink

Generalnie chodzi mi o to, żebyś pomyślała o tej swojej "inności" big_smile jak o zalecie. No kurde, facetów znasz, dobrze się wśród nich czujesz, a to, co niby teraz jest wadą, potraktuj i przedstaw jak zaletę. Zakładając, że spotkasz się z X kobietami i X facetami, one wszystkie takie same, a Ty zabłyśniesz czymś innym, to ich to raczej zainteresuje. Nikt Cię z miejsca za chłopczycę nie uzna, bez przesady. Dopóki potencjalnego faceta nie zepchniesz sprzed komputera z dzikim okrzykiem "moja kolej, won!", to będzie dobrze. big_smile

A, co do flirtu. Nie musisz zaczynać od ostentacyjnego mruczenia niczym dzika kotka, wyjścia od delikatnych żartów też zazwyczaj są okej. I raczej nie powinny być krępujące czy coś. big_smile

27

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Eileen, dziękuję za poklepanie, od razu lepiej smile Faktycznie się tak szybko nie zakochuje, szczególnie w męskich typach. Muszę ludzi częściej poobserwować, to ogarnę czym się ten cały flirt je. A potem praktyka big_smile

28 Ostatnio edytowany przez ZrezygnowanaSky (2015-05-02 22:47:03)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Krejzolka82 napisał/a:
ZrezygnowanaSky napisał/a:
Czarnaczarna napisał/a:

ZrezygnowanaSky, przygnębiające to co napisałaś. Też znam takich ludzi, acz całe szczęście na zasadzie "-Hej, jak się masz? - A jak zwykle okropnie" bez wchodzenia już w szczegóły, mądrzejsza o wcześniejsze kontakty z nimi. Myślę, że to kogo poznasz zależy po części od szczęścia, a po części od nastawienia. Zauważyłam, że jak poznaje kogoś w marnym stanie ducha, to bardzo często jest to niefajna znajomość. Ja też dużo dupków spotykałam, ale staram się ludzi nie mierzyć jedną miarą, że jak facet to dupny, bo wtedy innego nie idzie spotkać. Przykro mi z powodu Twojej straty. Mam nadzieję, że otoczą Cię życzliwi ludzie.
Twój post zachęca też do uśmiechania się do przypadkowych ludzi, to budujące, że może to być tak pomocne.

.

W Polsce rodzina smieje sie,ze mam  30lat ,ani facet,rodziny,dziecka,nadal nie mezatka :)Moje kuzynki juz dawno mezatki,maja facetow,dzieci.

Ale niech sie smieja,nie rozumieja nic.. I niech wymyslaja przypuszczenia,dlaczego nie mam facet,meza wink

Nawet jak przyjade raz do roku odwiedze rodzine,to pytaja co slychac,to  mowie ze wszystko dobrze,nie zale sie do ich,nie lubie tego..  Nawet nie zdaja sobie sprawy w jakim stanie jestem smile Ale niech sie smieja nadal.. tyle ich  wink

A ja mam 33 lata i na koncie brak męża, żony, dzieci... i jakoś nikt się nie śmieje z moich najbliższych.

Dla mnie to jest śmieszne, że wyznacznikiem człowieka jest to czy jest w związku małżeńskim czy też nie... .

Jasne, że fajnie by było, jakbym miała męża i dzieci, ale nie dlatego, że tak wypada bo jestem już starą panną:)ale dlatego, że tak szczerze, prawdziwie pokocham i będę kochana. I tyle.

Zgadzam sie jak najbardziej,no ale wieksza czesc mojej rodziny zyje plotkami wtedy maja o czym rozmawiac wink

29

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
ZrezygnowanaSky napisał/a:
Krejzolka82 napisał/a:
ZrezygnowanaSky napisał/a:

W Polsce rodzina smieje sie,ze mam  30lat ,ani facet,rodziny,dziecka,nadal nie mezatka :)Moje kuzynki juz dawno mezatki,maja facetow,dzieci.

Ale niech sie smieja,nie rozumieja nic.. I niech wymyslaja przypuszczenia,dlaczego nie mam facet,meza wink

Nawet jak przyjade raz do roku odwiedze rodzine,to pytaja co slychac,to  mowie ze wszystko dobrze,nie zale sie do ich,nie lubie tego..  Nawet nie zdaja sobie sprawy w jakim stanie jestem smile Ale niech sie smieja nadal.. tyle ich  wink

A ja mam 33 lata i na koncie brak męża, żony, dzieci... i jakoś nikt się nie śmieje z moich najbliższych.

Dla mnie to jest śmieszne, że wyznacznikiem człowieka jest to czy jest w związku małżeńskim czy też nie... .

Jasne, że fajnie by było, jakbym miała męża i dzieci, ale nie dlatego, że tak wypada bo jestem już starą panną:)ale dlatego, że tak szczerze, prawdziwie pokocham i będę kochana. I tyle.

Zgadzam sie jak najbardziej,no ale wieksza czesc mojej rodziny zyje plotkami wtedy maja o czym rozmawiac wink

Czyli mają strasznie "puste życie". Taka konkluzja mi się nasunęła, jeżeli Oni żyją tylko plotkami, to nawet jakbyś miała męża i dzieci, to też by plotkowali( że Twój mąż jest taki siaki i owaki, dzieciaki znowu były niegrzeczne itp.). Więc głowa do góry. Nie masz co się przejmować:)

30

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Dzięki za Twoją historię, mogę się z nią identyfikować. Twoja otwartość jest imponująca. Ja ma ogromnie niską samoocenę, nie umiem tego pokonać mimo wielu prób. Czuje się gorsza, i boję się ludzi, tak mocno iż zaczynam ich nienawidzić.

31

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Kyra1248 napisał/a:

Dzięki za Twoją historię, mogę się z nią identyfikować. Twoja otwartość jest imponująca. Ja ma ogromnie niską samoocenę, nie umiem tego pokonać mimo wielu prób. Czuje się gorsza, i boję się ludzi, tak mocno iż zaczynam ich nienawidzić.

Witam Cię:)
A czemu się czujesz gorsza?
Ktoś Cię skrzywdził, że boisz się ludzi?

32

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

A ja tam mysle, ze problem sie pojawia, gdy przejmujemy sie tym, co mowia lub mysla o nas inni. Po co? Sami wiemy jacy jestesmy i dobrze sie z tym czujemy. To po co analizowac to, co ktos palnie bez zastanowienia? A temat atrakcyjnosci ostatnio poruszylam.. Potwierdzil, ze mu sie podobam. Byl zdziwiony nawet, bo uwazal ze to jednoznacznie z kontraktu wink wynika.. No ale milo uslyszec, ze jednak warto sie jeszcze starac. Chociaz uwazam, ze raczej bardziej chlopka jestem i dziecinna troche. A moze naiwna, bo mysle ze faceci tak na mnie patrza, a jak sie okazuje, oni widza cos zupelnie innego.. I wracamy do punktu wyjscia... Czuje sie dobrze w swojej skorze i niech nikt w glowie nie miesza! Motto na dzis wink.

33

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Kyra1248, brzmi to strasznie dołująco. Ludzie bywają okropni, ale nie wszyscy i na tych fajnych należałoby się skupiać. Fajnych ludzi trudniej nienawidzić.


Poza tym chciałam zameldować, że jest lepiej. Chyba potrzebowałam się użalić do końca, zostać pogłaskaną po główce i usłyszeć dużo głosów, że to nie ze mną jest coś nie tak. Udało mi się psychicznie zregenerować i już etap porównywania się z przyjaciółką mam za sobą. Przynajmniej w znacznej mierze.
Pomogło też spotkanie tegoż szanownego osobnika na pewnym wydarzeniu w otoczeniu ludzi, którzy są mi życzliwi. Szczególnie, że ten się raczej snuł po kątach lub nadskakiwał, chociaż komunikowaliśmy się wyłącznie w sprawach "służbowych". Usłyszenie kilku komplementów od innych tego wieczora dodało poczucia "in your face bitch" i dobrze idzie. 

Dziękuję za słowa otuchy. Pomogło.

34

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

A może w ESO ktoś pogrywa? smile

35

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Krejzolka82 napisał/a:
ZrezygnowanaSky napisał/a:
Krejzolka82 napisał/a:

A ja mam 33 lata i na koncie brak męża, żony, dzieci... i jakoś nikt się nie śmieje z moich najbliższych.

Dla mnie to jest śmieszne, że wyznacznikiem człowieka jest to czy jest w związku małżeńskim czy też nie... .

Jasne, że fajnie by było, jakbym miała męża i dzieci, ale nie dlatego, że tak wypada bo jestem już starą panną:)ale dlatego, że tak szczerze, prawdziwie pokocham i będę kochana. I tyle.

Zgadzam sie jak najbardziej,no ale wieksza czesc mojej rodziny zyje plotkami wtedy maja o czym rozmawiac wink

Czyli mają strasznie "puste życie". Taka konkluzja mi się nasunęła, jeżeli Oni żyją tylko plotkami, to nawet jakbyś miała męża i dzieci, to też by plotkowali( że Twój mąż jest taki siaki i owaki, dzieciaki znowu były niegrzeczne itp.). Więc głowa do góry. Nie masz co się przejmować:)

Otoz to...tacy ludzie..

36

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Nie widzę żeby autorka postu miała jakikolwiek problem. Jesteś chłopczycą ale po co masz się zmieniać skoro masz partnera? Przypuszczam że podobnie jak 85% ludzi macie seks bez miłości ale skoro ci to pasuje to nie potrzebujesz żadnych porad. Zostań taka sama jaka jesteś.

37

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Kyra1248 napisał/a:

Dzięki za Twoją historię, mogę się z nią identyfikować. Twoja otwartość jest imponująca. Ja ma ogromnie niską samoocenę, nie umiem tego pokonać mimo wielu prób. Czuje się gorsza,i boję się ludzi, tak mocno iż zaczynam ich nienawidzić.

zgadzam się

ludzie lubia dowalac ludziom ktorzy Czuja się gorsi,jak wyczuja-niską samoocenę-Czucie się gorsza..

38

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

"Nieuleczalna niekobiecosc" to jak dla mnie kobieta niekobieca,ktora nigdy nie bedzie kobieca..

39 Ostatnio edytowany przez oczy Lwa (2015-12-12 04:01:01)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?
Czarnaczarna napisał/a:

Witam!

Czytuję to forum od dłuższego czasu. Widząc tu dużą ilość rozsądnych ludzi postanowiłam opisać swój problem


Jest to dla mnie dość nietypowe. Zawsze byłam osobą dość niezależną i mało popularną z naprawdę przeróżnych przyczyn, ale dzięki temu szybko nauczyłam się czerpać siłę ze swojego wnętrza, a nie akceptacji innych. Wykształciło to we mnie dość dużą pewność siebie i akceptację. Oprócz krótkich momentów w okresie dojrzewania nie miałam i nie mam (ciągle) problemów ze swoją cielesnością. Mimo, że nie jestem perfekcyjna, nie mam kompleksów na tym tle.

I chociaż nadal nie zamieniłabym siebie (fizycznie), to dużo destrukcyjnych myśli zaprząta mi głowę. Tak jak dotychczas udawało mi się dobrze radzić samej ze "swoją głową", czuję, że teraz potrzebuję jakiejś walidacji ze strony innych, że jestem atrakcyjna. Najśmieszniejsze i najtragiczniejsze, że jeśli ją dostaję to absolutnie ona nie wydaje mi się wystarczająca. Czyli we mnie coś siedzi niedobrego i mnie podkopuje. A poza tym jest to jakieś takie słabe.

Myślę, że mogło na to wpłynąć wiele czynników.

Główny to chyba mój były przyjaciel, z którym "rozstałam" się kilka miesięcy temu. Jeśli chodzi o niego, to miał zwyczaj komentować moją rzekomą brzydotę i nieatrakcyjność. Czasem subtelnie, czasem dosadnie. Można się zastanowić, po co wrogowie, jeśli ma się takiego przyjaciela, ale to był typ na tyle zmienny, że takie wredne okresy przeplatane były jego absolutną przyjacielskością. I zawsze mogłam na niego liczyć. Dziś już jestem mądrzejsza, ale przez jakieś 1,5 roku sączył mi do uszu truciznę. Ani mnie on kręcił, ani podniecał, a ja też nie siedziałam pokornie zgadzając się z tym, ale jakoś to na mnie wpłynęło. Sądziłam, że jestem tym niewzruszona (bo z reguły byłam) i wychodziłam z założenia, że nie muszę się wszystkim podobać, więc sobie może gadać. Bo ja wiem swoje.

Często mówił, że jestem absolutnie niekobieca. I mam delikatność robocopa.



Czy mi to przeszkadzało? Nie. Czy mi to przeszkadza? Tak.

Nakładał mi do głowy, że nikt mnie nie zechce bo wszyscy faceci chcą kobiecych babek, a ja jestem męska. Tonem eksperta.


Niestety zaczęłam się też porównywać z moją przyjaciółką pod tym kątem. Szanowny Najlepszy Przyjaciel uznawał ją za atrakcyjną i czynił jakieś idiotyczne porównania ze mną. Jeszcze inny przyjemniaczek w podobnym czasie nagle próbował się ze mną zaprzyjaźnić by do niej jakoś "dotrzeć" i jakoś mnie to razem podłamało. Bardzo jestem tym załamana, bo chociaż uważam ją za świetną dziewczynę (to w końcu moja przyjaciółka), to zaczęłam jej zazdrościć. Jest mi z tego powodu trochę wstyd. Nagle okazało się, że zamiast myśleć, że fajnie że ten i tamten na nią leci i możemy trochę babskich plotek uskutecznić, to w mojej głowie pojawia się "a mnie nikt nie lubi". Choćby lubił i bym miała dowody. Zaczęłam jej zazdrościć niezdecydowania i umiejętności flirtowania czy pokazywania się w korzystnym świetle. Z jednej strony wbrew mnie jest podtrzymywanie czyjegoś zainteresowania, kiedy ja sama zainteresowana nie jestem. Raczej je ucinam, szczególnie gdy to mój kumpel, na którym przecież w pewnym sensie mi zależy i nie chce mu robić emocjonalnego rozgardiaszu. Z drugiej czuję, że może to by nakarmiło jakaś moją niedowartościowaną cześć. I mam jej to trochę za złe, jakby to była jej wina. Wiem, że nie jest, rozmawiałyśmy na ten temat i uważa owego kolegę za strasznego dupka, którym nie należy się przejmować i takie tam. I co? Emocjonalnie tego nie dźwigam.



.

Po co ci taki pseudo przyjaciel ? prawdziwi przyjaciele akceptuja Cie taka jaka jestes... a nie wytykaja Ci twoje niedoskonalosci,szczegolnie te zwiazane z wygladem-.. wiesz jak ktos nie ma nic madrego do powiedzenia, to doczepi sie wygladu  smile Poza tym  ten twoj "przyjaciel" to chyba zlosliwy ,nie lubiacy samego siebie czlowiek,chcacy zatuszowac swoje niedoskonalosci,kompleksy... doczepiajac sie do kogos..

40 Ostatnio edytowany przez Czarnaczarna (2015-12-12 22:19:29)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Nie jest mi potrzebny. Nie utrzymujemy kontaktu, nie cierpię z tego powodu, przeciwnie: mam się coraz lepiej.

Faktycznie na chwilę obecną przez ostatnich kilka miesięcy czuję się naprawdę świetnie i idea bycia niekobiecą właściwie już nie wraca nawet w te złe dni. Wyszło też w praniu, że jego towarzystwo również blokowało napływ ludzi, którzy mnie doceniają. Chociażby dlatego, że sporo uważało, że jesteśmy związani (była taka plotka niestety dość silnie zakorzeniona) lub/i nierozłączni. Z tej okazji niesłusznie figurowałam jako "zajęta" jeszcze za czasów bycia singielką i nie pomagało mi to poznać nowych ludzi, a część po prostu za bardzo za nim nie przepadała i automatycznie mnie unikali. Widzę to szczególnie po tym, że gdy teraz wychodzę gdzieś ze znajomymi ludzie zachowują się w stosunku do mnie zupełnie inaczej.

Zauważyłam też pewnego rodzaju złagodnienie charakteru. Jestem dosadna ciągle, nie zmieni się to pewnie, ale zdecydowanie mniej we mnie złośliwości i więcej pozytywnego podejścia. Podobno człowiek jest jakąś wypadkową 5 ludzi, z którymi najczęściej przebywa i trochę jest w tym racji. Robienie sobie od czasu do czasu bilansów i usuwanie z życia ludzi, którzy nie wnoszą w moje życie dość dobrego zrobiłam swoim nowym zwyczajem i na razie bardzo mi to służy.

41 Ostatnio edytowany przez oczy Lwa (2015-12-12 22:41:04)

Odp: Nieuleczalna niekobiecość?

Otoz to,przebywanie z ludzmi zlosliwymi,czesto wrecz chamskimi,falszywymi,porownywujacymi sie z innymi "wysmiewajacymi" innych , zle wplywa na czlowieka,dlatego trzeba sie odciac od tego typu ludzi, dla wlasnego dobra.

Lepiej takich ludzi olać i zostawić samych sobie w swoim" jadzie."


POSZUKAJ ludzi POZYTYWNYCH,a nie zakompeleksionych zlosliwcow...


PAMIETAJ PODLI,zlosliwi,zakompleksieni ludzi jak wyczuja "twoj delikatnyCZULY  punkt" to specjalnie zaczna w niego uderzac,a Ty jestes jak marionetka-przejmuja sie tym , reagujac.. CZLOWIEK lubicy siebie,bez kompleksow tego nie potrzebuje,nie stosuje takich taktyk.

POZA TYM kazdemu mozna cos wytknac  wink

ZAKOMPELKSINI Ludzie-to smo zlo-zlosliwosc-podlosc-podstepnosc-manipulacja-wytykanie innym...

Posty [ 41 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » NIEŚMIAŁOŚĆ, NISKA SAMOOCENA, KOMPLEKSY » Nieuleczalna niekobiecość?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024