Od pewnego czasu czytałam różne fora na temat rozstań, tym jak sobie ludzie z tym radzą.. Dziś nastąpił tem moment, kiedy postanowiłam zacząć żyć..chociaż tutaj..
Miało być pięknie.. Poznałam mężczyznę swojego życia..nigdy nie sądziłam ,że to nastąpi, ale stało się. 7 lat temu poznałam mężczyznę.. On był w stanie w jakim ja jestem obecnie, po swojej byłej... Spędzaliśmy mnóstwo czasu razem, stało się zostaliśmy parą..Poczatki były ciężkie, on nie do końca był pewny ,że to już pora na nowy związek..we mnie budziło się poczucie strachu i niepewności..ale kochałam go i chciałam dać mu wszystko to o czym mówił ,że nie otrzymał poprzednio..Lata mijały, zmienilismy miejsce zamieszkania..i wtedy zaczęły się nasze problemy..Zamieszkaliśmy w domu po rodzicach.. zaczęły się problemy z nimi , tzn model życia jaki ja chciałam prowadzić nie pasował im. Zaczęły się konflikty , brak ich akceptacji.. powoli czułam się jak intruz , z drugiej strony nie chciałam ingerencji w nasze życie.. Mój ukochany nie umiał moze nie chciał rozwiązać problemu. Zaczęli mnie traktować jak powietrze, nie kryli się z niechęcią do mnie.. ja czułam się gorzej..Nie miałam wsparcia od ukochanego.. nie widziałam ,że mnie broni przed nimi..strach narastał, niepewność, coraz większy lęk kiedy z nimi rozmawiał, znów pewnie zniechęcając jego do mni ..stałam się intruzem w domu..Strach był olbrzymi, paraliżujący..znów chciałam być tolerowana, akceptowana, tak jak to było na początku , kiedy jeszcze mieszkaliśmy osobno. Uwielbiałam wtedy wizyty u nich...
Coraz częściej była mowa o dziecku ślubie.. obawiałam się ,że zabiorą mi je kiedyś..ze po jego urodzeniu nadal będę z boku podczas kiedy oni z moim ukochanym będą cieszyli się naszym dzieckiem.. bardzo sie bałam jednak pragnełam z nim być i nie wyobrażałam sobie dzieci z kimś innym...
I stało się... sytuacja się nasiliła do tego stopnia ,że zostawił, kazał odejść, miał dość mnie i moich uwag odnośnie rodziców, obaw .. znieczulony , bez emocji nastawiony teraz na założenie rodziny..a ja? Pytam się czemu przez 7 lat nie zasłużyłam na jego milość, akceptację, dlaczego nie bronił mnie przed ich atakami, wyzwiskami? Przegapiliśmy moment, ale chyba tylko ja jescze żyję nadzieją ,że się uda..Owszem miał swoje wady, dużo.. ale tez zalety..akceptowałam to z miłości...on moich nie chciał, zawsze było coś nie tak...Zawsze staralam się, aby wracał do ciepłego domu , w którym czekałam. Oboje bylismy zmęczeni sytuacją... Rodzina, której oboje chcieliśmy.. Ja w skryciu ze swoimi lękami ale też i szczęściem , kiedy będę miała pod sercem owoc mojej miłości .. Teraz urządzam swoje życie na nowo...300metrów od naszego domu... Tęsknię ogromnie, działam i tęsknię.. za nim , za naszymi wspólnymi zainteresowaniami, mieliśmy ich dużo wspólnych.. Codziennie staram się wziąć w garść, przecież mam co robić.. żyję z dnia na dzień bo boję się spojrzeć na siebie za rok i nie widzieć obok siebie jego...Wcześniej widziałam tylko to.. Uczucie tak wypalające ,że aż sama nie moge w to uwierzyć ,że takie mogą istnieć..
7 lat -szmat czasu.. Szczerze, gdyby mi ktoś ciągle marudził , narzekał to tez bym tego nie wytrzymała. W tym poście w dalszym ciągu jest pełno żalu do faceta..
Dlaczego nigdy się nie postawiłaś rodzicom ? Nie powiedziałaś, że nie życzysz sobie takiego zachowania.
Trzeba było ich olać, zająć się związkiem, bez narzekania .
Dlaczego się bałaś, że zabraliby Ci dziecko ??
Pełnow Tobie strachu, obaw, obarczasz wszystkich.. może problem tkwi akurat w Tobie ?
Nie chce Cię oceniac, wnioskuje tylko po tym poście który jest jednym wielkim żalem do innych
Ciężko olać , kiedy praktycznie codziennie są pod domem ( mieli tam gospodarstwo) Próbowałam się z nimi porozumieć, jednak za chwilę dostawałam kolejne wyzwiska, baty, jaka to ja nie jestem zła.
Owszem zabrakło komunikacji ewidentnie. Kiedy chciałam porozmawiać i wyjasnić z matką dlaczego tak się dzieje , co jest powodem ich zachowań i moich moj były powiedzial ze nie ma takiej potrzeby.. Osobiście uważałam inaczej.. dlatego problemy się piętrzyły a nie znikały powodując nasz dyskomfort, brak zrozumienia, poczucie bezpieczeństwa znikało. Wyraznie dostałam od nich sygnał ,że muszę żyć jak oni każą. Zbagatelizowałam to , bo przecież chciałam żyć z nim a nie z nimi.
Żal mam do niego tylko taki ze nie potrafił nas chronić, powiedzieć im żeby odpuścili, że jesteśmy razem i tak będzie. Rodzina jego nie zgadzała się na ślub.
Obawy własnie zaczeły się wtedy , kiedy oni zaczęli się wtrącać , ingerować. Wtedy pojawił się strach. Wielokrotnie wyrzucali mnie z domu mimo ,że nie mieszkalismy razem , stąd strach przed zabraniem ewentualnego dziecka.
W tym przypadku każda z trzech stron zawiniła. Nie można powiedzieć , że on czy ja. Ja nie chciałam żyć tak jak oni, oni nie akceptowali naszego "mojego" stylu życia, on nie umiał chyba być pomiędzy mną a nimi.
Fakt faktem szmat czasu i praktycznie żyliśmy już jak stare dobre małżeństwo. Może to też nas zgubiło.
Cóż , stało się.. Z drugiej strony jeżeli facet w dalszym ciągu mieszka u rodziców, jego rodzina Cię nie akceptowała.. wyrzucała z domu - to pomyśl czy na pewno chciałabyś być członkiem tej "rodziny" ??
Widać, że facet w dalszym ciągu nie jest samodzielny, nie pchał się do wyprowadzki tylko z Tobą, ale też nie interesowało go jak się w tym domu czujesz..
Z mojego punktu widzenia może to i lepiej, bo szczęśliwa tam byś nigdy nie była..
Tzn nie mieszkaliśmy z rodzicami.. Oni mieli obok gospodarstwo, gdzie byli codziennie..Obok mieszka siostra..Wszyscy razem. Wcześniej mieszkalismy razem i dopiero jak zaczęlismy szukać swojego miejsca na ziemi jego rodzice zaproponowali jemu aby wziął dom , ktorego nie skończyli... To była jego decyzja ,ja nie do końca ją akceptowałam bo uważam ,że nawet przy najlepszych rodzicach nie powinno się mieszkać..prędzej czy pozniej komuś coś nie pasuje.. ale poszłam za nim z miłości
, dom skończyliśmy remontować razem.
Fakt, znosiłam ciągłe "on zrobił to on tamto" mimo,że krok w krok mu pomagałam..od betonów, tynkowania po kładzenie kafli malowanie i resztę.. Nie było to miłe.. on nie reagował , mimo moich próśb ,że jesteśmy razem , staram się mu pomagać ,żeby było jemu lżej , żeby widział , ze mimo ,że nie mam milionów na koncie to mam dobre i chętne do pomocy serce oraz ręce. Ja się oddzielałam od ludzi , którzy mnie ranili, on był między mną a nimi. Nigdy nie byłam dla nich wystarczająca, za każdym razem starałam sie pokazać ,że zaradna, pracowita, dba o faceta, czeka , wierna lojalna....wszystko ,żeby pokazać ,że zasługuję na to żeby tam być i żyć z ich synem..Nie oczekiwałam oklasków , tylko akceptacji, tego ,że jestem.. A kiedy słuszysz od rodziców jego" dla mnie nie istniejesz jesteś zerem" to myślisz sobie...co jeszcze możesz zrobić ,żeby zasłużyć...
Stąd moje niepewności, wątpliwości , strach. Naukę mam taką ,że przynajmniej remont w mieszkaniu potrafię zrobić praktycznie sama.. kafle, podłogi , ściany, składanie mebli ( mam wprawę po remoncie domu
) Moze nie jest komfortowo bo bez niego , ale nie ma strachu owszem są gorsze dni i ta świadomość ,że jest blisko a ja nie mogę nic zrobić, ale działam codziennie zeby stworzyć sobie bezpieczne gniazko... gdzie będzie miłość i spokój... On za to uważa ,że dziękuje za naukę i szkołę życia i następna będzie miała lepiej...trochę bolące zdania , zwłaszcza ze nie prowadzę usług "przygotowanie do życia w rodzinie"
A nie mogę ze swojej pracy ja czerpać... On twierdzi , ze odpoczywa teraz. W końcu nie jest między młotem a kowadłem. Jest tak jak miało być , jak żyli oni.. rodzice z dziecmi, dyktujący warunki jak żyć i gdzie ma wisieć lustro.
Najgorsze jest , że kocham go jak diabli , mimo ,że nie potrafił rozstać się z klasą, zerwał definitywnie zwalając całą winę na mnie (brak empatii zrozumienia). Nie rozumiem tylko jednego w jaki sposób powinnam zrozumieć jego sytuację (oni mogli mnie publicznie obrażać, wyzywać - on w tym czasie zawsze milczał, spuszczał głowę ) a ja nie mogłam mu powiedzieć ,że uważm ,że rodzice Cię nabuntowali. W zasadzie taka huśtawka była.. jak z nimi miał dobry kontakt, to wtedy był bardoz oziębły zdystansowany do mnie..jak się z nimi pokłócił przychodził do mnie i dawał poczucie ,że musimy być razem, że to jest ważne.. i tak w kółko... Taka hustawka nie sprzyjała by mi założeniu rodziny. Stąd strach, niepewność . Czekałam na sygnał od niego ,że będzei to bezpieczne miejsce dla mnie, jego i dziecka..
Czekałam na sygnał od niego ,że będzei to bezpieczne miejsce dla mnie, jego i dziecka..
7 lat?! To bardzo długo czekałaś. Szczerze mówiąc zmarnowałaś te lata trochę na własne życzenie i zmarnowałabyś resztę życia, gdyby on nie zadecydował o rozstaniu.
Pewnie też popełniłaś sporo błędów, wykłócając się przez te wszystkie lata z nim i jego rodzicami. Nie znalazłaś sposobu na zaradzenie sytuacji, ale może takiego sposobu nie było, skoro oni z góry Cię przekreślili, a on nie potrafił odciąć pępowiny.
Nie rozumiem, dlaczego w sytuacji, gdy jego rodzice wyrzucali Cię z domu, wyzywali, krytykowali, podnosili na Ciebie głos, a on nigdy nie zareagował, nie stanął po Twojej stronie, dlaczego nie wyprowadziłaś się?
Pozwoliłaś im wszystkim na takie traktowanie.
Być może jesteś kobietą kochającą za bardzo. Przeczytaj jeszcze raz to co napisałaś o ich zachowaniu względem Ciebie, przecież każdy ma jakieś granice wytrzymałości. Gdzie są Twoje?
Jeśli masz możliwość, idź do psychologa, przestań spoglądać w jego stronę.
Dlaczego wynajęłaś mieszkanie tak blisko niego?
Dziewczyno, ciesz się, że wyrwałaś się z tego bagienka, zacznij nowe życie, przestań analizować i zadbaj o siebie.
Nie pokazuj mu jaka jesteś nieszczęśliwa, a wręcz przeciwnie.
Mieszkanie kupilam jakos szczesliwie przypadkiem... Miala to hyc taka nasza inwestycja..do wynajecia. Zebym miala tez cos "swojego". Teraz sie okazuje ze to byl strzal w 10 ????. Fakt znosilam to ze wzglefu na niego. Liczylam ze kocha ze sie ulozy. Na pewno nie pokazalam ze mnie to boli...sam pierwsze co zrobil to rzucil sie na nowe panny , z ktorymi jak mowi " zalozy rodzine" ???? ja pokazalam klase nie rozczulalam sie mimo ze boli. Zawsze wygladam dobrze usmiechnieta na wypadek spotkania.. Ostatnio mi powiedzial ze jest zaskocxony bo myslal ze bede go blagala ze przychodzila prodila. 1:0 dla mnie ????. Zal mi czasu ale zylam wizja naszego szczesliwrgo zycia.
Ostatnio mi powiedzial ze jest zaskocxony bo myslal ze bede go blagala ze przychodzila prodila. 1:0 dla mnie ????. Zal mi czasu ale zylam wizja naszego szczesliwrgo zycia.
Będzie 2:0 dla Ciebie, jeśli zerwiesz z nim kontakt całkowicie, chyba nie liczysz na powrót do tego koszmaru?
Nie rozumiem też, jak przez tyle lat mogłaś oszukiwać się, żyjąc wizją szczęśliwego życia, skoro rzeczywistość, niczym dzwon Zygmunta biła na alarm.
Uważam, że źle się stało, że mieszkasz tak blisko. Jesteś narażona na spotkania z nim, a w najbliższej przyszłości, zapewne będziesz świadkiem jego szczęścia z nową panną. Po co Ci to?
Dobrze, że trzymasz fason i nie pokazujesz mu się jako zbolała i zrozpaczona. Umów się z jakimś facetem, nie mówię, żeby od razu coś poważnego, bo z pewnością nie jesteś jeszcze na to gotowa, ale chociażby an poprawę nastroju.
Widziałam sens naszych planów na życie. Wspólne dzieci biegające wokół domu, my przy nich. Sądziłam ,że ma to sens..Z czasem uważałam ,że rodzice zaakceptują mnie jak się pobierzemy, zobaczą ,że się nadaję.. Najśmieszniejsze jest to ,że on się nie identyfikował z ich metodami działania a sam praktycznie zrobił to co oni, wyrzucił mnie z domu tydzień przed świętami.....nie interesowało go gdzie pójdę.. Dziś dziękuję za to że pomyślałam o własnym mieszkaniu i mimo ,ze mnóstwo pracy przede mną i nic nie mam to przynajmniej nikt mnie nie poniża.... A mieszkanie tak się trafiło, teraz nic nie poradzę.. ważne ,że jest
Dużo pracuję nad sobą ,żeby nie zaglądać do niego nie patrzeć w stronę jego domu...z resztą teraz tez nie mam na to czasu , w mieszkaniu rozpierdzielik
, działam ,żeby się szybko przeprowadzić.. W zasadzie to dziś doszłam do wniosku ,że za biedna byłam dla niego, zawsze za niskie wykształcenie a jak zaczęłam je robić to też zle bo nie czas na to, zawsze uważał, że on na zycie zarobi a ja powinnam na siebie zarobić..tez było zle bo czasem poprosiłam o to żeby mi coś kupił.......Nigdy bym tam się dobrze nie czuła..Nie w takim wydaniu , musielibyśmy mieszkać osobno, tak jak to było na początku...
Jak usłyszałam kogo teraz szuka , to konia z rzędem takiej która będzie je spełniała
wysoko wykształcona, z naciskiem na wysoko, ugodowa (czytaj w stosunku do mamusi i tatusia), spokojna, z własnym wkładem , "który wniesie do związku" (czytaj domu, który nigdy jej nie będzie
) elegancka no i taka która pójdzie na wieś mieszkać przy mamusi i siostrze i będzie zgadzała się na wszystko co Pan chce grzecznie głową przytakując..
Kiedyś znalazłam taką piosenkę , śmieszna była.
Dziś słucham jej ze śmiechem , jakby pisana pode mnie
Takie to życiowe ![]()
https://www.youtube.com/watch?v=Dd4AbM00qcE
Nowa0983 nie zaprzątaj sobie głowy jego przyszłą wybranką. Z tego, co napisałaś wynika, że zaczęłaś uzupełniać wykształcenie, jak sądzę masz pracę - świetnie i tak trzymaj. Masz teraz zajęcie - remont mieszkania, zaplanuj wakacje z jakimiś znajomymi, prowadź aktywne życie, żebyś po zakończeniu remontu nie osiadła sama w nowym mieszkaniu z nostalgią spoglądając w stronę jego domu.
Zadbaj o wygląd, dla samej siebie i zacznij udzielać się towarzysko.
Z ciekawości spytam (jeśli można), jakie wykształcenie ma Twój były, że tak Cię dołował.
Czy on faktycznie jest taki fantastyczny; wykształcony, przystojny, błyskotliwy, towarzyski, zaradny, zamożny, że tak wysoko mierzy.
Dlaczego był z Tobą tyle lat, skoro tak nisko Cię cenił?
Wykształcenie mam jestem inżynierem , w czerwcu kończę tylko uzupełniające.. Praca jest ,płaca też nie jest zła..jednak według niego zła bo były podwyżki ale nie było awansów(czytaj rozwija się Twoja wypłata, nie Ty) generalnie nie uważam się za jakąś kurę domową. Zawsze dobrze wyglądałam (no pomijając dres w domu;) ) dbam o wygląd więc tu nie ma konieczności robienia czegoś nadzwyczajnego
On też jest inżynierem, ale ostatnio widzę dostał moc i moczy się w swojej zajebistości i uważa, że może mieć wszystko a pieniądze są najważniejsze, bo w końcu dostał ich więcej... W zasadzie szału nie ma jeśli chodzi o wygląd , jak to mówili w towarzystwie "taki kartofel"
No ale dla mnie był ważny i akceptowałam nawet to...Zaradny i owszem , to mu trzeba przyznać i napawało mnie zawsze dumą. Znajomych zero , prócz kolegów z pracy, którzy jeśli idą na piwo to go nigdy nie zapraszają , dowiaduje się po fakcie ... odbiło mu po prostu..dom , kasa, zawodowo tez ok, pomyślał ,że może mieć wszystko i każdą...Dodatkowo problem z rodzicami brakiem akceptacji mnie z drugiej strony ja..dodatkowo brak dziecka.. tupał nogą i miało być. Jak mu na koniec powiedziałam ,zaczynaliśmy z niczym on miał trochę oszczędności , ja ręce i zapał do pracy ,żeby przy nim działać...ja go pokochałam za to jak był a nie za to co miał..
Myślałam ,że najgorsze za mną... Czasami są momenty , kiedy jest siła , moc do działania, nie oglądanie się za siebie... Za chwilę totalny spadek , ból żal pustka i tęsknota..Uczucie tak niszczące ,że nie zdawałam sobie sprawy ,że posiadam takie w sobie.. Wiele mogłam się spodziewać , ale nie takich destrukcyjnych odczuć.. Życiowa sinusoida.... Niech to już minie... Tęsknię i płaczę a za chwilę jest mi wstyd za siebie ,że znów doprowadził mnie do łez. Potem jestem zła na siebie, obiecuję sobie ,że to już ostatni raz na coś takiego sobie pozwoliłam..i idę spać.. i tak do kojelnego "napadu"
Spokojnie takie sinusoidy miną, potrzeba tylko trochę czasu
i tak nieźle sobie radzisz, bo potrafisz się czymś zająć, a nie siedzisz i się użalasz nad sobą. Głowa do góry! Jeszcze trochę i przyjdzie czas, gdy będzie lepiej, nawet lepiej niż było z nim
Powodzenia!
Niestety w sinusoidzie są momenty , kiedy też jest chwila ukrysia się w kąt i użalania się nad sobą... Pózniej wstaje się i idzie dalej.... Odliczam dni do momentu kiedy minie...
Moze to okrutne, ale czy on cie kochal w ogole? Ja odebram ta historie tak: cierpiacy po rozstaniu pan poznal ciebie, czyli plaster na zlamane serce. Ty pomagalas wygrzebac sie z tego, dbalas, kochalas(wg mnie za bardzo, to twoj problem), nieba przychylalas. No i zostaliscie para przez zasiedzenie. Ale on nie przerobil zaloby po tamtej, nie rozliczyl zwiazku. I wg mnie nigdy cie nie pokochal. Nie umial sie ciebie pozbyc, taka bylas dobra dla niego. Dlatego nie stawal nigdy w twojej obronie. Moze czekal az sama odejdziesz. W koncu peklo. Pewnie ma wyrzuty, przyzwyczajenie tez robi swoje, teskni sie. Ale.wg mnie nie kocha cie.
Moze to okrutne, ale czy on cie kochal w ogole? Ja odebram ta historie tak: cierpiacy po rozstaniu pan poznal ciebie, czyli plaster na zlamane serce. Ty pomagalas wygrzebac sie z tego, dbalas, kochalas(wg mnie za bardzo, to twoj problem), nieba przychylalas. No i zostaliscie para przez zasiedzenie. Ale on nie przerobil zaloby po tamtej, nie rozliczyl zwiazku. I wg mnie nigdy cie nie pokochal. Nie umial sie ciebie pozbyc, taka bylas dobra dla niego. Dlatego nie stawal nigdy w twojej obronie. Moze czekal az sama odejdziesz. W koncu peklo. Pewnie ma wyrzuty, przyzwyczajenie tez robi swoje, teskni sie. Ale.wg mnie nie kocha cie.
Raczej nie stęskni się... niecały miesiąc po mojej wyprowadzce, znalazł już nową.
Teraz jets inaczej. Nie myslę i ptrzę nie szukam. Swietna mtoda , jednak potrzeba nieprzeciętnej zawziętości aby umysł tak opanować.. Jak na razie się udaje, choć kilka błędów myślowych popełniłam i musiałam zaczynać od nowa pracę... Nie chcę tracić pół roku , roku z życia na wygrzebanie sie z uczuć do niego... Kocham i tęsknię , ale idę do przodu i nie zastanawiam się czy wróci czy nie. Nie wróci. A ja chcę żyć z nim czy bez niego.