Witam Was, mam pewien dylemat. Zacznę od tego, że od czasów gimnazjum praktycznie codziennie nakładam makijaż. Może tylko wtedy gdy nie wychodzę z domu, i to nie zawsze...
Po prostu się tak przyzwyczaiłam. Mój chłopak od początku naszej znajomości mówi mi, że lepiej jakbym nie nakładała pudru w ogóle tylko ewentualnie lekko podkreśliła oczy. To na prawdę bardzo miłe z jego strony, uważa że lepiej wyglądam bez makijażu. Moja samoocena trochę wzrosła z tego powodu, nie powiem, że nie, natomiast nie potrafię zrezygnować z makijażu. Mam takie średnie problemy z cerą, jest ona przebarwiona i pojawiają się zaskórniki i pryszcze, najwięcej przed okresem wtedy sama boje się spojrzeć w lustro ;-) Ostatnio zauważyłam, że mam chyba źle dobrany podkład, gdyż ewidentnie widać go na skórze która zdaje się być taka sucha gdy go nałożę, a mam raczej cerę normalną lub nawet tłustą. No i ten fluid widać niestety, jeśli wiecie o co mi chodzi... Gdy nakładam krem pod fluid (podobno matujący) wtedy moja skóra na twarzy błyszczy się - nie jest matowa. To też jest problem ona prawie nigdy nie jest matowa, zawsze się błyszczy...
Moja cera jest dosyć zniszczona przez to wszystko ale tak ciężko mi z nich zrezygnować, bez tego nie podobam się sobie - już chyba wolę wyglądać źle z make upem niż bez.. Tak bardzo zazdroszczę dziewczynom które nie muszą się malować. Mam 23 lata a już widzę pierwsze zmarszczki pod oczami, które są pewnie zmęczone codziennym nakładaniem na nie makijażu.
Nie stać mnie na drogie specyfiki, dlatego postanowiłam ostatnio poprawić jakość mojej skóry domowymi sposobami, maseczka z białka, maseczka z cynamonu, maść cynkowa. No zobaczę jakie będą rezultaty.
Ale wciąż mam dylemat, czy mając na uwadze mój "komfort" nakładania makijażu i prośby mojego chłopaka zrezygnować z makijażu codziennego czy nie? Na razie nie mam pracy, chłopak teraz leży w szpitalu i go odwiedzam ale widzę, że czuję potrzebę, jednak muszę się umalować jak gdzieś wychodzę...