Witajcie.
Nigdy nie pisałam na żadnych forach. Zawsze miałam przyjaciół z którymi mogłam porozmawiać od serca. Jednak chcę.. sama nie wiem
wyżalić się albo po prostu wyrzucić to z siebie. A nuż ktoś spojrzy na to pod innym kątem.
Jestem z moim partnerem od 5 lat. Bardzo szybko się w sobie zakochaliśmy. Zamieszkał w moim mieszkaniu. Po trzech latach zaszłam w ciążę. Urodziłam córkę. W tym czasie zmieniliśmy mieszkanie na większe. Po urlopie macierzyńskim okazało się że nie mam gdzie wrócić do pracy bo firma upadła. Ustaliliśmy, że zostanę w domu z dzieckiem.
Zawsze byłam niezależną kobietą, która miała swoje pieniądze, samochód a tu nagle utrzymuje mnie facet. Nie było łatwo się do tego przyzwyczaić. Spełniam się jako matka ale nic poza tym. Na mojej głowie jest cały dom i miliony różnych spraw a jeśli coś jest nie tak to moja wina. Dzieci sąsiada skaczą nam nad głową? To moja wina bo się napaliłam na mieszkanie i nie sprawdziłam wszystkiego dokładnie. Zapomniałam zapłacić za prąd? To moja wina bo przecież to mój obowiązek.
Nie zrozumcie mnie źle bo on też potrafi się zmobilizować ale rozkład sił jest nierówny.
Coraz częściej się kłócimy. A ja nocami płaczę... Zamykam oczy i mam ochotę to rzucić w cholerę. Zabrać dziecko i się wynieść.
Nie wiem czy go jeszcze kocham... Banalne co? Ale tak się czuję. Rozdarta na pół. Bo kiedy jest dobrze to widzę wszystko w kolorach tęczy a kiedy jest źle to mam ochotę uciec i zacząć wszystko od nowa. Sama z moją córką. Nie widzę jak to będzie być razem za 10 lat bo najzwyczajniej nie dopuszczam do siebie takiej myśli.
Patrzę na siebie w lustrze i widzę kogoś bardzo nieszczęśliwego. Kogoś komu życie przemyka gdzieś obok...
Mogłabym się wynieść do mamy. Na początku byłoby ciężko. Ale może życie dałoby mi kopa żeby cokolwiek w nim zmienić i wkońcu je złapać za gębę?